WYRWANY Z NIEWOLI OKULTYZMU

Historia życia o. Jacques’a Ver­lin­dego jest wyjątkowo fascynująca. Był dok­to­rem nauk ścisłych, pra­cow­ni­kiem naukowym F.N.R.S. – naj­słyn­niej­szej in­sty­tu­cji badawczej w Belgii. W wie­ku 21 lat porzucił karierę naukową i został uczniem hinduskiego guru.

Prze­by­wał w hinduskich aśramach. Po po­wro­cie do Eu­ro­py pro­pa­go­wał New Age i zgłę­biał ta­jem­ni­ce okul­ty­zmu. Po na­wró­ce­niu cał­ko­wi­cie ze­rwał z okul­ty­zmem, wstą­pił do zakonu i przyjął święcenia kapłańskie.

Ojciec Verlinde urodził się w 1947 r. w głęboko religijnej rodzinie. Dzie­ciń­stwo przeżył w atmosferze żywej wiary i szczęścia. Wspomina, że wte­dy bardzo prosty, piękny i głęboki związek łączył go z Chrystusem. Pi­sał:

„Parafrazując św. proboszcza z Ars mówiącego o Maryi Pannie, po­wie­dział­bym, że ko­cha­łem na­sze­go Pana w Jego Rze­czy­wi­stej Obec­no­ści Eu­cha­ry­stycz­nej, za­nim jesz­cze do­wie­dzia­łem się, czym jest Prze­mie­nie­nie!

Moje naj­pięk­niej­sze i naj­bar­dziej in­ten­syw­ne wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa do­ty­czą owych spo­tkań ser­ce w serce przed Ta­ber­na­ku­lum, które na­peł­nia­ły mnie nie­wy­sło­wio­ną ra­do­ścią. Mia­łem to szczę­ście, że przyjąłem pierw­szą ko­mu­nię w wieku pięciu lat i spo­tka­nie owo naznaczyło mnie na za­wsze głę­bo­kim, pa­lą­cym pięt­nem.

Lu­bi­łem słu­żyć do Mszy św. i bywałem tak bar­dzo prze­ję­ty wiel­ko­ścią Ta­jem­ni­cy roz­gry­wa­ją­cej się przede mną, że za­po­mi­na­łem nie­kie­dy zadzwonić!”

Kiedy był nastolatkiem, wpadły mu w ręce książki napisane w du­chu filozofii Nietzschego, Marksa i Freu­da, w których inteligentnie udo­wad­nia­no, że jest czymś kom­pro­mi­tu­ją­cym dla człowieka do­ro­słe­go, aby wierzył i opierał się na Bogu.

Ja­cqu­es uwie­rzył, że aby żyć w sposób od­po­wie­dzial­ny, trzeba odrzucić Boga i iść sa­mot­nie przez życie. Tak roz­po­czął się wielki kry­zys jego wiary. De­fi­ni­tyw­ne roz­sta­nie się z chrze­ści­jań­stwem na­stą­pi­ło dopiero po roku, kie­dy w pe­wien nie­dziel­ny poranek po­sta­no­wił nie uczest­ni­czyć we Mszy św.

Chciał jak naj­szyb­ciej być do­ro­słym i dlatego skoń­czył z wszelkimi prak­ty­ka­mi re­li­gij­ny­mi. Przestał się mo­dlić, a więc zamknął się i już nie przyj­mo­wał tego szczęścia, ży­cia i miłości, które po­przez mo­dli­twę daje Bóg. W ten spo­sób wszedł w prze­strzeń śmier­ci i ciem­no­ści du­cha. Wie­rzył, że do­pie­ro po od­rzu­ce­niu Boga przeżyje coś nad­zwy­czaj­ne­go.

Studia wyższe rozpoczął w Gan­da­wie. Miał wtedy 16 lat. Pracę ma­gi­ster­ską obronił, mając 20 lat, i otrzy­mał stypendium doktoranckie na pra­cę z zakresu chemii analitycznej w la­bo­ra­to­rium chemii nuklearnej. Po uzy­ska­niu doktoratu z nauk ścisłych zo­stał pra­cow­ni­kiem naukowym F.N.R.S. – naj­słyn­niej­szej instytucji badawczej w Bel­gii.

