Z PIEKŁA NARKOTYKÓW DO WOLNOŚCI

05 lipca 2015 roku; ŚWIADECTWO BYŁEGO NARKOMANA, które może wnieść tak wiele do życia każdego z nas – „Z piekła narkotyków do wolności”; Kiedy schodziłem do szpitalnej kaplicy i widziałem Jezusa wiszącego na krzyżu, mówiłem w duchu: „Jesteś złym Bogiem, ponieważ ukrzyżowałeś swojego Syna, chociaż był Ci we wszystkim posłuszny. I mnie robisz teraz to samo!” Moje problemy zaczęły się już w szkole. Kiedy dostawałem złe stopnie, ojciec krzyczał na mnie i czasem mnie bił. Wiedziałem, że robię coś niedobrego, i chciałem, żeby rodzice byli ze mnie zadowoleni, ale nie wiedziałem, jak to osiągnąć. Być może przyczyną tych moich kłopotów była ciągła nieobecność mojego ojca; matka zresztą też rzadko bywała w domu… Wszystko to sprawiało, że pomimo dużej rodziny (miałem pięciu braci) czułem się bardzo samotny.

Z PIEKŁA NARKOTYKÓW DO WOLNOŚCI 1W wieku 13 lat po raz pierwszy zobaczyłem swoich braci pijących alkohol, palących marihuanę i papierosy. Byli roześmiani, wydawali się szczęśliwi. I ja też chciałem taki być. Zaczęliśmy, więc wychodzić z moim szkolnym kolegą do parku, by pijąc i paląc, uciec, choć na chwilę od zwykłej, szarej codzienności…

Aż pewnego dnia spóźniłem się do szkoły i nie wpuszczono mnie na lekcje. Nie chcąc wracać do domu, poszedłem do jednego z klubów bilardowych. Kiedy zobaczyłem tam roześmianych chłopaków, pomyślałem, że nie ma sensu, abym chodził do szkoły, jeśli mogę przychodzić tutaj, spędzać miło czas i trochę się rozerwać.

Chciałem tylko pomóc

Zostałem członkiem grupy „rządzącej” w mojej dzielnicy Madrytu. To były lata 80. Zapanował wtedy istny boom narkotykowy, a moi bracia brali coraz twardsze narkotyki: heroinę, kokainę…To wydawało mi się interesujące i atrakcyjne – do czasu, aż sam się uzależniłem. Wpadłem w nałóg w bardzo głupi sposób: chciałem pomóc swojemu bratu wyjść z uzależnienia i pomyślałem, że sam muszę poznać działanie tego narkotyku, aby zrozumieć jego nałóg. Brat był dla mnie kimś bardzo ważnym; zawsze się mną zajmował i dzięki temu czułem się, choć trochę kochany. W ten sposób ja też wpadłem w uzależnienie i w wieku 15 lat spróbowałem już chyba wszystkiego…

Zakładałem maskę twardziela, za którą starałem się ukryć to, co stało się ze mną po wypadku. Moje życie się załamało, a duma kazała mi za wszelką cenę iść dalej i pokazywać, że przecież nic takiego się nie stało. Pogrążałem się coraz bardzie j…

W tym czasie zmarł mój ojciec. Zdałem sobie wówczas sprawę z tego, że nigdy tak naprawdę z nim nie rozmawiałem. Właściwie go nie znałem i dlatego trudno było mi zrozumieć, kim był, no i kim ja sam jestem. Nie wiedziałem też, co było dla mnie ważne, a co nie. Dlatego kiedy skończyłem 18 lat, postanowiłem rzucić dotychczasowe życie i zacząłem włóczyć się po świecie. Trafiłem na Wyspy Karraryjskie, potem do Londynu… Najdłużej zatrzymałem się we Włoszech, gdzie pracowałem, jako ochroniarz w znanej i bardzo modnej dyskotece. Poznałem wtedy dziewczynę, której zależało na poważnym związku. Pomyślałem, że wreszcie będę mógł założyć rodzinę, o czym zawsze marzyłem. Dziewczyna poprosiła, żebym skończył z nocnym życiem i dorywczymi pracami. Zaproponowała mi etat w jej rodzinnej firmie. Pomyślałem, że dzięki nowej pracy będę mógł zapewnić swej przyszłej rodzinie stabilizację finansową, a tego wymaga się od prawdziwego mężczyzny. Miałem nadzieję, że jeśli skończę z nielegalnymi interesami i nocnym życiem, zacznie się wreszcie dobry etap w moim życiu.

