Wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo żywy jest katolicyzm

Liam Neeson to jeden z najbardziej znanych aktorów Hollywood. Grał w wielu superprodukcjach takich jak Lista SchindleraGwiezdne Wojny czy Gangi Nowego Yorku. Choć przeżył okrutną tragedię, to dzięki swym filmowym rolom ponownie zaczął poszukiwać Boga.

W ostatnim filmie Martina Scorsese Milczenie, opowiadającym o losach jezuitów w XVII-wiecznej Japonii, Neeson odgrywa rolę ojca Ferreiry – misjonarza, który poddany okrutnym torturom, dokonuje aktu apostazji. Sam aktor, będąc wychowanym jako katolik, nadal zadaje pytania o to kim jest Bóg stale rozwijając swą wiarę.

zywy katlicyzm

Przed laty przeżył ogromną tragedię. W 2009 roku jego żona Natasha Richardson uległa tragicznemu wypadkowi na nartach. Doznała poważnych obrażeń mózgu i zmarła w wyniku krwotoku w szpitalu. Neeson był zmuszony do odłączenia jej od aparatury medycznej. Byli małżeństwem przez 15 lat.

„Czasem należy się zatrzymać i podziękować naszym małżonkom ponieważ życie jest bardzo krótkie. Spędzajmy z nimi czas i dobrze ich traktujmy. Ta sytuacja nauczyła mnie tego, że każdego dnia należy kochać i żyć tak, jakby ten dzień był moim ostatnim. Mów bliskim, że ich kochasz każdego dnia. Życie jest warte przeżycia” pisał na Facebooku w czerwcu 2016 roku.

Niewątpliwie Neeson jest człowiekiem poszukującym. W trakcie zdjęć do filmu Uprowadzona 2, które miały miejsce w Turcji, aktor był pod dużym wrażeniem islamu. Jak mówił w wywiadzie: „Przez pierwszy tydzień pięciokrotne wezwanie do modlitwy każdego dnia wprawiało mnie w obłęd, ale po jakimś czasie poczułem, że to jedna z najpiękniejszych rzeczy”.

Północnoirlandzki aktor od zawsze czytał wiele literatury poświęconej religii, aby odpowiadać sobie na jedne z najaważniejszych życiowych pytań. Przed Milczeniem dwa razy wcielał się w role katolickich księży. Pierwszy raz w 1985 roku w filmie Lamb opowiadającym o księdzu mierzącym się z utratą wiary, po raz drugi w Misji Rolanda Joffé, wielokrotnie nagradzanym filmie o jezuickich misjach w Ameryce Południowej. Zwłaszcza ta druga rola pozostawiła niezapomniane wspomnienia. W trakcie produkcji filmu poznał ojca Daniela Berrigana, amerykańskiego jezuitę i aktywistę, który pomagał na planie jako konsultant merytoryczny.

„Zaprzyjaźniłem się ze świętej pamięci ojcem Danielem. Nigdy nie zapomnę odprawionej przez niego mszy w pokoju hotelowym. Byliśmy dookoła stołu – on, Robert DeNiro, Jeremy Irons i ja – słuchaliśmy Ewangelii, czytań liturgicznych, rozmawialiśmy o tym jak bardzo ważne są w dzisiejszym świecie. Moment przeistoczenia… wtedy uświadomiłem sobie jak bardzo żywy jest katolicyzm.

Berrigan bardzo wpłynął na aktora. Toczyli wiele rozmów dotyczących Ćwiczeń duchowych św. Ignacego i jezuickiej duchowości. Neeson w tamtym okresie powątpiewał w sens swojej pracy, lecz ojciec Daniel zwrócił jego uwagę na fakt, że pierwszy współczesny teoretyk aktorstwa – Konstantin Stanisławski – oparł swoją metodę na dziele Loyoli. „W mojej głowie zapaliła się lampka i coś się zmieniło w moim podejściu do pracy. Poczułem dumę z zawodu, który wybrałem i zdałem sobie sprawę ze szczęścia, które posiadam” wspomina aktor.

„Bóg działa w tajemniczy sposób. Podczas przygotowań do Misji myślałem dużo o kapłaństwie i o tym jak łatwo zamknąć Boga w ciasnych ramach, traktując każdą sytuację jako czarno-białą. Lecz świat składa się z wielu odcieni szarości. Jedną z najważniejszych rzeczy, na które zwrócił moją uwagę ojciec Berrigan było „zauważanie Boga we wszystkich rzeczach”. To część jezuickiej formacji i to otworzyło moją życiową perspektywę na rozmaite sposoby. Zobacz Boga w tym co dobre, ale też w sytuacjach złych, brutalnych. Myślę, że na tym polegał prawdziwy test granego przeze mnie ojca Ferreiry w Milczeniu„.

Przygotowania do roli w ostatnim filmie Martina Scorsese były bardzo wymagające. Neeson doświadczył na własnej skórze na czym polegała „tortura jamy”, której został poddany Ferreira, będący postacią historyczną.

„Choć wisiałem zaledwie kilka minut i całość odbywała się z pełnym zabezpieczeniem, przez myśl przeszło mi, że wszyscy posiadamy punkt złamania. Ferreira wytrzymał pięć godzin wisząc głową w dół. Inni japońscy chrześcijanie i misjonarze potrafili wytrzymać tę mękę przez całe dni. Zastanawiałem się co wtedy czuł Ferreira, a przecież wisiałem tylko dwie minuty! Ale pięć godzin? Trzydzieści dni?”

