Moja DROGA do Boga przez Maryję i innych ludzi

08-09-2013 rok; Co roku w porze wakacyjnej tysiące pielgrzymów z całej Polski, blokując główne drogi – ku wielkiej radości kierowców, maszeruje do Częstochowy. Wielu ludzi zadaje sobie pytanie, czy nie lepiej wsiąść do samochodu i po kilku godzinach jazdy pomodlić się przed Świętym Obrazem. Czy piesze pielgrzymowanie ma w ogóle jakiś sens?  Chciałabym spróbować chodź po części znaleźć odpowiedź na to pytanie, opisując moje własne przeżycia z pielgrzymki i dzieląc się swoimi przemyśleniami.

Moja DROGA do Boga przez Maryję i innych ludziPierwszy raz byłam na pielgrzymce dwa lata temu z Franciszkanami (z Krakowa), w tym zaś roku postanowiłam wybrać się z Dominikanami (również z tego samego miasta). Przed wyruszeniem moje nastawienie było bardzo pozytywne. To miał być czas stałego przebywania w Bożej Obecności.

Wpadłam na pomysł, by napisać list do Matki Bożej, oddając Jej w ten sposób intencje wszystkich ludzi bliskich mojemu sercu. Modliłam się o to, aby te prośby zostały wysłuchane zgodnie z wolą Bożą, oddając w zamian swój trud i zmęczenie, a sama idąc w intencji dziękczynnej.

Bariery fizyczne pojawiły się zaraz pierwszego dnia, gdyż trafiliśmy na straszne upały i każdy krok był bardzo trudny. Pamiętam jednak, że wysłałam wtedy zatroskanej koleżance sms-a, w którym napisałam, że wszystko da się znieść, jeśli widzi się sens swojego trudu i jasny cel pielgrzymki.

No i cóż, Pan Bóg to moje myślenie postanowił poddać próbie, bo w jednej chwili wszystko się zmieniło. Po usłyszeniu konferencji, która nawiązywała do problemów, które miałam jakiś czas temu zniknął pokój serca i poczułam się całkiem zagubiona. Spowodowało to, że zaczęłam zastanawiać się nie tylko nad sensem tej pielgrzymki, ale również całego życia. W jednym momencie cały mój świat, wszystkie pragnienia, plany, marzenia przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Z trudem się modliłam, wszystko i wszyscy mnie denerwowali, a Pan Bóg gdzieś się schował. Jedyną motywacją do poruszania się była ambicja, która bardzo by ucierpiała, jeśli moja siostra by doszła a ja nie. I właśnie wtedy wpadłam na „genialny” pomysł, jak to wszystko poukładać.

Stwierdziłam, że na pewno pomoże mi rozmowa z ojcem, który wygłosił tą naukę, po której wszystko się zawaliło. Niestety, nic ona nie dała (pomimo tego, że kapłan ten był bardzo mądry), a to mnie jeszcze bardziej pogrążyło. I właśnie wtedy do mnie dotarło, że żaden człowiek nie może mi pomóc, bo nie zna tego, co tak naprawdę mnie boli, a to wie tylko Pan Bóg. Do tego jest On przecież Wszechmogący, więc pomimo wszystkich barier, które Mu stawiam, jest w stanie dotrzeć do tych miejsc mojego serca, które tego potrzebują i na pewno to zrobi, ale w taki sposób, w jaki On chce, a nie tak jak ja to widzę. Po tym jak zrozumiałam to, już lepiej mi się szło.

Pielgrzymka zwykle dzieli się na wiele grup, żeby łatwiej było zorganizować noclegi. Ja byłam zapisana do grupy studenckiej, i według regulaminu powinnam cały czas iść razem z nią. Ciekawość jednak była większa i kilka odcinków maszerowałam z „Ciszą” bądź „Pokutą”. Dzięki temu dostrzegałam jak droga w każdej grupie jest inna, jak każdy człowiek inaczej przeżywa tą Pielgrzymkę, inaczej zbliża się do Pana Boga, choć cel jest dla wszystkich taki sam.  Piesza wędrówka do Częstochowy uświadamia nam, że jesteśmy w tym życiu pielgrzymami i razem maszerujemy poprzez codzienne życie (choć każdy inaczej) do tego samego Boga. Myślę, że ciężko by było człowiekowi w pojedynkę dojść na Jasną Górę, podobnie jak do nieba.

