Wyzwolenie przez NIEPOKALANĄ

15 czerwca 2014 roku; To dzieje się na naszych oczach – MOC ŚWIADECTWA – Rozmowa stanowi świadectwo zamieszczone w kwietniowym numerze „Miesięcznika Egzorcysta” pod tytułem „Odrzuciłam demoniczne dziedzictwo”; Kobieta posługująca się pseudonimem RoseMary, autorka książki „Nie krocz za mną. Prawdziwa historia dziewczyny, która nie chciała być medium„, twierdzi, że została wyzwolona z pokoleniowego zniewolenia okultyzmem. Jak to się stało?

Wyzwolenie przez NIEPOKALANĄBywamy okłamywani przez Szatana, że „posiadamy jakieś dary”, podczas gdy właściwie to te „dary posiadają nas”. Długo czujemy się „obdarowani”, a dopiero przy próbie nawrócenia dostrzegamy, że jesteśmy „karani”.

JAK WYGLĄDA TWOJE DRZEWO GENEALOGICZNE? – Ze strony mamy – pradziadek był teozofem, babcia asystowała przedwojennemu medium Stefanowi Ossowieckiemu, dziadek był masonem. Natomiast mój ojciec był założycielem jednego z pierwszych w powojennej Polsce związków ezoterycznych, a na emigracji zaangażował sią we wpływową synkretyczną sektą spirytystyczną. Zatem to, co teologowie nazywają „pokoleniowym obciążeniem okultystycznym”, mam po obydwojgu rodzicach.

Niektórzy twierdzą, że nie istnieje coś takiego jak duchowe dziedzictwo…

W środowisku, w którym sią wychowałam, panuje przekonane, że takie dziedzictwo istnieje i oficjalnie uważa sią to za powód do dumy. Jedynie w największym zaufaniu rozmawia sią o związanym z tym cierpieniu. Po ukazaniu sią mojej książki, która obrazuje pewne skrywane zależności, skontaktowało sią ze mną kilka rodzin o podobnych doświadczeniach. Teraz stoi przed nimi decyzja wejścia na drogą nawrócenia. Modlę się, aby Jezus ich wspomagał.

Jaki jest pierwszy krok w rozeznaniu takiej sytuacji?

Po pierwsze, należy przyznać sią najpierw przed sobą samym, że to, co nieraz nazywam „darem” kontaktowania sią z duchami, widzenia aury, wychodzenia z ciała, wizji przyszłości czy innego spontanicznego poznawania ukrytych spraw, może być jedynie demoniczną przynętą. Niestety, jesteśmy okłamywani przez Szatana, że „posiadamy jakieś dary”, podczas gdy właściwie to te „dary posiadają nas”. Długo czujemy sią „obdarowani”, a dopiero przy próbie nawrócenia dostrzegamy, że jesteśmy „karani”.

Czy czujesz się karana za grzechy przodków?

Choć czułam się jakby „karana”, uważam, że słowo „kara” nie jest precyzyjne, wolę słowo „konsekwencja”. Rozumiem, że komuś wychowanemu w katolickiej rodzinie może być trudno wczuć sią w moją sytuację. Zobrazują to następująco: jeżeli ktoś zaczyna swoje „mmm”.

Dla mnie, jako dla osoby wówczas jasnowidzącej, dla której aura roślin była inna niż zwierząt, a aura chleba inna niż aura zabitego zwierzęcia, Najświętszy Sakrament wyglądał właśnie jak świeże mięso. Spostrzeżenie to zachwycało mnie swoją „głębią”, jednak nie przybliżało do Boga. Życie religijne w zwyczajnej sytuacji duchowej, jest niczym jagnię na pełnej słońca łące. Czuje bliskość Dobrego Pasterza, widzi Jezusa oczyma duszy. Co do mnie, rzecz była inna, ja byłam „niewidoma od urodzenia”. Chociaż zaprowadzono mnie do Pierwszej Komunii Świętej, „żebym w klasie nie odróżniała się od innych dzieci”, mój klimat duchowy był zupełnie odmienny niż w przypadku moich rówieśników z pobożnych rodzin. „Niewierząca”, tak mówiłam o sobie, ponieważ nie wierzyłam w to, co mówiły inne dzieci, że Pan Bóg kocha, że jest blisko, że można Mu powierzać swoje problemy. Pamiętam jak tuż po przyjęciu Pierwszej Komunii koleżanki po kolei podchodziły do mikrofonu i mówiły o swojej miłości do Boga. Ja byłam coraz mniej spokojna, zirytowana, aż usłyszałam głos jakby z powietrza, mówiący do mnie: Przecież jesteś po stronie prawdy. A „prawda” była taka, że moje serce nie czuło tego, co inne dzieci. Glos kontynuował: Przecież czujesz, że to nie jest prawda, co mówią, l ja szłam za moimi uczuciami.