W ramach przygotowań Neeson, podobnie jak pozostali aktorzy odtwarzający role jezuitów w XVII-wiecznej Japonii, Andrew Garfield i Adam Driver, przeszedł przez Ćwiczenia duchowe, które wywarły na nim ogromne wrażenie.

„Zawiązujesz relację z Chrystusem przez Ewangelię, tak że Jezus ostatecznie staje ci się bratem. Codziennie z nim rozmawiasz, każdego dnia i przez cały dzień”.

Zapytany przez siostrę Rose, autorkę bloga Sister Rose at the Movie, o to jak jego wiara ma się do wiary granego przez niego Ferreiry, mówił: „Myślę, że pojęcie Boga, które miał Ferreira, było związane z miłością i sam podobnie to widzę. Jeśli Bóg byłby tylko surowym sternikiem, to dawno temu rzuciłbym wiarę. Bóg jest miłością, a miłość jest Bogiem. Sam doświadczyłem Jego miłości, piękna i spokoju, o czym mówią wszystkie Psalmy”

Choć wielokrotnie przechodził przez momenty zwątpienia, to nie ustaje w poszukiwaniu Boga. Po zakończeniu zdjęć do Milczenia czytał wiele książek poświęconych religii i nauce.

„Są ludzie, którzy sprowadzają czyjąś wiarę do tego jak działa ludzki mózg. Przyjechałem do domu i zobaczyłem moją prawie 91-letnią matkę – prostą, piękną i ciężko pracującą kobietę – dla której największym zmartwieniem jest to, że nie ma już siły fizycznej by iść na niedzielną mszę. To położyło mnie na łopatki

Gdy Neeson mówi o wierze, to podkreśla, że to ciągła wędrówka od wątpliwości do zawierzenia: „Podejrzewam, że będę tak wędrował, aż do mojej śmierci. Nie mam gotowych odpowiedzi, ale nawet poznając te wszystkie naukowe teorii, które chcą wyjaśnić fenomen tego, że ludzie wierzą, myślę sobie «ciągle wierzę w Boga»”


Warto przeczytać również:

„Dzięki pracy nad filmem zacząłem adorować Jezusa”

Jezuickie rekolekcje zostawiły we mnie tęsknotę za głoszeniem nauki Chrystusa, którego naprawdę zacząłem adorować – mówi Andrew Garfield, odtwórca główne roli z najnowszym filmie Martina Scorsese.

Andrew Garfield wcielił się w rolę o. Rodriguesa, jezuickiego misjonarza, w najnowszym filmie Martina Scorsese „Milczenie”

Garfield pochodzi ze zsekularyzowanej rodziny żydowskiej. Do tej pory można go było zobaczyć w takich filmach jak „Niesamowity Spiderman” czy „Przełęcz ocalonych”. Przygotowując się do roli w najnowszym filmie aktor odprawił rekolekcje ignacjańskie pod kierownictwem Jamesa Martina SJ. – Dawał mi wskazówki, jakbym przechodził jezuickie szkolenie – wyznał aktor.

– Stało się to bardzo osobistą, podwójna podróżą: byłem ja i Rodrigues. Szliśmy wspólnie, tak, że historie, które były jego udziałem, miały na mnie realny wpływ. Mogłem zrozumieć, dlaczego młody, ambitny, inteligentny i wykształcony jezuita podjął się tak trudnej misji – mówił aktor w rozmowie z magazynem „The Hollywood Reporter”.

Garfield stwierdził, że jezuickie rekolekcje to coś w rodzaju programu 12 kroków. – To jest podstawa wszystkich takich programów. Długie medytacje, modlitwa, wyobrażanie sobie życia Jezusa opowieść po opowieści, rozważanie Jego nauki i drogi aż po śmierć na krzyżu – stwierdził.

Gdy przyszedł czas kręcenia filmu „wszystkie te informacje, wszystkie medytacje wzbudziły we mnie chęć głoszenia nauki Chrystusa, którego zacząłem prawdziwie adorować”.

Milczenie, najnowszy film Martina Scorsese na podstawie książki Shūsaku Endōna wchodzi do kin w USA 23 grudnia. Polska premiera przewidziana jest 17 lutego 2017 roku. Film opowiada historię dwóch jezuitów, którzy wyruszają do ogarniętej prześladowaniami i przemocą Japonii. Chcą odnaleźć dawnego mentor, który prawdopodobnie został apostatą i publicznie wyrzekł się chrześcijaństwa.

Reżyser przymierzał się do ekranizacji powieści niemal 30 lat, od momentu, w którym po raz pierwszy zetknął się z książką. Scorsese stwierdził, że nie spocznie, dopóki nie nakręci tego filmu. Zrezygnował nawet ze swojej gaży, żeby tylko zrealizować swoje plany. W jego ślad poszli aktorzy, którzy dostali mocno okrojone wynagrodzenia za występ.


„Dla mnie wszystko sprowadza się do tego pytania”

„Praktykowanie wiary to nie jest coś, co odbywa się tylko w poświęconym budynku podczas szczególnych rytuałów. To tak naprawdę wszystko, co robisz: zło i dobro, a także rozważanie tych uczynków”.

