Przyszłość idzie przez rodzinę

09-10-2015 rok; Echo Ewangelii (Mk 10, 2-16); Wydaje się, że nawet zwolennicy rozwodów, mimo wszystko, nie uważają ich za swój sukces. Rozwód ma wszystkie znamiona destrukcji. Zawsze jest klęską zarówno dla tych, których dotyczy bezpośrednio (małżonkowie, dzieci, krewni), jak i większych wspólnot (Kościół, państwo). Nikt myślący nie może cieszyć się rozwodem kogokolwiek, nawet, jeśli przestaje on być czymś wstydliwym i napiętnowanym, a zaczyna być banalnie łatwą ucieczką, w dodatku bez orzekania o winie stron. Rozwód udowadnia, że wyschło źródło, w którym małżeństwo bierze swój początek. A co jest owym źródłem?

Przyszłość idzie przez rodzinęOdwieczna i najważniejsza zasada prawa kanonicznego mówi:

Consensus facit nuptiasporozumienie narzeczonych czyni małżeństwo”.

Instytucja małżeństwa została przez Kościół katolicki podniesiona do rangi sakramentu udzielanego sobie przez samych narzeczonych w obecności proboszcza i dwóch świadków.

Naturalną konsekwencją sakramentalnego charakteru małżeństwa stał się zakaz rozwodu praktykowanego tak przez Rzymian, jak i przez narody germańskie. Radykalny sprzeciw Kościoła wobec rozwodów był również podyktowany ochroną kobiet, bo prawo świeckie zezwalało na jednostronne rozerwanie małżeństwa wyłącznie przez męża.

Właściwie dopiero na Soborze Laterańskim IV w 1215 roku udało się Kościołowi wprowadzić w życie zasady kanonicznego prawa małżeńskiego w całej chrześcijańskiej Europie i sprawić, by obowiązywały wszystkich, niezależnie od przynależności stanowej, zarówno chłopa, jak i króla. Niestety, jak mówi prof. Andrzej Dziadzio, badający historię prawa małżeńskiego, Marcin Luter pozbawił małżeństwo przymiotu sakramentu i tak rozpoczęła się laicyzacja prawa małżeńskiego.

  • Luter w opublikowanym dziele „O sprawach małżeńskich uznał małżeństwo za zwykłą umowę prawa cywilnego, która powinna podlegać ustawodawstwu świeckiemu.
  • Naturalną konsekwencją było dopuszczenie możliwości rozwiązania małżeństwa przez rozwód.
  • Do tej pory tylko śmierć mogła przeciąć węzeł małżeński, od tego momentu mógł to robić również – człowiek.

Wprawdzie Luter z czasem przyznał, że małżeństwo jest instytucją boską, ale puszka Pandory została otwarta. Już w 1580 roku w Niderlandach wprowadzono fakultatywną formę ślubu cywilnego i zezwolono na rozwody.

Sekularyzację prawa małżeńskiego w państwach uznawanych za katolickie próbowały powstrzymać uchwały Soboru Trydenckiego (1545- 1563), ale i one nie oparły się tendencjom laicyzacyjnym. Zaskoczeniem dla wielu może być fakt, że pierwszym państwem, które uznało w swym ustawodawstwie, że małżeństwo jest wyłącznie kontraktem cywilnym, a nie sakramentem, była katolicka Austria za panowania cesarza Józefa II, który w ten sposób usiłował ograniczyć niekwestionowane do tej pory prawa Kościoła. Jednym z nich był wpływ na kształt prawa małżeńskiego.

Cesarz wprawdzie nie wprowadził tzw. ślubów cywilnych, ale odebrał całkowicie Kościołowi jurysdykcję w sprawach małżeńskich. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że rozwód był orzekany przez sąd państwowy tylko w przypadku osób, których wyznanie na to zezwalało. Katolicy rozwodu uzyskać nie mogli. Jeszcze większe spustoszeń dokonały prądy francuskiego oświecenia. Zostawmy jednak dawne dzieje.