Jak wytłumaczyć dziecku takie odczucia?

Gdybym miała okazję teraz wyjaśniać coś dziecku będącemu w podobnej sytuacji, powiedziałabym mu, że to prawda, co mówią inne dzieci, one nie kłamią. Wyjaśniłabym: Ty nie ze swojej winy jesteś „niewidoma od urodzenia”. Nie widzisz światła, ponieważ twój pradziadek nie posłuchał przestrogi Dobrego Pasterza, że nie wolno się oddalać i wpadł do głębokiego, ciemnego dołu. Próbował się z niego wydostać, ale mu się to nie udało, bo nie wołał Boga na pomoc. Urodziły mu się w tym dole dzieci, które jeszcze ten dół pogłębiły. Twoja mama siedziała w tym dole, bo nie wyobrażała sobie, żeby mogło być inaczej. Jakby tego było mało, jeszcze twój tatuś do tego dołu wskoczył i ponanosił tam nowych robaków. Urodziłaś się zatem w tym dole, skąd nie widać Boga i to, że masz wrażenie, iż otacza cię mrok, jest obiektywnym stanem miejsca, w którym się znajdujesz. Ten stan nie jest karą – jest konsekwencją. Jest przestrogą dla innych. Bóg „pokazuje”, że nie żartował, kiedy nie pozwalał się od siebie oddalać. Wyzwolenie jest w każdym momencie możliwe, ponieważ nie chodzi tu o jakąś mechaniczną nieuchronność, o to, że „ojcowie zgrzeszyli”, tylko są to „sprawy Boże”.

Stwierdzenie Jezusa o niewidomym od urodzenia: Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale [stało się tak], aby się na nim objawiły sprawy Boże (J 9,1), często jest podawane, jako argument przeciwko hipotezie istnienia zależności międzypokoleniowych.

Jezus pokazuje nam, że nie chodzi tu o prostą konsekwencję i że nie grzechy przodków są tu istotą zagadnienia, lecz „sprawy Boże”. Z perspektywy swojego doświadczenia tak to widzę, iż „sprawy Boże” to prawda o Zbawieniu. To powaga grzechu i zniewolenia oraz trud wyzwolenia.

Wielu jednak Ci nie uwierzy, powie, że serce dziecka jest czyste i takie obciążenia nie są możliwe.

Tak, moje serce było czyste i ono tęskniło do Boga. Podejmowałam próby modlitwy, choć w moim odczuciu było tak, jakbym tylko boleśnie obijała się o ściany tego dołu. Kiedy próbowałam się modlić, przekręcałam słowa, nudziłam się, nie mogłam dokończyć modlitwy. A po modlitwie było jeszcze gorzej ze sprawami, o które prosiłam. Otaczały mnie też mroczne postacie i kiedy otwierałam swoje serce, one jakby ustawiały siebie w miejscu Boga. Miałam nieraz w nocy uczucie, jakbym była wyciągnięta z ciała i widziała siebie z zewnątrz. Mogłam wówczas zobaczyć różne tajemnice świata, ale były to tylko mroczne tajemnice, wiadomości o cudzych grzechach, o morderstwach, o chorobach, o porzuconych ciałach zmarłych, grzechach seksualnych, choć nie byłam wówczas uświadomiona. Był to taki jakby nadmiar „wiadomości dobrego i złego”, który miał we mnie powodować pychę stanu, gdy myślałam o sobie, że jestem jak bogowie, znający dobro i zło (por. Rdz, 3-5).

Jak wyglądał taki najgorszy stan?

Jako osoba dorosła szukałam pomocy w Kościele, nie od razu ją znajdując. Ten następny krok był trudny. Po wyjściu ze środowiska okultystów, gdzie traktowano mnie bardzo poważnie, musiałam znieść wiele upokorzeń od spowiedników, którzy w różny sposób ze mnie drwili, zapewne pierwszy raz słysząc o czymś takim. Nie dziwię się zatem swoim przodkom, którzy nie mieli siły się nawracać, skoro być może podobnie ich traktowano. Aby to przetrwać, potrzeba było łaski Bożej.