02

Antonio Spadaro SJ: Jak układał Ci się w głowie projekt „Milczenia”? Wiem, że wypłynął z pasji i że myślałeś o nim od kilkudziesięciu lat.

Martin Scorsese: Dostałem powieść Shusaku Endo w 1988 roku. Skończyłem ją czytać w sierpniu 1989 roku zaraz po tym, jak skończyliśmy kręcić sceny do filmu „Sny” Akira Kurosawy, w którym grałem Van Gogha. Trudno mi powiedzieć, czy już wtedy byłem zainteresowany robieniem filmu na podstawie tej książki. Ta historia była dla mnie tak niepokojąca i tak głęboka, że nie wiedziałem nawet, jak kiedykolwiek miałbym do niej podejść. Ale z czasem usłyszałem w sobie głos, który ciągle powtarzał: „Musisz spróbować”. Zdobyliśmy prawa do nakręcenia filmu na przełomie 1990 i 1991 roku. Mniej więcej rok później razem z moim przyjacielem i współpracownikiem, Jayem Cockiem, napisaliśmy szkic, ale tak naprawdę nie byłem jeszcze gotowy. Taki był początek długiego procesu, który doprowadził do powstania pierwszego prawdziwego szkicu scenariusza w grudniu 2006 roku – właśnie wtedy obmyśliliśmy ostateczną strukturę filmu. Przez te wszystkie lata naprawdę w żaden sposób nie wyobrażałem sobie, że zrobię ten obraz. Gdybym miał takie wyobrażenie, to byłbym zbyt… arogancki. Nie wiedziałem, jak poradzić sobie z tematem. Pojawiło się wiele finansowych i prawnych problemów. Cała sytuacja przypominała węzeł gordyjski. Potrzeba było wiele czasu i wielu osób, aby go wreszcie rozwiązać. To był bardzo, bardzo długi proces – dokładnie 19 lat – z wieloma początkami i przerwami.

Patrząc wstecz, myślę, że ten proces inkubacji stał się sposobem na zżycie się z tą historią. Moje własne życie zaczęło obracać się wokół idei zawartych w książce. To one sprowokowały mnie, aby dalej rozważać zagadnienia wiary. Patrzę w przeszłość i widzę, jak to wszystko składa się w mojej pamięci w jedną całość. Odczuwam to jak pielgrzymkę. To niesamowite dostąpić łaski zrobienia filmu teraz, w tym momencie mojego życia.

Jak działało w Tobie pragnienie zrobienia tego filmu? Czy w jakiś sposób inspirowało Cię ono przez lata Twojej pracy?

Żyłem tą historią. Nałożyła się na wszystko, co wtedy robiłem; na wszystkie wybory, których dokonałem. Także na metody podejścia do pewnych pomysłów i scen w innych filmach, nad którymi pracowałem przez te lata. Innymi słowy, z jednej strony istniało we mnie pragnienie zrobienia tego właśnie filmu, a z drugiej ciągła bliskość powieści Endo stała się impulsem do rozmyślania o wierze, o tym, jak przeżywam swoje życie. Do myślenia o łasce, o tym, jak otrzymanie łaski może być dokładnie tym samym, co otrzymanie nowego życia… to wszystko w swoim czasie dało mi większą siłę i jasność w moim podejściu to konkretnych zadań w tworzeniu filmu.

Dla Ciebie wiara w Boga i bycie katolikiem to dwie różne rzeczy. Co przez to rozumiesz?

Bardzo interesuję się tym, w jaki sposób ludzie postrzegają Boga lub w jaki sposób doświadczają tego, co nieuchwytne. Jest wiele ścieżek i myślę, że to, którą z nich wybierzesz, zależy od tego, jakiej kultury jesteś częścią. Moją drogą był i jest katolicyzm. Nie jestem teologiem, który kłóciłby się o Trójcę Świętą, nie interesuje mnie też polityka Kościoła jako instytucji. Ale idea zmartwychwstania, wcielenia, pełne mocy przesłanie współczucia i miłości – to jest klucz. Sakramenty, jeśli jesteś dopuszczony do ich przyjęcia, do ich „doświadczenia”, pomagają zostać blisko Boga.

Teraz zdaję sobie sprawę, że taka wypowiedź domaga się pytania o to, czy jestem praktykującym katolikiem? Jeśli to znaczy: „czy chodzisz regularnie do kościoła?”, to odpowiedź brzmi „nie”. Z drugiej strony w bardzo młodym wieku doszedłem do przekonania, że praktykowanie wiary to nie jest coś, co odbywa się tylko w poświęconym budynku podczas szczególnych rytuałów, odprawianych w wyznaczonym czasie w ciągu dnia. Praktykowanie wiary to tak naprawdę wszystko, co robisz: zło i dobro, a także rozważanie tych uczynków. Na tym polega to zmaganie, ta trudność.

Wybór takiej powieści jak „Milczenie” wydaje się odnosić do samych korzeni chrześcijańskiej duchowości i katolickiej wyobraźni.

Dla mnie to wszystko sprowadza się do pytania o łaskę. Łaska jest czymś, co przydarza się nam przez cały życie. Przychodzi w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Mówię to jako ktoś, kto nigdy nie doświadczył wojny, okupacji czy tortur. Nigdy nie przeszedłem takiej próby. Oczywiście są ludzie, którzy ją przeszli. Nie mówię, że ich postawa daje jedyną właściwą odpowiedź na pytanie, gdzie był Bóg, kiedy wiele milionów ludzi systematycznie katowano. Ale oni istnieli, dokonywali czynów ogromnej odwagi i współczucia i zostaną zapamiętani jako światło w ciemności.