Spróbujmy przyjrzeć się ewolucji postaw i poglądów na małżeństwo wśród współczesnych Polaków. Polacy rozwodzą się coraz chętniej i częściej, chociaż ponad 90% z nas to zdeklarowani katolicy.

Statystyki są zatrważające:

  • W Polsce, co roku rozstaje się 70 tys. Par, czyli co trzecie małżeństwo.
  • Odsetek ten jest jeszcze wyższy w Warszawie i Łodzi, gdzie rozpada się 45 % małżeństw.

Wśród głównych przyczyn rozwodów wymieniane są kolejno:

  • Niezgodność charakterów,
  • Zdrada,
  • Niedobranie pod względem seksualnym,
  • Alkohol,
  • Naganny stosunek do rodziny,
  • Problemy finansowe,

Od połowy lat 80-tych, pojawiła się nowa przyczyna rozpadu polskich małżeństw:

  • Długa rozłąka związana z wyjazdami za pracą.

Mówiąc językiem ewangelii, każda przyczyna to sytuacja krzyża, cierpienia, często niezawinionego lub ucieczki w afekt do innej osoby.

  • W dwóch trzecich przypadków pozew o rozwód wnosiła żona.
  • Tylko jedna trzecia spraw skończyła się orzeczeniem winy, a ta leżała najczęściej po stronie mężczyzny.
  • Trzy razy częściej niż mieszkańcy wsi rozwodzili się mieszkańcy miast.

Ciekawe, że im więcej w rodzinie dzieci, tym rzadziej zdarza się rozwód. Demografowie z Uniwersytetu Łódzkiego odkryli, że prawdopodobieństwo rozwodu maleje wraz z każdym dzieckiem, które urodzi się w małżeństwie (w Polsce 39,2 proc. rozwiedzionych ma jedno małoletnie dziecko, 37,9 proc. nie ma dzieci w ogóle. Tylko 3,1 proc. spośród rozwiedzionych osób ma troje dzieci, a 1,2 proc. – czworo). Ale kiedy dzieci dorastają i pojawia się syndrom „pustego gniazda”, wiele par decyduje się na rozwód, hołdując przekonaniu, że nie warto tracić czasu, skoro można być szczęśliwym w każdym wieku. Rozwiedzeni małżonkowie przeżywają ze sobą – średnio – ok. 14 lat (staż małżeński nieznacznie się wydłuża!). Najczęściej (ok. 57% przypadków) sąd przyznaje opiekę nad dziećmi wyłącznie matce, wyłącznie ojcu jedynie w ok. 4% przypadków, a 36% rozwiedzionych małżeństw wychowuje dzieci wspólnie.

Zmieniło się również społeczne nastawienie do rozwodników. Jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku bardzo krytycznie oceniano osoby rozwiedzione – „rozwódka”, „rozwodnik” znaczyło tyle, co „niemoralna”, „niemoralny”. Dziś społeczna opinia uległa znacznej totalnej liberalizacji.

 

Niestety, prognozy mówią, że będziemy się rozwodzić jeszcze częściej!

Przyczyn tego zjawiska należy szukać w ogromnej zmianie obyczajowości: małżeństwo i seks przestały być kontrolowane przez państwo czy Kościół, co miało miejsce przez wiele stuleci. Dzięki rozwojowi medycyny seks został oddzielony od prokreacji, a prokreacja od seksu.

  • Obecnie małżeństwo nie jest tak powszechne i obligatoryjne, nikt nie oburza się na „konkubinę” czy „konkubenta”, bo konkubinat zalegalizowano.
  • Luźne, nieformalne i niezobowiązujące związki stają się „stylem życia”.
  • Single tworzą własny świat, w którym drugi singiel pojawia się epizodycznie, odgrywa pożądaną rolę i odchodzi budować i bronić własnego świata.