Chciałabym się jeszcze podzielić doświadczeniem adoracji podczas Pielgrzymki. Zmęczona po całym dniu szłam do Kościoła z radością, że będę mogła odpocząć przed Panem, porozmawiać z Nim i trochę ochłonąć po trudzie wędrówki. Jednak, gdy dotarłam na miejsce okazało się, że tego dnia wystawienie Najświętszego Sakramentu jest na polu. Próbowałam skoncentrować się na Panu Bogu, odganiając w między czasie tysiące owadów od siebie, co mnie prawie doprowadziło do płaczu. Wtedy przyszła mi do głowy myśl, że przecież właśnie tak wygląda życie. Musimy nieustannie walczyć z tym, co nas odciąga od Pana Boga. Nasze relacje z Nim proste i łatwe będą dopiero w niebie, a na razie trwać przy Nim możemy tylko wtedy, jeśli będziemy codziennie pokonywać nasze słabości i „opędzać się” od kuszących propozycji z zewnątrz. W tym miejscu pokazał mi Duch Święty w jak niezwykły sposób działa. On przez proste i głupie sytuacje mówi do nas, przekazując nam bardzo ważne prawdy, które są skierowane specjalnie do nas, i które w danej chwili są w stanie rozjaśnić całe nasze życie.

Czy warto było?

Moment wejścia na Jasną Górę będzie mi bardzo ciężko opisać. Idąc aleją, która prowadzi do Sanktuarium tak jak wszyscy śpiewałam i skakałam z radości, ale takiej autentycznej, która naprawdę była w sercu. Tradycją naszej grupy było to, że ostatnie 100 metrów biegliśmy, ile kto miał sił w nogach. Czułam wtedy jakbym biegła do domu, chciałam tam być jak najszybciej. Przed wejściem dosłownie upadłszy na kolana, w ciszy witaliśmy Matkę Boską. Pamiętam, że miałam wtedy w oczach łzy, zresztą nie jeden raz w tym dniu się wzruszyłam. Chodziłam tam tak, jakby każdy kawałek ziemi był miejscem świętym.

Jedną z obaw, jakie miałam podczas pielgrzymki była myśl, że nie będę potrafiła znowu wrócić do normalnego życia. Wcześniej, już kilka razy tak miałam, że po podniosłym przeżyciu różnych wydarzeń religijnych w moim sercu zostawała pustka. Tym razem było inaczej między innymi dzięki pięknej homilii wygłoszonej na Jasnej Górze. Ojciec dominikanin poruszył tam kilka bardzo ważnych prawd mówiących o życiu w kontekście pielgrzymowania. Mówił, że nie idziemy przez życie od miejsca do miejsca, ale od osoby do osoby – od nas samych, poprzez innych ludzi do Boga. Jesteśmy nieustannymi wędrowcami i każdego ranka musimy wstać, aby iść dalej niezależnie od tego, co nas spotkało w poprzednim dniu. Musimy odejść zarówno od radosnych jak i od bolesnych chwil wciąż ruszając naprzód. W życiu dążymy do różnych celów, realizując nasze plany i spełniając marzenia. Ważne jest jednak, abyśmy się na nich nie zatrzymywali i zawsze mieli przed oczami kolejny szczyt, a na horyzoncie naszej drogi widzieli ten najpiękniejszy i najwyższy, jakim jest niebo.

Ja zazwyczaj poza moim szczytem nie widziałam już nic więcej i bezcelowo błądziłam we mgle aż do czasu, kiedy wyłonił się kolejny. W tym miejscu przyszedł mi do głowy obraz małego dziecka skaczącego na trampolinie. Wybija się ono najwyżej jak potrafi a ląduje tylko po to, aby znowu móc się odbić. My w naszym „odbijaniu się” powinniśmy jeszcze myśleć o naszym ostatnim wybiciu – ze śmierci do życia.

Czy piesze pielgrzymowanie ma sens?

Myślę, że dzięki temu, że zostawiamy w domu wszystkie wygody, biorąc ze sobą tylko to, co jest nam najbardziej potrzebne, dajemy Panu Bogu większe możliwości działania w naszych sercach. Poprzez trud drogi coraz więcej barier oddzielających nas od Niego niweluje się, dzięki czemu stajemy się bardziej otwarci na działanie Ducha Świętego. Po całym dniu maszerowania z wielu twarzy, razem z makijażem spływają maski, w których przeważnie przychodzimy do Pana Boga i stajemy przed Nim z dnia na dzień coraz bardziej autentyczni.

W taki sposób idąc do Maryi zbliżamy się do Pana Boga. Każda duchowa droga pielgrzymki jest jednak inna i wasza może się bardzo różnić od mojej. Możecie być jednak pewni, że jest to droga, na której na każdego bez wyjątku czeka Jezus – najlepszy Przyjaciel.

I za to, w jaki sposób działa On w moim życiu i w życiach nas wszystkich, za to jak nas prowadzi do Siebie i za to, że mogłam się podzielić doświadczeniem mojej drogi niech będzie Mu chwała.

Wendy

 

 

 

 

8 września 2013|