Kim jest dla Ciebie Bóg? Czy jest On karą, czy wprawia w zakłopotanie? Czy jest źródłem radości i harmonii? Czy Bóg w ogóle może być oprawcą?

W połowie lat 60. po raz pierwszy obejrzałem adaptację „Pamiętników wiejskiego proboszcza”. Miałem wtedy około 20 lat i dojrzewałem, porzucałem ideę katolicyzmu, którą miałem jako dziecko. Tak jak wielu młodych byłem przytłoczony surowością Boga ukazaną w filmie – Boga, który karze cię, kiedy zrobisz coś złego, Boga „błyskawic i grzmotów”.

Oczywiście, to był niezwykle dramatyczny moment w historii naszego kraju. Konflikt w Wietnamie się zaostrzał i właśnie został ogłoszony „świętą wojną”. Więc dla mnie i dla wielu innych to był okres wielkiego zamieszania, wątpliwości i smutku, który stał się częścią naszej codziennej rzeczywistości. Każdy bohater „Pamiętników…”, może z wyjątkiem starszego księdza, cierpi. Każdy z bohaterów czuje się ukarany, a większość z nich nakłada kary na innych. W pewnym momencie filmu dochodzi do wymiany zdań pomiędzy księdzem a jedną z parafianek. Ksiądz mówi: „Bóg nie jest oprawcą. On chce, żebyśmy byli dla siebie miłosierni”. I to zdanie coś we mnie otwarło. To był klucz. Ponieważ nawet jeśli czujemy, że Bóg nas karze i nas torturuje, to jeśli damy sobie czas i miejsce na refleksję, zdamy sobie sprawę, że to właściwie my torturujemy i że my jesteśmy tymi, wobec których mamy być miłosierni.

Gdy nakręciłem „Wściekłego byka”, zdałem sobie sprawę, że właśnie o tym był ten film. Nie rozpoczynaliśmy filmu z gotowym tematem w głowie. Chcieliśmy zrobić film o kimś, kto wiedzie życie takie, jakie znaliśmy, w świecie, który znamy. Jake karze wszystkich wokół siebie, ale tak naprawdę najbardziej karze siebie. Więc ostatecznie, kiedy patrzy w lustro, widzi, że musi być miłosierny dla siebie. Albo żeby ująć to inaczej: musi zaakceptować siebie i żyć ze sobą. Być może dzięki temu będzie mu łatwiej żyć z innymi ludźmi i przyjmować ich dobroć.

Kiedy byłem młody, miałem niesamowite szczęście, ponieważ spotkałem wspaniałego księdza, ojca Principe. Nauczyłem się od niego tak wiele, między innymi tego, jak być miłosiernym. Czasem odgrywał on rolę srogiego nauczyciela moralności, ale jego przykład był czymś zupełnie innym. Ten człowiek rzeczywiście był „przewodnikiem”. Potrafił mówić twardo, ale nigdy tak naprawdę nie zmuszał cię do niczego – przewodził ci, doradzał. Miał w sobie ogromną miłość.

Jeden z krytyków mówił o „obsesji duchowej Scorsese”. Zgodzisz się, że masz obsesję na punkcie życia duchowego?

Pomysł, że wszystko może zostać naukowo wyjaśnione, nie jest dla mnie zupełnie nonsensowny, ale właściwie całkiem naiwny. Jeśli ustawisz swój umysł tak, aby rozmyślał nad wielką, przytłaczającą tajemnicą życia i śmierci, to idea wejścia w głąb, aż do istoty rzeczy, tylko poprzez naukę wydaje się nietrafionym pomysłem. Umysł i dusza to tak naprawdę wszystko, co robisz – dobro, które czynisz, i zniszczenie, które siejesz. To zmaganie się ze wszystkimi ludźmi, także z bliskimi. Moją własną, prywatną walką była próba zapanowania nad tym, jak bardzo jestem zaabsorbowany swoją pracą, samym sobą. Wszystko po to, aby być więcej z tymi, których kocham. To, o czym teraz dyskutujemy, wyrażam w swoich filmach.

Życie w świecie rozgłosu i sławy, ambicji i współzawodnictwa jest moim kolejnym starciem. Nawet jeśli jesteś częścią tego świata, duchowy wymiar życia, jak to nazwałeś, jest zawsze tuż obok. Carl Jung miał wyrytą łacińską inskrypcję nad drzwiami swojego domu w Szwajcarii: „Vocatus atque non vocatus deus aderit”. Przywoływany czy nie przywoływany, Bóg i tak przyjdzie. To mówi wszystko.

Cierpiałeś na astmę. Czy kiedy brakuje człowiekowi tchu, nie wydaje ci się, że wtedy staje się bardziej wrażliwy. Czy nauczyłeś się czegoś ze swojego „krótkiego oddechu”?

Pierwszą rzeczą, jaką muszę powiedzieć o astmie, jest to, że kiedy jest naprawdę ciężka, to rzeczywiście czujesz, jakbyś nie mógł złapać tchu. Całkiem dosłownie, czujesz, że mógłbyś zaraz przejść na drugi świat. Bywało tak, że świszczący oddech był tak ciężki, a moje płuca tak zanieczyszczone, że zaczynałem myśleć: jeśli teraz tak to ma wyglądać, to jak mam iść dalej?