Bunt przeciw cierpieniu

Niestety, jakieś dwa miesiące po podpisaniu umowy o pracę miałem bardzo poważny wypadek samochodowy, po którym przez dwa lata leżałem w szpitalu. Lekarze musieli amputować mi rękę…To był dla mnie szok! Kiedy schodziłem do szpitalnej kaplicy i widziałem Jezusa wiszącego na krzyżu, mówiłem w duchu:

  • „Jesteś złym Bogiem, ponieważ ukrzyżowałeś swojego Syna, chociaż był Ci we wszystkim po-słuszny. I mnie robisz teraz to samo!
  • Chciałem zacząć żyć dobrze, a Ty mi tak za to odpłacasz?! Więc teraz zrobię dokładnie na odwrót!”.

Jakby tego było mało, podczas mojego wypisu ze szpitala okazało się, że umowa, którą zawarła ze mną rodzinna firma mojej dziewczyny, była fałszywa! Podpisałem kompletnie bezwartościowy papier, który nie dawał mi ubezpieczenia ani świadczeń zdrowotnych! Kiedy powiedziałem o tym dziewczynie, ta wszystkiego się wyparła. Tego już było dla mnie za wiele! Byłem kompletnie rozwalony – fizycznie i psychicznie. Czułem się oszukany…

  • Nie rozumiałem, że tak naprawdę moim problemem była wewnętrzna pustka, którą starałem się wypełnić właśnie narkotykami…

Mając zaledwie 22 lata, byłem na dnie, totalnie przygnieciony życiem. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego to wszystko mnie spotyka. Chciałem wreszcie zrobić coś dobrego: skończyć z nocnym życiem, z narkotykami, założyć rodzinę, mieć prawdziwą, uczciwą pracę. I co mi z tego przyszło?! Wypadek, utrata ręki, poczucie zupełnego opuszczenia… Znów powróciły do mnie myśli ze szpitalnej kaplicy, tym razem z większą siłą. Stwierdziłem, że skoro starałem się być dobry i źle się to dla mnie skończyło, to, jeśli teraz będę postępował źle, może lepiej na tym wyjdę…

W wirze zła

Z tym postanowieniem wyszedłem ze szpitala i wróciłem do Madrytu, do starych znajomych. Wyspecjalizowałem się w handlu narkotykami. Bardzo mnie to pociągało, bo na sprzedaży narkotyków można było nieźle zarobić, odnieść sukces i zyskać szacunek. Poczułem się „silniejszy”. Zakładałem maskę twardziela, za którą starałem się ukryć to, co stało się ze mną po wypadku: ukryć człowieka, który w jednej chwili stracił zdrowie i przyjaciół. Moje życie się załamało, a duma kazała mi za wszelką cenę iść dalej i pokazywać, że przecież nic takiego się nie stało.

Pogrążałem się coraz bardziej… Mniej więcej w tym samym czasie jeden z moich braci wstąpił do Wspólnoty Cenacolo. Aby się z nim zobaczyć, czasami jeździłem na spotkania z matką Elvirą. Widziałem, że brat mój czuje się tam dobrze, że odżył. Za każdym razem pytał, kiedy przyjadę, by pobyć we wspólnocie przez jakiś czas. Ja go wówczas zbywałem, mówiąc, że nie muszę, bo przecież nie biorę narkotyków codziennie. Nie rozumiałem, że tak naprawdę moim problemem była wewnętrzna pustka, którą starałem się wypełnić właśnie narkotykami.

