Walka na śmierć i życie

05 stycznia 2014 roku; Świadectwo dojrzałej kobiety – Homoseksualizm to widoczny znak niewidzialnej, ogromnej rany braku miłości; Uleczyła mnie miłość, którą jest Bóg. Bez życia w sakramentach, bez wejścia na drogę przyjaźni z Jezusem cel, którym jest życie w pełni, wydaje się niemożliwy do osiągnięcia. Zawołałam do Boga z samego dna i poprosiłam, aby mi pomógł, bo nie mam już sił walczyć o siebie. „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego” (Łk 1,37) – powyższe słowa towarzyszyły i towarzyszą mi do dzisiaj w drodze ku życiu ze śmierci, którą był dla mnie homoseksualizm.

Walka na śmierć i życieChcę opowiedzieć o tym, jak Bóg uzdrawiał mnie z tych skłonności. Pragnę zaświadczyć, że uzdrowienie jest możliwe. Wydawało mi się, że jestem bez szans na wyleczenie, ale okazało się, że w Bogu mogę wszystko. Proces mojego uzdrawiania, leczenia moich ran z przeszłości trwał i trwa cały czas, ale Bóg jest wierny swojej obietnicy i nie zostawia mnie samej na drodze podążania za Nim. Dla Niego bowiem nie ma nic niemożliwego…

W ostatnim czasie jesteśmy nieustannie bombardowani informacjami, że homoseksualizm jest czymś normalnym i naturalnym. Krytykuje się nauczanie Kościoła w tej kwestii, a wszystkich, którzy myślą inaczej, niż podają główne media, ogłasza się ludźmi zacofanymi i nietolerancyjnymi. Przez długi czas także i mnie trudno było uznać nauczanie Kościoła mówiące o tym, że zdrowy związek mogą tworzyć tylko kobieta i mężczyzna. Dziś jednak jestem mu wdzięczna za ten wyraźny, bezkompromisowy głos.

Wychodzenie z homoseksualizmu to ogromna walka duchowa – na śmierć i życie – świadectwo

Swoje skłonności odkryłam przypadkowo, gdy miałam 19 lat. Przez chwilę czułam się tak, jakbym dotarła do bezpiecznego domu, do miejsca, gdzie wreszcie mogę czuć się dobrze. Jednak ten stan trwał krótko, a potem zaczęła się walka, która miała trwać naście lat…

Odkąd pamiętam, zawsze pragnęłam założyć normalną rodzinę i budować ją na Bogu. Jednak styl życia, który wybrałam, uniemożliwiał mi zrealizowanie tych pragnień. Rezygnacja z własnych marzeń, wyrzuty sumienia oraz lęk przed utratą kobiety – wszystko to rozdzierało mnie od środka.

  • Mój związek się rozpadł, a we mnie pojawiła się mieszanka emocji: zazdrości, lęku, nienawiści, pożądania.
  • Nie doświadczyłam poczucia bezpieczeństwa, które miałam nadzieję znaleźć.
  • Nie widziałam wyjścia z tej pułapki.
  • Myślałam, że takim rozwiązaniem będzie mój nagły wyjazd z kraju. Było to jednak dla mnie doświadczenie bardzo trudne emocjonalnie.

Po półrocznym pobycie za granicą chciałam popełnić samobójstwo. Pierwszy raz w życiu było to dla mnie tak realne… I wtedy właśnie spotkałam Boga żywego. Zawołałam do Niego z samego dna i poprosiłam, aby mi pomógł, bo nie mam już sił walczyć o siebie. Powiedziałam Mu, że potrzebuję Go prawdziwego, realnego, tu i teraz… I tak rozpoczęła się moja przygoda z BogiemLekarzem, dobrym Ojcem i Opiekunem.

Bóg powoli podsyłał mi różne koła ratunkowe, które miały mi pomóc w dotarciu do celu.

  • Najpierw dał mi słowo Boże i zdanie, które prowadzi mnie do dziś: „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”.
  • Wskazał mi też na przykład wiary Abrahama, który uwierzył obietnicy Pana, że wypełni On pragnienie jego serca. Te słowa podtrzymują mnie, gdy chcę zrezygnować z pójścia drogą, którą On mi pokazuje. Każdego dnia doświadczam, jak wielką moc ma słowo Boże, jak mnie ono zmienia, stwarza na nowo, a także prowadzi ku pełni bycia kobietą.
  • Wiele razy Bóg mówił do mnie przez Pismo Święte; dawał mi pocieszenie, wskazówki, ostrzeżenia, zachętę do dalszej pracy i podawał przykłady tych, którzy Mu zawierzyli przede mną.