Byłem odseparowany od rówieśników. Spędzałem znacznie więcej czasu z dorosłymi i to dało mi lepsze rozumienie dorosłego świata. Widziałem rytm życia i zmartwienia dorosłych, słuchałem dyskusji o tym, co jest dobre, a co złe, o tym, jakie zobowiązania mają ludzie względem siebie. Byłem bardziej świadomy tego, jak ludzie się czują, mowy ciała – także różnicy pomiędzy słowami i czynami. To w konsekwencji prowadziło do kultywowania mojej własnej wrażliwości. Szlifowałem się.

Myślę, że moja samotność i świadomość doprowadziły mnie do determinacji i do zdolności wykluczania skrajności… to właśnie się dzieje, kiedy robię filmy. Dzięki temu chronię wrażliwość, ale także osiągam pewną intensywnością.

Mówiłeś, że żyłeś na skraju destrukcji, że nieomal sięgnąłeś dna. Czym dla Ciebie jest zbawienie?

Jest jakaś ułuda w autodestrukcji: aby zrozumieć zniszczenie, musisz zniszczyć siebie. To przeradza się w jakąś arogancję, w butę… a potem się niszczysz. W moim przypadku doszedłem do takiego momentu przez naiwność. Byłem ministrantem, służyłem na pogrzebach. Miałem także kolegę, którego ojciec był grabarzem. Wiele myślałem o śmiertelności – tylko nie o swojej. W pewnym momencie sam wiele w sobie zniszczyłem. Potem z tego wyszedłem, a pierwszym filmem, jaki po tym zrobiłem, był „Wściekły byk”.

Akceptacja siebie, życie w zgodzie ze sobą, jeśli to możliwe, także bycie pozytywną siłą w życiu kogoś innego – myślę, że to może być sposób na zdefiniowanie zbawienia. To sprowadza się do ludzi, których kochasz: Twojej rodziny, przyjaciół. Próbujesz być tak dobrym, rozważnym i współczującym, jak tylko możesz.

Po pewnym czasie ludzie, których znasz bardzo dobrze i z którymi pracowałeś od wielu lat, mogą mieć inne potrzeby, inne rzeczy stają się dla nich istotne. Musisz te zmiany rozpoznać i się z tym pogodzić. Akceptujesz to, kim są i to, jak się zmienili. Starasz się podtrzymać to, co w nich najlepsze. Czasem musisz zdać sobie sprawę, że oni muszą znaleźć inną, własną drogę. Był czas, kiedy uważałem, że to zdrada, ale potem zdałem sobie sprawę, że tak nie jest. To tylko zmiana.

Słowo „zbawienie” jest bardzo interesujące. Ponieważ to jest coś, czego się nigdy nie zna. W momencie swojej śmierci, jeśli jesteś świadomy, czy wiesz, że osiągnąłeś zbawienie? W jaki sposób to wiesz? Bo na pewno nie możesz tego wiedzieć, jeśli w dalszym ciągu przeżywasz swoje życie. Jedyne, co możesz zrobić, to żyć najuczciwiej jak tylko jesteś w stanie. Jeśli upadniesz, musisz się podnieść i spróbować jeszcze raz. To banał, ale to prawda. Dla mnie ciągle pojawiają się góry i doliny, ciągłe oświecenia i ciemności, i wątpliwości, które przeradzają się w samokrytykę. Jest to cały czas trwający proces.

Po „Wściekłym byku” myślałeś o tym, żeby pojechać do Rzymu, podróżować i kręcić filmy dokumentalne o życiu świętych. W jaki sposób przyszedł Ci do głowy ten pomysł?

W 1980 czy w 1981 roku skończyłem „Wściekłego byka” i byłem święcie przekonany, że to będzie mój ostatni film. W tamtym czasie z powodu filmów historycznych Roberta Rosselliniego oraz tych, jakie Bertolucci i bracia Taviani robili dla telewizji RAI, pomyślałem, że telewizja może stać się przyszłością kina. Coś, co daje rozrywkę, ale z większą głębią. To były filmy, które w pewien sposób czegoś uczą, Rossellini mówił o tych obrazach jako o „filmach dydaktycznych”. Pomyślałem, że telewizja będzie miejscem, gdzie będę mógł eksplorować pytanie, które od zawsze zaprzątało mi głowę: kim jest święty? Mój pomysł zakładał zrobienie serii filmów o różnych świętych, czasem nawet o takich, którzy mogli nigdy nie istnieć i są bohaterami folklorystycznymi. Skąd ci bohaterowie się wzięli? Skąd w ludziach pojawiła się potrzeba wstawiennictwa? Po co potrzebny był święty Krzysztof, patron podróżujących, który prawdopodobnie nigdy nie istniał? Kiedy ktoś podróżuje, czuje się zagrożony, pojawia się potrzeba kogoś lub czegoś, co nas ochroni. A co w takim razie z „prawdziwymi” świętymi? W jaki sposób ludzie się do nich odnoszą? Kiedy się nad tym zastanawiam, wraca do mnie książka, którą dawał nam ojciec Principe, o współczesnym świętym Franciszku. Książka nosiła tytuł „Mr. Blue”, napisał ją Myles Connolly, producent telewizyjny i filmowy. Próbował w tej książce pokazać, że we współczesnym świecie możesz wieść dobre życie nie w sensie materialnym, ale w sensie uczciwości. To tak jak z Dorothy Day i jej pracą w Catholic Worker. Ojciec Principe zaprosił ją kiedyś na wspólne śniadanie, aby porozmawiała z małą grupą osób starszych. Zobaczyłem ją tylko kątem oka, kiedy wychodziła.