Pewnego dnia moja matka, która pracowała w Sądzie Krajowym, przekazała mi informację od swych kolegów z tajnej jednostki policji, że jeśli nie wyjadę z Hiszpanii, będą musieli mnie zgarnąć. Zrozumiałem wtedy, że teraz już na pewno muszę coś zmienić w swoim życiu. Przypomniałem sobie o zaproszeniu do Cenacolo. Postanowiłem z niego skorzystać i w ten sposób po raz kolejny uciec z kraju – od problemów, w które znowu się wpakowałem.

Wielka ucieczka

Z PIEKŁA NARKOTYKÓW DO WOLNOŚCI 2Mając 31 lat, znalazłem się w Cenacolo w Mediolanie. Na początku nie chciałem w ogóle słuchać ani o religii, ani o życiu wspólnotowym. Zdenerwowany krzyczałem:

– Ja tutaj przyjechałem, by rzucić narkotyki, a nie, żebyście zrobili ze mnie księdza, zakonnika czy kogo tam jeszcze!

Zostawcie mnie w spokoju!

Ja nigdy nie byłem wierzący i nie myślcie sobie, że zacznę wierzyć teraz, kiedy życie mi się zawaliło! Na szczęście z pomocą mojego „anioła stróża” [chłopaka, który jest przydzielany do opieki nowo przybyłym do wspólnoty – przyp. red.] powoli coś się we mnie zmieniało. Mówił to, czego nikt nie miał odwagi mi powiedzieć: że jestem nieuporządkowany, że pewne rzeczy robię źle, że jestem powolny…

Jego słowa mnie raniły, ale nie mogłem w żaden sposób się obronić, bo to była prawda – przykra prawda o mnie, której nie chciałem znać! Dopiero, kiedy to do mnie dotarło, rozpoczęła się moja faktyczna droga we wspólnocie. Zacząłem odmawiać różaniec. Początkowo myślałem nawet, że podczas modlitwy objawi mi się Matka Boża albo Pan Jezus, ale nic takiego się nie stało.

  • Modlitwa dawała mi jednak ogromny pokój serca, pokój, którego nigdy wcześniej nie odczuwałem.

Z Mediolanu wysłano mnie w góry, niedaleko Turynu. Całymi dniami pracowaliśmy tam w lesie przy wyrębie drzew. Praca była ciężka. Poczułem się znowu silny fizycznie, a dzięki modlitwie z czasem przyszła i siła duchowa. Przyczynił się do tego Mały Polak. Tak go nazywaliśmy, bo wszyscy byliśmy wyrośniętymi twardzielami, a on jako jedyny był drobnej budowy i miał bardzo łagodny głos. Przed Wielkim Postem powiedział do mnie tym swoim głosikiem: – Juan, dzisiaj rozpoczniemy prawdziwą przyjaźń.

– Co masz na myśli? Jaką prawdziwą przyjaźń?! – zapytałem zaskoczony.

– Zaczniemy wspólne wyrzeczenie i nie będziemy jeść chleba przez cały Wielki Post.

Nie dość, że wstajemy codziennie o szóstej rano i pracujemy cały dzień za darmo, nie ma telewizji, papierosów ani dziewczyn, to ty jeszcze chcesz, żebyśmy zrezygnowali z chleba?! Bardzo go lubiłem i nie chciałem mu odmawiać, ale skąd taki szalony pomysł?! On, widząc moje przerażenie, dodał:

– Wiesz, w sumie to możemy zrobić coś więcej.

– Jak to?! Jeszcze więcej?! – Tak, jeszcze więcej! Możemy codziennie przez cały Wielki Post wstawać o godzinie drugiej w nocy i iść do kaplicy, by wspólnie się modlić.

– Czy nie dostatecznie dużo pracujemy w ciągu dnia, żebyśmy jeszcze musieli się zrywać w środku nocy?! Nie wiem, czy dam radę. Wiesz, że cię lubię, ale teraz to już trochę przegiąłeś…

– Jeśli nie chcesz, Juan, to OK, ale moglibyśmy modlić się za kogoś, kogo bardzo zraniłeś, kto ci ciąży na sercu, żebyś wreszcie mógł pozbyć się tego ciężaru… Wtedy stanęła mi przed oczami moja matka i wszystko to, co wycierpiała z powodu mnie i moich braci.