Pomimo wielkich sukcesów na­uko­wych nosił w sobie pragnienie ab­so­lu­tu. Pra­gnął je zaspokoić, an­ga­żu­jąc się w ba­da­nia naukowe, ruchy stu­denc­kie oraz dzia­łal­ność polityczną. Jed­nak nie mógł ni­czym zaspokoić we­wnętrz­nej pust­ki. Już po swoim nawróceniu tak ko­men­to­wał ży­cie człowieka bez Boga:

„Wol­ność zo­sta­je zde­gra­do­wa­na w wolną wolę, gdy człowiek po­sta­na­wia po­dą­żać drogą bez Boga, mimo Boga, a na­wet wbrew Bogu, uru­cha­mia­jąc tę zdu­mie­wa­ją­cą umie­jęt­ność samozagłady, którą ma roz­wi­nię­tą w równym stopniu co umie­jęt­ność autokonstrukcji”.

Były to lata 60., czas kon­te­sta­cji wszelkich autorytetów i norm moralnych. Chcąc uwolnić się od tra­dy­cyj­nych wartości i zaspokoić głód szczęścia, Jacques włączył się w tę kontestację, ale doświadczenie we­wnętrz­nej pustki jeszcze bardziej się pogłębiało. Nie był szczęśliwy po­mi­mo młodości, sukcesów i obiecującej kariery naukowca. Tak pisze:

„Nie odczuwałem jednak szczęścia, jakiego zaznałem przed zerwaniem Przy­mie­rza z moim Bogiem. W swojej Ewan­ge­lii św. Jan pisze o Judaszu: zaraz wyszedł [po zdradzie]. A była noc (J 13,30).

Ja doświadczyłem tego sa­me­go: od chwili, gdy odrzuciłem obec­ność Tego, który jest światłością lu­dzi (J 1,4), znalazłem się pośród nocy.

Oczywiście tylko ode mnie zależało, by się z niej wydostać, powracając do Pana, lecz dałem się ponieść upo­je­niu: dumie człowieka bez Boga, któ­ry przez sam fakt odrzucenia Go zaj­mu­je Jego miejsce i uważa się za rów­ne­go Bogu”.

Dopiero doświadczenie eg­zy­sten­cjal­ne­go bólu i sa­mot­no­ści spra­wi­ło, że za­czął ro­zu­mieć, że życie bez Boga nie ma naj­mniej­sze­go sen­su. Od­rzu­cił, jako ab­sur­dal­ne, twier­dze­nie ate­istów, że Boga nie ma, i zaczął na nowo Go po­szu­ki­wać.

Jed­nak wtedy nie wi­dział jesz­cze moż­li­wo­ści po­wro­tu do Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go. Są­dził, że miej­scem tego Ko­ścio­ła jest już tyl­ko mu­zeum re­li­gii. Roz­po­czął szu­ka­nie Boga w hin­du­izmie.

Naj­pierw po­szedł na spo­tka­nie wpro­wa­dza­ją­ce w me­dy­ta­cję trans­cen­dent­alną. Po­nie­waż na dru­gim spo­tka­niu za­pra­gnął przejść ini­cja­cję, mu­siał za­pła­cić sumę wy­so­ko­ści mie­sięcz­nej pen­sji.

Z nie­zwy­kłą gor­li­wo­ścią od­dał się co­dzien­nej me­dy­ta­cji, do kil­ku go­dzin prak­ty­ki dzien­nie. Nie­ustan­nie po­wta­rzał man­trę, aby po­wstrzy­mać wszel­ką ak­tyw­ność umy­sło­wą, kry­tycz­ną i za­wie­sić dzia­ła­nie swo­je­go oso­bo­we­go ja.

Po pew­nym cza­sie za­czął od­czu­wać trud­no­ści z kon­cen­tra­cją, bez­sen­ność, prze­stał in­te­re­so­wać się oto­cze­niem, po­ja­wi­ły się też u niego trud­no­ści z pro­wa­dze­niem roz­mo­wy. Co­dzien­ne ży­cie sta­wa­ło się trud­ne do znie­sie­nia.

Pra­gnie­niem Ja­cqu­es’a było, aby przez tech­ni­kę me­dy­ta­cyj­ną osią­gnąć „świa­do­mość Jed­ni”, prze­zwy­cię­że­nia tego, co spra­wia, że czło­wiek nie czuje się bo­giem, czy­li re­ali­za­cję wła­snej bo­skiej natury.