Te rzeczy pracowały we mnie, kiedy robiłem „Wściekłego byka”, który, jak powiedziałem, uważałem za moment zerwania z wielkobudżetowymi produkcjami. Był jeszcze jeden film, który miał na mnie duży wpływ w tamtym czasie, także Rosselliniego: „Europa ʼ51”. Widziałem go tylko w wersji skróconej. Rossellini mierzył się z zagadnieniem bycia świętym we współczesnym świecie. Zmagał się z fundamentalną kwestią – współczuciem, miłością, przeżywaniem swojego życia, naśladując Chrystusa. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że inspirował się Simone Weil. Ten film był dla mnie niebywale ważny. Tak samo jak jego „Kwiatki świętego Franciszka”, który jest najpiękniejszym filmem o byciu świętym, jaki kiedykolwiek widziałem.

Jednak sprawy potoczyły się inaczej. Wróciłem do Nowego Jorku i zrobiłem kolejny film z Robertem de Niro, „Król komedii”. Potem próbowałem zrobić „Ostatnie kuszenie Chrystusa”, ale cała koncepcja się rozpadła. Przemysł filmowy się zmienił, wydawało się, że nie da się już robić takich filmów, takich „badań” nad życiem świętych. Ale w jakiś sposób wiedziałem, że pewnego dnia wrócę do tego tematu. Wiele z tej energii i z tych dyskusji weszło w „Ostatnie kuszenie”, kiedy wreszcie kilka lat później zrobiliśmy ten film.


Historia polskiego jezuity, o której nie mówi „Milczenie”

Historia polskiego misjonarza, który zdecydował się udać do Japonii, to gotowy scenariusz na film lub serial produkowany przez HBO. Co ciekawe, jego historia wiąże się z tą opowiedzianą w „Milczeniu” Martina Scorsese. 

03

Jest rok 1639. Do Japonii przybywa dwóch jezuitów, którzy decydują się odnaleźć swojego dawnego mistrza, ojca Cristóvão Ferreirę. Krążą plotki, że w czasie prześladowań zaparł się wiary i żyje zgodnie z naukami buddyzmu. Nie mogąc pogodzić się z takim stanem rzeczy, Sebastião Rodrigues i Francisco Garupe wypływają do Japonii, by zweryfikować informacje i spotkać się z Ferreirą.

Historia opowiedziana w „Milczeniu” pokazuje starania portugalskich jezuitów, którzy przybywają do Japonii, by głosić wiarę w Chrystusa. Jednak nie tylko oni byli obecni w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wśród misjonarzy, którzy zdecydowali się wyruszyć na drugi koniec świata, znalazł się Polak.

Cofnijmy się do roku 1598. W Osmolicach nad rzeką Bystrzycą przychodzi na świat Wojciech Męciński. Studiuje w Lublinie, Krakowie, Rzymie. Wstępuje do nowicjatu jezuickiego, by wybrać się do Japonii i tam głosić Ewangelię.

Po licznych problemach związanych z posiadanym przez siebie majątkiem (Męciński chciał przepisać go w całości Towarzystwu Jezusowemu, co spotkało się z dużym oporem jego rodziny) w 1631 roku wypływa z Lizbony, by przez Indie dostać się do Japonii. Jednak wskutek silnych wiatrów i złej pogody jego statek zostaje wypchnięty w kierunku Brazylii (niepotwierdzone nigdy opowieści mówią, że zajmował się tam m.in. działalnością medyczną), a następnie znów w kierunku Europy. Wykańczająca fizycznie podróż tak bardzo wpłynie na zdrowie Męcińskiego, że kolejną próbę przedostania się do Japonii podejmie dopiero w 1633 roku.

21 sierpnia 1633 roku wylądował w prowincji Goa na zachodnim wybrzeżu Indii, która znajdowała się wówczas pod panowaniem Portugalczyków. Rok później udał się na terytorium dzisiejszego Wietnamu, skąd w 1635 popłynął do Malakki będącej jezuickim centrum zaopatrzeniowym. Stamtąd wyruszały misje do Chin, Japonii i na Moluki, zwane także Wyspami Korzennymi.

Pech chciał, że Męciński trafił do Malakki w czasie konfliktu między Portugalczykami a Holendrami, którzy mieli zamiar podbić miasto i przejąć tamtejsze dobra i szlaki handlowe. Zatrzymało to podróż polskiego jezuity, ale z racji posiadanych przez niego umiejętności medycznych wiedział, jak pomagać żołnierzom, którzy zostali ranni w bitwie.