Dzisiejsza Ewangelia pokazuje jasno, że pytania i wątpliwości w kwestiach małżeńskich boleśnie tkwią nie tylko w najbardziej zagorzałych faryzeuszach, ale również w najbliższych uczniach Jezusa. Św. Marek wyraźnie mówi: „W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to”.

  • Czy można się dziwić współczesnym dyskusjom na synodzie poświęconemu rodzinie?
  • Czy, jak mówią niektórzy, już sama dyskusja nie jest błędem?

Może ujawnione wątpliwości, ów obłok niewiedzy, mogą sprawić, że jeszcze większym płomieniem rozbłyśnie Chrystusowa nauka o małżeństwie i rodzinie! Może dyskusja, a nawet spór bada wierność nie tyle samych małżonków i małżeństw, co pasterzy, którzy mają ich prowadzić. Dokumentów poświęconych rodzinie wydano aż nadto! Trzeba tylko cnoty wierności, by w pokorze trwać w mądrości jednego zdania: „Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela”.

Niech nie robi tego z jakiegokolwiek powodu, dla jakichkolwiek racji, które wydają się uprawnione i pełne współczucia dla poranionych małżonków.

Kwestia zasądzonego rozwodu, przynajmniej dla chrześcijan, jest i musi pozostać kwestią moralną nie tylko dla powodów i pozwanych, ale także dla chrześcijan w sędziowskich, prokuratorskich i adwokackich togach. Także dla chrześcijan wezwanych na świadectwo. Wszyscy oni orzekają o ważności lub nieważności sakramentu małżeństwa, o jego trwaniu, o ewentualnej separacji, o uzdrowieniu małżeństwa lub rozłączeniu kobiety i mężczyzny. Zawsze są to losy dwojga ludzi związanych przysięgą: jeśli nie przed Bogiem i wspólnotą Kościoła, to jednak zawsze przed drugim człowiekiem i przed trybunałem własnego sumienia.

Odrębnym i palącym problemem moralnym zaczyna być ustawodawstwo, które zmienia definicję małżeństwa, jako związku jednego mężczyzny i jednej kobiety.

Jeśli zakwestionuje się ten fundament i dogmat małżeński, wpadniemy w trudną do wyobrażenia otchłań relatywizmu, nie wyłączając poligamii i kazirodztwa.

Św. Jana Paweł II, nazywany „papieżem rodziny”, naucza:

  • Przyszłość ludzkości idzie poprzez rodzinę! Jest, zatem rzeczą nieodzowną i naglącą, aby każdy człowiek dobrej woli zaangażował się w sprawę ratowania i popierania wartości i potrzeb rodziny.
  • Szczególny wysiłek w tym względzie czuję się zobowiązany prosić synów i córki Kościoła.
  • Ci, którzy przez wiarę poznają w pełni wspaniały zamysł Boży, mają jeszcze jeden powód, ażeby wziąć sobie do serca rzeczywistość rodziny w naszych czasach, tych czasach próby i łaski. Winni oni kochać rodzinę w sposób szczególny.
  • Polecenie to jest konkretne i wymagające.

Kochać rodzinę, to znaczy umieć cenić jej wartości i możliwości i zawsze je popierać. Kochać rodzinę, to znaczy poznać niebezpieczeństwa i zło, które jej zagraża, aby móc je pokonać. Kochać rodzinę, to znaczy przyczyniać się do tworzenia środowiska sprzyjającego jej rozwojowi. Zaś szczególną formą miłości wobec dzisiejszej rodziny chrześcijańskiej, kuszonej często zniechęceniem, dręczonej rosnącymi trudnościami, jest przywrócenie jej zaufania do siebie samej, do własnego bogactwa natury i łaski, do posłannictwa powierzonego jej przez Boga. Trzeba, aby rodziny naszych czasów powstały! Trzeba, aby szły za Chrystusem! (Familiaris Consortio 86)”.

Opracowano na podstawie publikacji Ks. Ryszarda Winiarskiego.

9 października 2015|