Przeżyłam kryzys, gdy na polecenie pewnego księdza profesora umówiłam się na wizytę u wskazanego przez niego psychiatry. Kolejka w przychodni była tak długa, że okres oczekiwania na wizytę miał trwać pięć miesięcy. Ja posłusznie się zapisałam, biorąc sobie do serca to, co usłyszałam: Żaden ksiądz nie zgodzi się na rozmawianie z taką osobą bez konsultacji z psychiatrą. Jednocześnie ksiądz zaznaczył z naciskiem, że to ma być ten konkretny wybitny specjalista, a nie ktoś przypadkowy. Wierząc mu, nie szukałam nawet możliwości zwykłej spowiedzi, tkwiąc w tej długiej kolejce do wybitnego lekarza. Było to straszne nieporozumienie. Na początku doznałam wielkiej ulgi, ponieważ przestałam walczyć o stan łaski uświęcającej, tłumacząc się koniecznością oczekiwania na psychiatrę, oddzielającego mnie od konfesjonału. Ale potem znów było ze mną bardzo niedobrze.

Zawodowo funkcjonowałam znakomicie. Byłam wówczas już doktorantem wydziału teologicznego i mogłam wykładać np. o Orygenesie, natomiast kiedy usiłowałam się modlić Słowem Bożym przed Naj-świętszym Sakramentem, widziałam kartki Biblii, ale bez liter. Ponadto dla mnie, jako dla osoby wówczas „jasnowidzącej”, dla której aura roślin była inna niż zwierząt, a aura chleba inna niż aura zabitego zwierzęcia, Najświętszy Sakrament wyglądał właśnie jak świeże mięso. Spostrzeżenie to zachwycało mnie swoją „głębią”, jednak nie przybliżało do Boga. Wchodziłam na chwilę do kościoła, rzucałam okiem na konfesjonały i przypominałam sobie słowa księdza profesora: żaden ksiądz nie będzie z tobą rozmawiał. Następnie rzucałam okiem na monstrancję i myślałam o tym, co było w środku, z pogardą: Jest mięsem, jest mięsem. Następnie zaczynałam drwić z Boga, potem śmiać się z Kościoła i wychodziłam. W swojej „ślepocie” widziałam Jezusa, jako „martwego”.

A jednak Bóg ci pomógł, zostałaś wyzwolona…

W roku 1999 mój stan był poważny. Wówczas wiedza o egzorcyzmach była w Polsce skromna. Nie zaproponowano mi też modlitwy uwolnienia. Przede mną była perspektywa tego kilkumiesięcznego oczekiwania na psychiatrę i czułam, że tego nie przeżyję, miałam myśli samobójcze. Wówczas pomyślałam: A jak spowiadają się szaleńcy, z którymi nikt z księży nie chce rozmawiać? I sama odpowiedziałam sobie na to pytanie: Szaleńcy spowiadają się bez rozmawiania!

Podjęłam wtedy decyzję wyspowiadania się i powrotu do stanu łaski. Po prostu odbyć spowiedź, mało mówiąc o sobie. To było trudne. Od kościoła odpychał mnie jakby śmierdzący wiatr, lecz na szczęście jakoś dałam radę.

Wyzwolenie przez NIEPOKALANĄ 1Szukając informacji o sytuacji duchowej mojej rodziny, wstukałam w internetową wyszukiwarkę słowo „masoneria” (myśląc o dziadkach), „szatan” (myśląc o znienawidzonej mrocznej osobie dającej mi dary jasnowidzenia), „herezje” (myśląc o teologicznych błędach przodków) i „Maryja” (uważałam, że Maryja mi pomoże). Kombinacja tych słów naprowadziła mnie na postać św. Maksymiliana Marii Kolbego.

Czy znajdowałaś jakieś wzory w poszukiwaniu wiary?