W 1636 roku Męciński jest już w drodze do Makao, portugalskiej kolonii na południu Chin, skąd ma nadzieję przedostać się bezpośrednio do Japonii. Jego statek zostaje jednak przejęty przez holenderski okręt, którego załoga traktuje jezuitę i jego towarzyszy jako więźniów i transportuje ich na wyspę Formozę (z portugalskiego Ilha Formosa – Piękna Wyspa), czyli dzisiejszy Tajwan. Okazuje się, że posiadane przez Męcińskiego umiejętności medyczne znów się przydają. Dzięki nim wyzdrowiało wielu jego współwięźniów, a także syn holenderskiego gubernatora wyspy, czym jezuita zaskarbił sobie zaufanie Holendrów. Dzięki zdobytym w ten sposób kontaktom udało mu się wyrwać z transportu więźniów do Dżakarty na wyspie Jawa. Tym sposobem w 1637 roku Męciński znalazł się w portugalskim Makao.

Jednak i tym razem nie mógł przedostać się bezpośrednio do Japonii. Wiedząc o planach polskiego zakonnika, wizytator zakonny Emanuel Diaz zdecydował, że podróż do kraju, w którym za jawne wyznawanie wiary grozi śmierć, jest zbyt niebezpieczna, i skierował go do pracy w Kambodży. Tam Męciński pracował jako przełożony rezydencji misyjnej.

To właśnie na dworze kambodżańskiego króla do Męcińskiego doszła informacja o znanym jezuickim zakonniku, który w czasie prześladowań w Japonii wyrzekł się swojej wiary i wraz z władzami szogunatu rozpoczął działania przeciwko katolickim misjonarzom. Tym jezuitą był nie kto inny jak Cristóvão Ferreira, znany z filmu „Milczenie”.

Chcąc zadośćuczynić złemu wrażeniu, jakie wywołało zachowanie portugalskiego zakonnika, nowy wizytator zakonu Antoni Rubino zdecydował się wysłać do Japonii posłów, w tym Wojciecha Męcińskiego. 12 sierpnia 1642 roku dotarli oni do japońskiej prowincji Satsuma.

Niestety, nazajutrz zostali pojmani przez ludzi szoguna Hidetady Tokugawy (jap. 徳川 秀忠) i przetransportowani do Nagasaki. Tam Męciński i towarzysze jego podróży zostali poddani tzw. torturze pojenia wodą, która polegała na wielokrotnym zmuszaniu do wypicia wielkich ilości wody, a następnie na wypychaniu jej przez zgniatanie między dwoma kawałkami drewna. W czasie jej trwania każdy z męczonych lewą ręką mógł dać znać, że wyrzeka się swojej wiary, co skutkowało przerwaniem kaźni. W okresie od sierpnia 1642 roku do marca 1643 Męciński był torturowany w ten sposób ponad 100 razy.

Widząc brak skuteczności takiego działania, Japończycy zdecydowali się na „torturę dołu”. Nieszczęśnicy zostali powieszeni głowami w dół nad dołami kloacznymi. Także w tym przypadku mogli w dowolnej chwili przerwać cierpienie przez znak świadczący o wyrzeczeniu się wiary. Żaden nie zdecydował się na ten krok.

Męciński zmarł po 7 dniach. Jego ciało spalono, a prochy wrzucono do morza. W 1700 roku stwierdzono kanonicznie jego męczeństwo i włączono do kalendarza świątobliwych zakonników jezuickich.


„W ten sposób zakochałem się w Jezusie”

„Jak łatwo było zakochać się w Jezusie Chrystusie!”. Andrew Garfield o cierpiącej miłości, własnych ograniczeniach i o tym jak Bóg łapie za kark.

04

Zaskoczony miłością

Kiedy zapytałem go, co wydało mu się najbardziej wyjątkowe w „Ćwiczeniach”, zapatrzył się niewidomym wzrokiem w pustkę przed sobą i powędrował myślami do jakiegoś miejsca w pamięci. Potem, tak jakby moje pytanie sprowadziło go z powrotem na ziemię, uśmiechnął się i powiedział: „Okazało się, że bardzo łatwo jest zakochać się w tej osobie. Zakochać się w Jezusie Chrystusie. To było najbardziej zaskakujące.”

Zamilkł głęboko poruszony tą myślą. Przyłożył rękę do klatki piersiowej, gdzieś pomiędzy żołądkiem i sercem, i powiedział raz po raz wybuchając śmiechem: „Boże! To była najbardziej niesamowita rzecz – zakochać się! Jak łatwo było zakochać się w Jezusie Chrystusie.”

Nagle zacząłem doceniać autentyczność, z jaką doświadczał radości wypływającej z miłości, cierpienia wynikającego z frustracji oraz bólu z powodu nieobecności.

„Poczułem się smutny i zły za Jezusa, kiedy już Go spotkałem, bo wszyscy tak bardzo Go oczerniają. Tak wielu ludzi Go k***ewsko oczernia. Jego imię wykorzystywano do okropnych rzeczy.”

Kiedy mówię o tym, że Garfield odniósł sukces w „Ćwiczeniach”, to chodzi mi właśnie o to, czego dowodzą jego wyznania miłości: on zakochał się w Jezusie. Cierpiał z i dla swojego ukochanego. Jego współczujące cierpienie objawiało się w jego powołaniu, w którym ma za zadanie pomagać innym w przeżywaniu miłości i jej braku. „Dla mnie to jest właśnie ta piękna agonia tworzenia.” – mówił dalej Garfield – „Piękna agonia zawarta w tym, że nigdy nie będziemy w stanie w pełni wyrazić możliwości tej miłości, o której On uczy, że mamy nią żyć. Moje poczucie konieczności pracy bierze się z tęsknoty za wyrażeniem właśnie tego.”