Wyobraziłem sobie, co musiała czuć, kiedy koledzy z sądu powiedzieli jej, że widzieli mnie w towarzystwie uzbrojonych ludzi i dealerów, że mają dowody…

Wcześniej, zamroczony narkotykami, nie zdawałem sobie, z tego sprawy, a teraz dotarło to do mnie bardzo mocno. Powiedziałem, więc tylko:

– Już nic więcej nie mów! W takim razie jutro punktualnie o drugiej.

SuperJuan

Pracowaliśmy około 10 godzin dziennie, nosząc pnie – a ja nosiłem te największe! Byłem w bardzo dobrej formie fizycznej. Chciałem pokazać, że mogę wszystko, że jestem super-Juanem. Rozpierała mnie duma. Jednak, kiedy o godzinie drugie w nocy przychodziła pora pobudki, wtedy przestawałem być super-Juanem…

Bolało mnie dosłownie całe ciało. Bardzo dużo kosztowało mnie wstawanie w środku nocy i spacer do kaplicy, która znajdowała się poza głównym domem, około 1000 metrów wyżej. Na dworze było strasznie zimno; szliśmy z Małym Polakiem owinięci szczelnie szalikami, w puchowych kurtkach, a w kaplicy dosłownie dopadaliśmy do grzejnika. Jedyne, co pamiętałem, budząc się ponownie o szóstej rano i zastanawiając się, czy byłem na adoracji, to ogromny pokój serca. Nie myślałem wtedy o męczącej drodze do kaplicy ani o przeszywającym zimnie. Odczuwałem tylko wewnętrzny pokój. Dzięki temu wiedziałem, że na pewno byłem na adoracji. Nie zawsze była ona czymś przyjemnym.

Często w czasie modlitwy przypominały mi się wszystkie złe rzeczy, które robiłem. Kiedy później wracałem do łóżka, aż do rana nie mogłem zasnąć. Nie potrafiłem jeszcze oddać tego wszystkiego Jezusowi, zawierzyć Mu. Dusiłem w sobie to całe zło, a nie byłem w stanie sam poradzić sobie z tym ciężarem. Z czasem jednak, dzięki adoracji, powoli uczyłem się otwierać na łaskę Pana Jezusa i dzielić z Nim swoją trudną przeszłość.

Czy to działa?

Po sześciu miesiącach musiałem wrócić do Hiszpanii, by zmienić protezę ręki. W trakcie załatwiania formalności zatrzymałem się we francuskim domu Cenacolo w Lourdes (w Hiszpanii nie mieliśmy żadnego). Kiedy chłopak odpowiedzialny za ten dom zobaczył mnie na progu, bardzo się wzruszył. Widząc moją nieufność, powiedział, że poznał mojego brata Carlosa. On budził go codziennie o drugiej w nocy, by wspólnie za mnie się modlić, bo bardzo się o mnie martwił. Chłopak ów zrozumiał, że ich modlitwa została wysłuchana.

Poprosiłem go wtedy, żebyśmy w takim razie zaczęli modlić się za mojego drugiego brata, Antonia, który od 25 lat zmagał się z alkoholizmem. Chciałem sprawdzić, czy to naprawdę działa.

  • Jeśli oczekuję wybaczenia, też muszę przebaczyć: bliźniemu i samemu sobie. Dopiero, kiedy to zrozumiałem, mogłem zacząć pomagać innym…

Pościliśmy też w środy i piątki o chlebie i   wodzie, tak jak o to prosi Maryja w Medjugorje. Ja dodatkowo zrezygnowałem z jedynej dostępnej we wspólnocie przyjemności – to jest z jedzenia słodyczy. Po dwóch latach doszedłem do wniosku, że najwyraźniej Pan nie chce, aby Antonio przyjechał do wspólnoty. Ale ponieważ dzięki wyrzeczeniom, które podejmowałem, czułem się silniejszy i widziałem pewne rzeczy jaśniej, postanowiłem je kontynuować.