Kiedy zainteresowałam się dokładniej pismami ojca Maksymiliana, które usiłowałam czytać, choć dosłownie fizycznie raziło mnie to boleśnie w oczy, natrafiłam na historię nawrócenia żydowskiego ateistycznego dziennikarza Alphonsa Ratisbonne’a, który na początku również odczuwał wstręt do Kościoła, spontanicznie bluźniąc. Pomyślałam wówczas, że tak jak istnieje zła tradycja błędów i herezji, którą symbolizuje Ratisbonne, tak samo istnieje dobra tradycja Maryi Niepokalanej i św. Maksymiliana. Pomyślałam, że chcę duchowo świadomie zmienić duchową rodzinę wrogów Kościoła na duchową rodzinę św. Maksymiliana, jaką jest Rycerstwo Niepokalanej. Wyrzekam się dziedzictwa ślepoty i ciemności, pragnąc dziedzictwa jasności. Chciałam być nawrócona w sposób nagły i zupełny jak Ratisbonne. Plan był precyzyjny, a jednocześnie szaleńczy, ponieważ ze względu na duchową walkę zdawał się być niewykonalny…

Jak wyglądał moment wyzwolenia przez św. Maksymiliana?

Po uroczystym złożeniu Aktu ofiarowania się Maryi i spełnieniu warunków odpustu zupełnego Jubileuszowego Roku Łaski 2000, w drodze z kościoła do domu poczułam, że ktoś za mną idzie.

Wyzwolenie przez NIEPOKALANĄ 2Był to zakonnik, bardzo podobny do św. Maksymiliana. Wiedziałam, że nie jest on taki, jak żywi ludzie, ale nie bałam się go. Zatrzymał się kilka metrów ode mnie i przez chwilę patrzyliśmy na siebie. Niejako bez słów przywitaliśmy się. Wówczas on uczynił w powietrzu znak krzyża, tak jak to czynią kapłani i wtedy poczułam jakby bardzo wielki ciężar ze mnie spadł i zapadł się pod ziemię.

To, co nazywałam ciałem astralnym, rozbiło się w powietrzu i opadło jak kurz. Zniknęły obrazy ukrytych zmarłych, pamięć o cudzych grzechach, wizje przyszłości. I już więcej nie wróciły.

Wstąpiłam do duchowej rodziny św. Franciszka poprzez uczestnictwo w młodzieżowym dziele jednego z żeńskich zakonów, gdzie bez przeszkód podlegałam formacji duchowej. Siostrom dyskretnie opowiedziałam o swojej historii. Przerażone zaproponowały mi rozmowę z jednym z księży, który po wnikliwym wysłuchaniu mnie uznał moją historię za wiarygodną. Przyznał, że z takim dziedzictwem i z takimi doświadczeniami mogłam być osobą bardzo zniewoloną.

Przez jakiś czas tak było, ale z woli Bożej doświadczyłam dogłębnego wyzwolenia. Spotkanie ze św. Maksymilianem było pierwszym dużym krokiem ku wyzwoleniu. Pewne objawy dręczenia demonicznego powróciły po kilku latach. Wyglądało to niepokojąco, dlatego zadecydowano o odprawieniu nade mną rytuału egzorcyzmu. Jednak przeżywałam to już, jako osoba utwierdzona w wierze.

Czym więc było doświadczenie Waszej rodziny?

To nie były geny ani nieuchronne „przeznaczenie”. Moim zdaniem była to obecność demona, który został zaproszony do rodziny przez świadomy, poważny grzech okultyzmu, powtarzany przez pokolenia. Szatan zostawał z nami, powstrzymując nas przed praktykami religijnymi i kusząc poprzez „pozorne dary”, aż do mojej niezgody na jego obecność i wyrzucenia złego ducha.

  • To „wrodzone” jasnowidzenie, paradoksalnie, było właśnie ślepotą. Jak ją pokonać?

Jezus z nami stale przebywa, oferując nam swoje wyzwolenie. Trzeba jednak w tym kierunku wytrwale działać, pełniąc cierpliwie wolę Bożą, wbrew złości Szatana. Ten gest nakładania błota na oczy niewidomego od urodzenia, który czynił Jezus, uzdrawiając go, jest tym moim doświadczeniem ciemności, które musiałam przejść na drodze do pełni światła Miłosierdzia Bożego. Ewangeliczna sadzawka Siloam, w której się obmyłam, są to łaski, które codziennie z woli Jezusa odnajdujemy w Kościele.

KOMENTARZ DEMONOLOGA

RoseMary poznałem w roku 1999, po namyśle i przygotowaniu zdecydowałem o potrzebie wielkiego rytuału egzorcyzmu, który odprawił w mojej obecności doświadczony egzorcysta. Ściśle towarzyszyłem jej duchowo do roku 2005. Wspomnienia spisane zostały przez nią samą w roku 2012, za wiedzą jej aktualnych spowiedników i na podstawie obfitej, znanej mi dokumentacji.