Hin­du­ski bóg nie jest żywą i ko­cha­ją­cą oso­bą, lecz nie­oso­bo­wą ener­gią ko­smicz­ną, ca­ło­ścią stwo­rze­nia, w któ­rej moż­na się roz­pły­nąć po­przez ćwi­cze­nia i tech­ni­ki me­dy­ta­cyj­ne. Dla tych na­tu­ra­li­stycz­nych religii każ­dy z nas, już ze swej natury, jest bo­giem.

Cho­dzi tyl­ko o to, aby czło­wiek sobie to uświa­do­mił i roz­to­pił się w bogu, zgod­nie z po­ku­są skie­ro­wa­ną do pierw­szych lu­dzi: „bę­dzie­cie jak bo­go­wie”, o któ­rej pi­sze Księ­ga Ro­dza­ju (3, 5).

In­ten­syw­na me­dy­ta­cja do­pro­wa­dzi­ła Ja­cques’a Ver­lin­dego do ta­kie­go sta­nu psy­chicz­ne­go, że stra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią i stał się nie­zdol­ny do wy­ko­ny­wa­nia swo­jej pra­cy na­uko­wej.

Wziął więc urlop wy­po­czyn­ko­wy i wy­je­chał do Indii, aby w Hi­ma­la­jach, pod kie­run­kiem guru Ma­ha­ri­shie­go do­sko­na­lić się w tech­ni­ce me­dy­ta­cji.

W czwar­tym roku po­by­tu Ja­cqu­es’a w hin­du­skiej aśra­mie pew­ne­go dnia przy­je­chał tu­ry­sta z Eu­ro­py. Ver­lin­de wspo­mi­na:

„I ten czło­wiek za­py­tał mnie:

Czy ty kie­dy­kol­wiek by­łeś chrze­ści­ja­ni­nem?

Od­po­wie­dzia­łem:

– Tak.

I wte­dy on mnie za­py­tał:

– A Je­zus? Kim On dla cie­bie jest te­raz?”

Kie­dy wy­mie­nił imię Je­zu­sa, coś bar­dzo dziw­ne­go sta­ło się ze mną. To imię jak­by wstą­pi­ło w głąb mo­je­go ser­ca i obu­dzi­ło we mnie naj­głęb­sze pra­gnie­nie Boga. W jed­nym mo­men­cie po­czu­łem, że Jezus jest obec­ny z całym swo­im nie­skoń­czo­nym mi­ło­sier­dziem, a taki Bóg, którego się lę­ka­łem, po pro­stu nie ist­nie­je.

Zro­zu­mia­łem, że je­dy­ny Bóg, któ­ry ist­nie­je, to ten, któ­ry jest pe­łen mi­ło­sier­dzia i pełen czu­ło­ści w sto­sun­ku do mnie. Je­zus przy­szedł za mną szu­kać mnie aż w Hi­ma­la­jach. Cze­kał z wiel­ką cier­pli­wo­ścią, kiedy ja zwró­cę się do Nie­go.

Kie­dy uświa­do­mi­łem so­bie Jego bli­skość oraz nie­skoń­czo­ną mi­łość i mi­ło­sier­dzie, jaką mnie ogar­niał, za­la­łem się łza­mi żalu i ra­do­ści. Ra­do­ści z po­wo­du tego, że Bóg, któ­re­go szu­ka­łem, sam mnie od­na­lazł i oka­zał się Bo­giem peł­nym czu­ło­ści i mi­ło­sier­dzia.

Rów­no­cze­śnie były to łzy wiel­kie­go żalu, po­nie­waż zda­łem so­bie sprawę z tego, jak bar­dzo Je­zus mu­siał prze­ze mnie cier­pieć. Zo­ba­czy­łem, jak wie­le bólu spra­wi­łem Je­zu­so­wi, szukając wody ży­cia w po­pę­ka­nych cy­ster­nach, za­miast ją pić, wy­pły­wa­ją­cą z Jego Ser­ca peł­ne­go mi­ło­ści.