To nie wakacje

Niespodziewanie po trzech latach przełożony wspólnoty poprosił, żebym poszedł na stację po swego brata. Byłem zdziwiony, bo przez ten czas nawet do niego nie dzwoniłem.

Starałem się mu wytłumaczyć, że Wspólnota Cenacolo to nie jakieś wakacje czy wypad na wieś, że wstajemy o godzinie szóstej rano, odmawiamy różaniec, a potem idziemy do pracy…

Nie potrafiłem wyobrazić sobie Antonia robiącego takie rzeczy. Jednak został, a ja byłem jego „aniołem stróżem”. Wspierałem go w najtrudniejszych momentach. Dzięki temu się przekonałem, jak bardzo można kochać własnego brata.

  • Kochać go w cierpieniu, kiedy czuł się fatalnie i miał ataki zespołu abstynencyjnego, kiedy walczył duchowo i mówił, że nie wierzy, że nie może się modlić, że to nic dla niego.
  • Powtarzałem mu wtedy, że skoro jest tutaj, to na pewno czemuś to służy.

W rezultacie został w Lourdes przez siedem lat. Ponieważ wiedziałem, że wiele młodych ludzi w moim kraju jest pogubionych, zacząłem modlić się o powstanie w Hiszpanii domu Cenacolo. Aby jednak otworzyć Wspólnotę Cenacolo, nie wystarczy wypełnić wniosek i poczekać dwa miesiące na rozpatrzenie prośby…

To zależy tylko od woli Bożej.

Ludzie często pytają, ile kosztuje pobyt we wspólnocie, a matka Elvira, założycielka Wspólnoty Cenacolo, powtarza niezmiennie: „Prawie wszyscy rodzice woleliby zapłacić jakąś określoną kwotę, zwłaszcza w sytuacji, gdy są już kompletnie zdesperowani.

  • Oferują nam pieniądze, a my niezmiennie odpowiadamy, że za życie ich dzieci nie można zapłacić pieniędzmi, że one miały ich za dużo i właśnie to je pogrążyło.

Zamiast pieniędzy oczekujemy współpracy, wiary wyrażonej w życiu codziennym, w życiowych wyborach. Kiedy poznajemy bliżej rodziny, okazuje się, że nie tylko chłopcy potrzebują pomocy. Że uzależnienie syna było porażką całej rodziny i możemy go uratować tylko wtedy, gdy zmienią się również jego rodzice”.

Czy nie dziewięciu zostało oczyszczonych?” (Łk 17,17)

Po pewnym czasie straciłem nadzieję na otwarcie domu w Hiszpanii i postanowiłem opuścić wspólnotę, ale czułem się źle z tą decyzją. Kontynuowałem, więc modlitwę i pewnej nocy, czytając Ewangelię, trafiłem na fragment o 10 trędowatych, którzy zostali uzdrowieni w drodze do świątyni. Tylko jeden, kiedy to spostrzegł, zawrócił, by podziękować Jezusowi. Pozostali odeszli…

I ja poczułem się tak, jak bym też chciał odejść bez słowa. Zdałem sobie sprawę, że w czasie tych ostatnich czterech lat ani razu nie podziękowałem Bogu za łaskę życia w tej wspólnocie i wzrastania w wierze. Nie zrobiłem niczego, nic z siebie nie dałem. Myślałem tylko o swojej pracy, swoim samochodzie, swojej dziewczynie…

  • Cały czas ja i          ja. Znowu ten sam egoizm!

Przemyślałem wszystko i postanowiłem porzucić swoje życiowe plany i projekty, które nieświadomie pielęgnowałem przez te ostatnie lata. Zostałem we wspólnocie, by zająć się Hiszpanami, którzy do nas przyjeżdżali. Jakiś czas później otworzyliśmy w Hiszpanii dwa domy. Ja natomiast, po siedmiu latach życia we wspólnocie, wróciłem do Madrytu. Pracuję zawodowo i kiedy mam taką możliwość, pomagam innym, bo dzięki temu czuję, że moje życie ma sens.