Dwa pokolenia oddzielające RoseMary od pierwszego zainicjowanego nie podejmowały życia sakramentalnego, zatem same rzeczywiście pozbawiały się drogi ratunku. Osoba dająca świadectwo opisuje problem w perspektywie przodków, lecz także okoliczności nam współczesne.

Ukazywane są sylwetki zainicjowanych: pradziadek teozof, babcia spirytystka, dziadek mason, ojciec uwikłany w New Agę. Choć New Agę bywa niekiedy bagatelizowane, na przykładzie ojca autorki widzimy, że również oparte jest na inicjacjach. Człowiek ten zabiegał o pogańskie rytuały inicjacyjne w celu wzmocnienia darów paranormalnych dla uskutecznienia uprawianej przez niego medycyny okultystycznej. Zwiększało to ingerencję demoniczną w życie jego rodziny i miało swe dalekosiężne skutki niezależnie od tego, czy zawierany przez niego w ten sposób pakt ze złymi mocami był świadomy, czy nieświadomy i że cierpiąca duchowo rodzina żyła w wielkim fizycznym oddaleniu od niego. Jego sytuacja ilustruje nam teologiczną prawidłowość, że w okultyzmie nie zawsze mówi się o Szatanie, natomiast bardzo często przez praktykowanie okultyzmu natrafia się – przeważnie zupełnie nieoczekiwanie – na złe duchy.

To nie zawsze wiara w Szatana prowadzi do zainteresowania okultyzmem, ale zainteresowanie okultyzmem prowadzi do zupełnie nieoczekiwanego, niechcianego, czy nawet unikanego kontaktu z Szatanem. Według badającego te zagadnienia pastora ewangelickiego Kurta E. Kocha jest możliwe, by osoba, która zajmowała się okultyzmem, nieświadomie dokonała kontraktu z siłami ciemności. Kontrakt taki musi zostać przerwany.

Przyczyny otrzymywania zdolności mediurnicznych

Niewątpliwie drogą do mediumizmu jest także dziedziczenie. Na ten temat m.in. pisze cieszący się wielkim autorytetem egzorcysta katolicki o. Francesco Bamonte, od roku 2012 przewodniczący Międzynarodowego Stowarzyszenia Egzorcystów: Niektórzy są przekonani, że nigdy w życiu nie mieli nic wspólnego ze spirytyzmem ani nie byli wciągnięci w praktyki okultystyczne lub ezoteryczne. (…)

Inni zaś z przerażeniem, spontanicznie i w ukryciu, od najmłodszych lat przeżywają tego typu doświadczenia i chętnie by się ich pozbyli. Cóż mogę powiedzieć tym braciom? Jakie mogą być tego przyczyny? Jedna z przyczyn może leżeć w żyjących lub umarłych już członkach rodziny, którzy zostali wciągnięci w praktyki okultystyczne (Francesco Bamonte, „Skażenie spirytyzmem”, Kraków 2005, s. 144).

Według pastora Kurta E. Kocha, który spisał i po-równał ponad 20 000 przypadków zniewoleń demonicznych, istnieją cztery przyczyny otrzymywania zdolności medialnych:

  • Dziedziczenie – dzieci, wnuki lub prawnuki mogą dziedziczyć zdolności medialne. W przypadku nawrócenia jednego z potomków zdolności te znikają, ale nie zawsze. W połowie przypadków można pozostawać medium, nie wiedząc o tym. Po odkryciu jednak tego faktu i nawróceniu można się szybko uwolnić od tej medialności.
  • Nabycie – może dokonać się przez uzdrowienie magiczne (U wszystkich łudzi, którzy zostali w ten sposób uzdrowieni, występuje zablokowanie wiary. Są oni we władzy spirytyzmu. Jest to szczególnie tragiczne w przypadku tych setek księży, którzy korzystali z tej wątpliwej pomocy).
  • Przeniesienie – może dokonać się przez kontakt cielesny, jak np. wzięcie za rękę przez różdżkarza lub dotyk. Można jednak tego uniknąć, nie pozwalając na to blokując medialne moce za pomocą modlitwy.
  • Okultystyczne eksperymenty – chodzi o spirytystyczne lub magiczne eksperymenty polecane m.in. pod płaszczykiem parapsychologii, a nawet psychologii, w celach neutralnych lub dobrych.