Zro­zu­mia­łem i zo­ba­czy­łem z cał­ko­wi­tą pew­no­ścią, że Je­zus żyje. Nie tyl­ko żyje, ale to wła­śnie On jest ca­łym moim ży­ciem i że nie po­wi­nie­nem szu­kać spo­so­bu na zjed­no­cze­nie się z ener­gia­mi ko­smicz­ny­mi, ale uznać, że Je­zus jest ży­ciem, świa­tłem, szczę­ściem i że wy­star­czy po pro­stu wy­cią­gnąć ręce do Tego, któ­ry jest moim Zba­wi­cie­lem”

Jest to druga część historii nawrócenia o. Jacques’a Verlinde, doktora nauk ścisłych, pracownika naukowego F.N.R.S. – głównej instytucji badawczej w Belgii. W wieku 21 lat porzucił on karierę naukową zostając uczniem hinduskiego guru. Przebywał kilka lat w hinduskich aszramach. Po powrocie do Europy propagował New Age. Po nawróceniu całkowicie zerwał z okultyzmem, wstąpił do zakonu i przyjął święcenia kapłańskie.

U osób praktykujących techniki wschodnie otwierają się tzw. czakry. Są to energetyczne centra w człowieku, przez które może on wchłaniać złe energie, używając ich do uprawiania magii lub do innych okultystycznych celów. Człowiek wchodzi wówczas w stan mediumiczny z tajemniczymi energiami zła, co powoduje podchodzenie w nim tzw. energii kundalini.

Po powrocie z Indii, moje czakry były otwarte na skutek długiego praktykowania medytacji. Członkowie pewnej grupy ezoterycznej zauważyli to i zaczęli mnie nakłaniać, żebym wykorzystywał te moce.

Przekonując mnie posługiwali się fałszywą interpretacją Pisma św., mówili: posiadasz cudotwórcze moce, powinieneś ich używać dla dobra innych ludzi. Pan Jezus przecież pragnie, abyśmy czynili dobro naszym bliźnim!

Słabo znałem wtedy Pismo św. i nie wiedziałem, że Bóg surowo zabrania tego rodzaju praktyk, bo są wyjątkowo szkodliwe i niebezpieczne. Pan Bóg mówi jasno:

„Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby i gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni.

Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza. Dochowasz pełnej wierności Panu, Bogu swemu. Te narody bowiem, które ty wydziedziczysz, słuchały wróżbitów i wywołujących umarłych. Lecz Tobie nie pozwala na to Pan, Bóg twój”(Pwt 18, 10-14).

Nie mając dobrego rozeznania i w zupełnej nieświadomości, że to coś złego, zacząłem zajmować się okultyzmem. Chciałem w ten sposób pomagać bliźnim. Używałem wahadełka stawiając diagnozy, a z czasem zorientowałem się, że i bez pomocy wahadełka wiem, co w danym człowieku jest chore.

Odkryłem w sobie dar jasnowidzenia; choroby odczytywałem ze zdjęć, a gdy ktoś pytał o rozpoznanie przez telefon zamykałem oczy –i wszystko o tym człowieku wiedziałem!

Każdy normalny człowiek poznaje za pomocą zmysłów i wszystkie informacje docierają do niego za ich pośrednictwem. Natomiast radiestezja i inne sposoby jasnowidzenia dają natychmiastowe poznanie, a to nie jest zdolność czysto ludzka: tak poznają tylko aniołowie lub demony.

Ponieważ jednak aniołowie mają inne zadania, niż przesiadywanie w gabinecie wróżbity, mam powody sądzić, że tu „pomaga” diabeł. Zresztą same konsekwencje tych działań potwierdzają, że mamy do czynienia z duchem nam nieprzyjaznym.

Po jakimś czasie stwierdziłem, że mogę nie tylko diagnozować choroby, ale nawet uzdrawiać przez dotyk. Dałem się namówić, żeby tę zdolność używać „dla dobra bliźnich”. Działo się to już po moim nawróceniu, byłem już wtedy człowiekiem głęboko wierzącym i naprawdę kochającym Pana Boga! Codziennie uczestniczyłem we Mszy św., odmawiałem różaniec i przeznaczałem dużo czasu na modlitwę…

Praktykując uzdrawianie przez dotyk zorientowałem się jednak, że kieruje mną wewnętrzny głos jakiejś tajemniczej istoty i to odkrycie poważnie mnie zaniepokoiło. Znałem już dosyć dobrze Pismo św. i wiedziałem, że ten głos nie pochodzi od Jezusa. Zastanawiało mnie więc: od kogo?