Cenacolo szkoła wiary i przebaczenia

Najważniejsze, czego nauczyłem się w „Szkole Cenacolo”, to przebaczać i prosić o przebaczenie. Przebaczać na kolanach przed Najświętszym Sakramentem. Modlić się za tych wszystkich, którzy mnie zranili, i dobrze im życzyć. Modlitwa jest jedyną drogą do uzdrowienia.

Zrozumiałem, że mimo żalu nie mogę odpłacać złem za zło, bo wtedy uderzyłoby to we mnie samego. Przecież skoro ja sam wielokrotnie popełniam błędy, to drugiemu człowiekowi też może się to przytrafić. A jeśli oczekuję wybaczenia, też muszę przebaczyć: bliźniemu i samemu sobie.

Dopiero, kiedy to zrozumiałem, mogłem zacząć pomagać innym, stając się „aniołem stróżem” dla nowo przybyłych chłopaków. Miałem świadomość tego, że pomagając, nie można się wywyższać, tylko trzeba postawić się na miejscu danej osoby. Dzięki moim doświadczeniom było mi łatwiej, bo mogłem powiedzieć:

  • Przechodziłem przez to samo, wiem, co czujesz. Możesz z tego wyjść i być szczęśliwy, mnie się to udało.
  • Życie, a zwłaszcza życie wiarą, nie jest proste, ale to może się udać.
  • Nie jest łatwo wyleczyć rany, a niektóre nigdy do końca się nie zabliźnią, ale można z tym żyć!

Najważniejsze jest to, że zmartwychwstały Jezus nas kocha i jest zawsze z nami. Jeśli zachodzi taka potrzeba, możemy zawsze pójść do Jezusa wyspowiadać się i otrzymać przebaczenie wszystkich swoich grzechów. Nie musimy pozostawać w niewoli sił zła i dusić w sobie grzechów, które nas zniewalają i niszczą.

Trzy dni i trzy noce Matka Elvira przekazała nam także następującą „złotą zasadę” działania w konfliktowych sytuacjach:

  • Kiedy się z kimś pokłócisz, nie idź do niego nazajutrz, by wyłożyć mu swoje racje.
  • Zanim to zrobisz, módl się trzy dni i trzy noce, abyś miał pokój w sercu, kiedy do niego pójdziesz.
  • Jeśli po tym czasie nadal nie masz pokoju, kontynuuj modlitwę, aż go otrzymasz.

Bo jeśli, idąc do niego, nie będziesz miał pokoju w sercu, to ta rozmowa będzie tylko wylaniem żalów i do niczego dobrego nie doprowadzi, a jedynie pogłębi konflikt między wami. Kiedy już będziesz z nim rozmawiał, najpierw przyznaj się do swojego własnego błędu i poproś go, by ci wybaczył. Zobaczysz, że wtedy on automatycznie zrobi to samo. Pamiętaj tylko, że najpierw ty musisz to zrobić”.

Kolejną rzeczą, której uczymy się we wspólnocie, jest pokora. Zaczyna się od wykonywania poleceń: robienia tego, co nam każą, w konkretny sposób. Chodzi o szanowanie zasad, które panują w domu. Jeśli uważamy, że nasz sposób jest lepszy, możemy zasugerować zmianę, ale dopiero po wykonaniu zadania dokładnie tak, jak nas o to poproszono. Miłość bliźnie-go wyraża się w drobiazgach. Dotyczy to na przykład nocnego wstawania na modlitwę. Czy budzimy w zamieszaniu i hałasie wszystkich chłopaków – czy robimy to po cichu, żeby pozwolić innym pospać? Czy krzyczymy komuś do ucha – czy delikatnie pytamy: „chcesz pójść ze mną?”. W ten sposób uczymy się najważniejszego: że życie wiarą wyraża się właśnie w naszej codzienności.

Opracowano na podstawie publikacji ze strony: www.milujciesie.org, Juan Tłum. i oprać. Agnieszka Kańduła

 

 

17 lipca 2015|