Rola Szatana w pokoleniowym obciążeniu okultystycznym

RoseMary pisze o swojej historii rodzinnego „ob-ciążenia okultystycznego”, pokazując wielopokoleniową dynamikę tego rodzaju duchowego nacisku, będącego owocem zwodzenia i grzechu. Łączy się to także z „kroczącym” za tym wszystkim złym duchem, którego przebiegłej i przewrotnej niszczycielskiej strategii nie należy w tym wszystkim lekceważyć (z tego też powodu, jak również ze względu na wielokrotne objawianie się demona, nadajemy tej książce tytuł: „Nie krocz za mną”). „Obciążenie okultystyczne” należy do kategorii skutków grzechów pokoleniowych, a te z kolei partycypują w tajemnicy grzechu pierworodnego. W tym kontekście należy unikać zarówno ideologii krypto fatalizmu, który niebezpiecznie rozgrzesza ludzkie sumienia i odpowiedzialność człowieka przed Bogiem i ludźmi, jak i bagatelizowania wpływu grzechów pokoleniowych czy rodzinnych – zwłaszcza, jeżeli są to grzechy dokonywane w materii okultyzmu czy satanizmu, gdzie dostrzegamy bezpośredni lub pośredni wpływ Szatana.

W „obciążeniu okultystycznym” chodzi o pewną istotną i niebezpieczną skłonność do określonego grzechu, wykluczającą wszelki determinizm czy fatalizm w antropologii.

Wolność każdej jednostki powinna być w tej wizji nienaruszona i zagwarantowana. Jest to bowiem fundamentalny dogmat wiary w obrębie antropologii chrześcijańskiej, będący warunkiem chrześcijańskiego personalizmu czy właściwej wizji osoby ludzkiej.

Dyskusje wobec przekazu pokoleniowego

Po przeanalizowaniu swojego drzewa genealogicznego dużo osób zaczęło rozumieć, skąd mogą pochodzić ich problemy, nie tylko osobiste, ale i rodzinne. Nie ukrywam, że jestem zwolennikiem prowadzenia modlitw o uzdrowienie międzypokoleniowe, choć z wielką ostrożnością i pod pewnymi teologicznymi warunkami, o których wspomniałem. Jest to, bowiem jeszcze dziewiczy teren i dlatego jego poznawanie wymaga dużej ostrożności, jednakże nie można go przemilczeć, lekceważyć czy tym bardziej zwalczać. Byłoby to gaszeniem ducha i bezprawnym ignorowaniem doświadczeń duchowych wielu prawych ludzi.

Dr Kurt E. Koch także naświetla sprawę obciążeń pokoleniowych w problemie okultyzmu. On również bazuje na doświadczeniu i rozeznaniu duchowym, które są formą teologicznego poznania o charakterze egzystencjalnym. Jest to rodzaj poznania duchowego, od wieków akceptowany zarówno w tradycji katolickiej, jak i prawosławnej. Nie należy go mylić ze spirytystyczną i pseudo psychologiczną gnozą Berta Hellingera, która jest swoistą mediumiczną imitacją chrześcijańskiego rozeznawania duchowego, gdzie wykorzystuje się lukę teologiczną poważnego stosunku do grzechów i relacji międzypokoleniowych.

Rozumiem pasterską troskę o ludzi i dobre intencje wielu kapłanów radykalnie odrzucających idee przekazu pokoleniowego, ale przerost w obrębie jakiejś idei nie jest dowodem na jej nieprawdziwość. Nadużywano nie tylko idei diabła, ale także idei Boga, jak też idei humanizmu czy praw człowieka. Podobnie, jeśli czegoś nie można tak łatwo udowodnić, nie znaczy, że tego faktycznie nie ma.

Nie należy takiego doświadczenia pomniejszać, także dlatego, że wiąże się ono z ludzkim cierpieniem, niezrozumianym przez innych. RoseMary szukała samotnie, bo niejeden kierownik, który miał jej pomóc, zignorował problem, a czasami nawet zwiódł. Nie powtarzajmy podobnych błędów. Nie lekceważmy tych ludzkich cierpień i doświadczeń. Uczula nas na to prezentowane świadectwo.

Opracowano na podstawie publikacji artykułu, który zaczerpnięto z czasopisma „Egzorcysta”.

21 lipca 2014|