Dzisiaj wiem, że było to doświadczenie tzw. channelingu. Channel w języku angielskim oznacza kanał. Podczas uzdrawiania stawałem się przekaźnikiem jakiegoś bytu duchowego, który się mną posługiwał. Bardzo się tym przejąłem i pytałem o to ludzi, którzy także praktykowali uzdrawianie. Potwierdzili, że współpracuję z duchem, bez którego pomocy moje działania nie miałyby pozytywnych rezultatów.

Zrozumiałem, że aby móc uprawiać radiestezję i uzdrawianie przez dotyk, poddaję się mocy jakiegoś nieznanego ducha! Pocieszano mnie tłumacząc, że jest to duch przyjazny, uzdrawiający i nie ma powodu do niepokoju. Ja jednak ciągle miałem wątpliwości.

Zacząłem czytać książki Allana Kardeka, założyciela ruchu spirytystycznego. Opisywał on, jak pewnego razu zadał jakiemuś duchowi pytanie:

„Czy osoby zajmujące się okultyzmem i nie wzywające pomocy duchów, również są przez nie wspomagane?”

Wtedy duch mu odpowiedział:

„Myślisz, że czekamy na wezwanie, żeby przyjść i działać? Każda osoba uprawiająca okultyzm, wzywa nas, choćby była tego nieświadoma!”.

Kardek twierdził, że są to duchy dobre i przyjazne człowiekowi. O tym, że tak nie jest, przekonałem się jednak osobiście.

Pewnego dnia byłem na Mszy św. pod Paryżem; podczas przeistoczenia, kiedy kapłan podnosił Hostię, ten sam duch, który podpowiadał mi podczas uzdrawiania, zaczął nagle wyrzucać z siebie stek bluźnierstw.

Byłem tym przerażony i od tego momentu nie miałem wątpliwości, że duch, który bluźni Jezusowi, nie może być przyjazny człowiekowi. Po Mszy św. podszedłem do kapłana i opowiedziałem mu, co przeżyłem.

Dziwnym trafem ksiądz ten był diecezjalnym egzorcystą i wcale się nie zdziwił tym, co mu opowiedziałem. Zalecił mi całą serię modlitw o uwolnienie wewnętrzne. Podczas tych modlitw oddałem się Jezusowi na Jego wyłączną własność i wyrzekłem się wszystkich mocy, które od Niego nie pochodzą.

Od tej chwili straciłem wszystkie zdolności diagnozowania chorób i ich uzdrawiania. Gdyby one były rzeczywiście darem Boga, na pewno zostawiłby mi je i posłał do ludzi, abym mógł im pomagać. Jednak Bóg mi je zabrał bo nie chciał, żebym był niewolnikiem nieprzyjaznych duchów. Jeśli mamy przyjąć jakiegoś ducha – to Ducha Bożego a nie ducha ciemności!

Z grupą prawdziwych naukowców: lekarzy, socjologów, etnologów i psychologów, stworzyliśmy przy świeckim uniwersytecie w Lyonie zespół konsultacyjny zajmujący się badaniami przypadków ludzi „leczonych” przez różnego rodzaju uzdrowicieli, posługujących się terapiami okultystycznymi.

Wyniki tych badań wskazują, że takie uzdrowienia nigdy nie są prawdziwe. Rzeczywiście symptomy choroby mogą ustąpić i pacjent odnosi wrażenie, że kuracja mu pomogła. Jednak bardzo szybko pojawiają się dolegliwości w innej części organizmu.

Na przykład przychodzi do uzdrowiciela osoba z bólem lewej ręki, która po terapii okultystycznej rzeczywiście przestaje boleć; jednak po kilkunastu dniach pojawia się ból w prawej ręce. Ta osoba znowu idzie do uzdrowiciela z prośbą o pomoc. Po seansie i ten ból ustępuje, ale jakiś czas potem zaczynają boleć ją nerki, itd. Tak zaczyna się proces uzależnienia od okultystycznych terapii.