Poszukując swego miejsca w świecie

Doświadczenie zakochania się w Jezusie było dla Garfielda najbardziej zaskakujące może dlatego, że jak wielu ludzi, on rozpoczął „Ćwiczenia” poszukując czegoś więcej. To z czym zaczynał „Ćwiczenia” nie było wyraźnym pragnieniem poznania Chrystusa, ale raczej ciągłym, bolesnym uczuciem jego własnej niewystarczalności.

Tak jak kiedyś Ignacy, Garfield był młodym człowiekiem szukającym swojego miejsca na świecie. I tak jak wielu z nas pod warstwą tęsknoty ukrywał głęboki strach: obawę, że nie jest wystarczająco dobry. „Głównym problemem, który chciałem uleczyć, który przyniosłem do Jezusa i nad którym pracowałem poprzez «Ćwiczenia», było uczucie «niewystarczalności».” – mówił Garfield – „To uczucie ciągłego pragnienia, aby wyrazić w sposób doskonały to, co jest w każdym z nas. Tę ranę bycia «niedostatecznym». Tę ranę, wynikającą z odczucia, że to, co mam do zaoferowania nigdy nie jest wystarczające.”

Wielu z nas żyje w strachu przed porażką, ale często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że to nie porażka nas przeraża, ale to, że wszyscy się o niej dowiedzą. Nie jest ciężko poradzić sobie z niepowodzeniem, każdemu z nas czasem coś się nie udaje. Chodzi raczej o ludzi, którzy to widzą. Bycie rozpoznanym jako ktoś, kto upadł tak naprawdę nas boli. Kiedy wszyscy chcemy być docenieni, zostanie dostrzeżonym jest tym, za czym tęsknimy. Jeśli boimy się, że nie jesteśmy warci zobaczenia, bo strach przed demaskacją przeraża nas najbardziej. Andrew Garfield rozumiał to wewnętrzne tarcie bardzo dobrze.

Modlitwa w ciemności

Moment, który aktor zapamiętał jako najgłębsze doświadczenie Bożej obecności w jego życiu zdarzył się tuż przed jego pierwszym publicznym wystąpieniem, kiedy kończył szkołę teatralną. Miał grać Ofelię w „Hamlecie” Szekspira w Teatrze Globe w Londynie. „Na około dwie godziny przed spektaklem nagle poczułem się jakbym umierał.” – wspominał aktor – „Poczułem, że jeśli wyjdę na scenę, to cały się spalę. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem takiego śmiertelnego przerażenia, takiego terroru wewnętrznego, braku wiary w siebie, poczucia niewystarczalności. Takiego strachu przed byciem zauważonym. Lęku przed odsłonięciem się i oddaniem mojego serca. Przed zdemaskowaniem się i powiedzeniem: «Patrzcie na mnie!»”.

Aby się uspokoić, spacerował tam i z powrotem wzdłuż południowego brzegu Tamizy. To był dzień, w którym sztuka miała dodatkową obsadę i myśli aktora zaczynały kierować się w stronę ucieczki. Opowiadał: „Zacząłem myśleć o rzuceniu się do rzeki. Myślałem, że nie mam nic do pokazania, nic do zaoferowania. Jestem oszustem.” Teraz już rozumie, że tamta chwila była momentem modlitwy: „Prosiłem o coś. Prosiłem o pomoc.”

I wtedy usłyszał ulicznego śpiewaka, śpiewającego – raczej nie idealnie – znajomą piosenkę „Vincent” Dona McLeana. Aktorowi najbardziej zapadło mu w pamięć to, że piosenka nie była wykonywana perfekcyjnie. „Jeśli ten śpiewający człowiek zostałby tego dnia w łóżku myśląc: «Nie mam nic do zaoferowania, mój głos wcale nie jest dobry, nie jestem gotowy, aby występować publicznie. To, co mam nie wystarczy», gdyby posłuchał tych głosów wewnątrz siebie, ja nie dostałbym tego pocieszenia, którego potrzebowałem. – opowiadał Garfield. „Jego gotowość do tego, aby się odsłonić, zdemaskować, naprawdę zmieniła moje życie. Myślę, że po raz pierwszy zrozumiałem w jaki sposób sztuka nabiera znaczenia, jak sztuka zmienia życie ludzi. Z pewnością zmieniła moje życie.”

„Poczułem się jakby Bóg nagle złapał mnie za kark”

Ten zasłyszany moment artystycznej niedoskonałości go uratował: „Chmury dosłownie się rozstąpiły i wyszło słońce, a jego promienie mnie oświeciły. My obaj, ten śpiewak i ja, nagle zaczęliśmy płakać. Poczułem się jakby Bóg nagle złapał mnie za kark i powiedział: «Myślałeś, że jak wejdziesz na scenę, to umrzesz. Ale tak naprawdę umrzesz, jeśli na nią nie wejdziesz».”

Od tamtej pory Garfield żyje w poczuciu tego twórczego tarcia – w strachu przed odsłonięciem się, ale i z wielką potrzebą bycia zauważonym. Jeśli to zauważenie przez innych naszych niedoskonałości tak nas przeraża, to trwanie w byciu wyeksponowanym nas wybawi.

Źródło: www.deon.pl

31 marca 2017|