Człowiek nie zdaje sobie nawet sprawy, że kuracja mu nie pomaga. Ludzie, którzy chodzą do uzdrawiaczy, tracą resztki zdrowego rozsądku. Jeśli miałbyś wracać co tydzień do tego samego lekarza, to po jakimś czasie powiedziałbyś w końcu: ten lekarz jest do niczego, muszę poszukać innego!

Okultyzm jest bardzo niebezpieczny. Pismo św. odnosi się bardzo surowo do wszystkich, którzy korzystają z praktyk okultystycznych, ponieważ występują przeciwko pierwszemu przykazaniu Dekalogu. Pamiętajmy, że okultyzm nie może nas zbawić! Jezus Chrystus jest jedynym Zbawicielem. Tylko On daje prawdziwą wolność uwalniając z niewoli grzechu i mocy ciemności. Nie pozwólmy odebrać sobie wolności dzieci Bożych i oddać się, przez praktyki okultystyczne, w niewolę złych duchów.

Jeżeli ktoś z was już przeżył w swoim życiu tego rodzaju praktyki, to teraz przyszedł moment, aby się ich wyrzec i oddać się Jezusowi na Jego wyłączną własność: Jezus pragnie przyjść teraz do Ciebie z całą swoją czułością, dobrocią i nieskończonym Miłosierdziem i mówi ci:

„Moje dziecko, wybierz życie! Przychodzę do ciebie, żeby cię uwolnić z więzów: chcę być Twoim jedynym Panem i Mistrzem, bo to Ja cię stworzyłem i nigdzie poza Mną nie znajdziesz pokoju ani szczęścia!”

Hindusi uznają okultyzm za niebezpieczny ze względu na duchy ciemności, które się do niego mieszają. Wielki hinduski mistrz Krishnamurti mówił:

„Wy tam na Zachodzie jesteście jak uczniowie czarnoksiężnika: uwalniacie moce, nad którymi nie jesteście później w stanie zapanować i które później biorą was w niewolę.”

W mojej praktyce duszpasterskiej ciągle się stykam z tym problemem. Przychodzą do mnie ludzie, którzy skarżą się na zaburzenia natury fizycznej, psychicznej czy duchowej. Nabawili się tych dolegliwości dlatego, że albo sami praktykowali okultyzm, albo udawali się po radę i pomoc do jasnowidzów, wróżbitów i uzdrowicieli.

Przychodzą po pomoc do kapłana, bo nie mogą już znaleźć żadnej pomocy medycznej, albo ich lekarz zorientował się, że dolegliwości pochodzą od złych duchów i poradził im pomoc księdza.

Pan Bóg pragnie, abyśmy przyjmując dar Ducha Świętego poświęcali cały świat Bogu, a nie stawali się magami okultystycznych mocy. Nie potrzebujemy szukać energii z niższego świata, żeby starać się nad nim zapanować, ale mamy przyjąć otwartym sercem najwspanialszą moc życia i miłości, którą daje nam Duch Święty.

Pan Jezus daje charyzmat uzdrawiania niektórym braciom i siostrom w Kościele. Jest on jednak czymś zupełnie innym aniżeli zdolności okultystyczne: poprzez ten charyzmat działa Duch Święty, który chce objawić zwycięstwo Jezusa nad śmiercią.

Jest to dar darmo dany i nie można go sobie wypracować ani przywłaszczyć. Jego owocami są: radość, pokój, wolność dla tych wszystkich, którzy sprawują tego rodzaju służbę, a także dla tego, który z niej korzysta. Tym darem służy się innym podczas modlitwy z wyraźnym wskazaniem, że to sam Jezus dokonuje uzdrowienia.

„Uzdrowienia” przez okultyzm powodują zamknięcie się w sobie, przynoszą smutek, różne obsesje i utratę wolności. Wszystkie drogi świata okultystycznego są drogami ciemności, niepokoju, smutku i śmierci.

Nasz Bóg zabrania nam praktykowania astrologii, magii, wróżbiarstwa, wzywania duchów i wszystkich tego typu praktyk ponieważ nas bardzo kocha i pragnie uchronić od zniewolenia przez siły zła.

Pragnie, abyśmy byli całkowicie dla Niego, a On całkowicie dla nas, ponieważ tylko w Nim możemy znaleźć szczęście, pokój, radość i życie wieczne!

Źródło: www.milujciesie.org.pl
7 marca 2018|