Kolejną pomocą w drodze ku życiu było dla mnie odkrycie Eucharystii. Przez długi czas nie mogłam zrozumieć, dlaczego kobieta, z którą byłam, nie doświadcza takiego rozdarcia jak ja. Dopiero później zrozumiałam, że częsta Eucharystia nie pozwoliła mojemu sercu usnąć. Walka, która rozgrywała się we mnie, była owocem karmienia się Bogiem. To On mnie cały czas budził, wzywał do wytrwałości. Nie było to łatwe, ale dziś dziękuję Mu za to, że nie pozwolił mi się zatrzymać, że to On walczył we mnie o mnie prawdziwą.

  • Kolejnym kołem ratunkowym, które otrzymałam, była spowiedź. I nie mam tutaj na myśli tylko ludzkiego aspektu wygadania się czy dobrej rozmowy z kapłanem. Tu chodzi o łaskę, którą Jezus dawał mi zawsze, gdy odchodziłam od konfesjonału.
  • Zaczynałam widzieć prawdę o sobie, o Bogu i wyraźniej dostrzegałam to, do czego Stwórca mnie zaprasza. Potrafiłam szybciej zauważyć pułapki i unikać ich na etapie, gdy było to łatwiejsze. Uczyło mnie to też oddawania swej bezsilności Bogu i zdawania się na Niego.

Doświadczałam tego, że sama z siebie nic nie mogę. Szczególnie odczułam to wtedy, gdy po kolejnym powrocie do związku straciłam wszelką nadzieję i jakąkolwiek wolę walki. Nie miałam już sił, gdyż wszystkie moje próby zerwania z homoseksualizmem kończyły się fiaskiem. Byłam wykończona…

  • Poszłam do spowiedzi i powiedziałam kapłanowi, że jestem bezsilna, ale mogę zgodzić się na to, aby Bóg wszedł w moje życie i zrobił to, co On chce; wolą moją jest aby powiedzieć Mu „tak”.
  • Kapłan pomodlił się nade mną, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Odeszłam od konfesjonału i… po kilku dniach skończyła się moja prawie siedmioletnia walka o wyjście ze związku. Dałam Bogu swoją zgodę, takie swoje małe „tak”, aby wypełniła się Jego wola i to Mu wystarczyło.

Środowiska głównego nurtu w mediach krzyczą, aby zaakceptować siebie, swoje skłonności homoseksualne. Jednak gdy próbowałam iść za ich głosem, nie byłam szczęśliwa. Tęskniłam za swoim marzeniem o zdrowej, normalnej rodzinie.

  • Z upływem czasu zdałam sobie sprawę, że chcąc zachować homoseksualny styl życia, muszę odrzucić Boga.
  • A ja nie chciałam Go eliminować. Kochałam Go i chciałam w Niego wierzyć, to znaczy żyć z Nim i Jego zasadami.

Wychodzenie z homoseksualizmu to ogromna walka duchowa – na śmierć i życie.

Bez życia w sakramentach, bez wejścia na drogę przyjaźni z Jezusem cel, którym jest życie w pełni, wydaje się niemożliwy do osiągnięcia. Droga, którą prowadził mnie Ojciec, była długa i bardzo bolesna, ale dziś doświadczam radości i pokoju. Moje wewnętrzne rozdarcie, które towarzyszyło mi latami, zniknęło. Teraz widzę, że najlepsze dopiero przede mną. Idę wspólnie z kochającym mnie Bogiem Ojcem ku nowemu.

Dostrzegam, że uzdrawianie odbywało się u mnie etapami.

  • Najpierw skończył się mój wieloletni, trudny związek i to był cud.
  • Jednak od czasu do czasu zdarzało mi się, że zakochiwałam się w kobietach.

Bóg jednak przyszedł do mnie wtedy z ważną lekcją. Zaczął mi pokazywać, że moje zauroczenia nie dotyczą tej czy innej kobiety, tylko jakiejś jej cechy, której pragnę w sobie. Jakaś kobieta zachwycała mnie, bo wydawała mi się samodzielna, zadbana, czuła itd., a były to cechy, których ja w sobie nie znajdowałam. Wówczas zaczęłam dbać o to, aby podarować sobie to, czego moja kobieca dusza pragnęła, za czym tęskniła. Bardzo szybko opanowałam sztukę rozpoznawania własnych pragnień.

  • Wkrótce zaobserwowałam, że zaczynam czuć się coraz lepiej w towarzystwie mężczyzn.
  • Ten proces był nie tylko uzdrawianiem mnie z homoseksualnych skłonności, ale może przede wszystkim sposobem na doprowadzenie mnie do Boga i do tego, abym poczuła się Jego córką.

Homoseksualizm to widoczny znak niewidzialnej, ogromnej rany braku miłości.

Uleczyła mnie miłość, którą jest Bóg, ale też zdrowa miłość przyjacielska. Przyjaźń, która trwała, gdy byłam w lepszej i gorszej formie, gdy doświadczałam radości i cierpienia. Przyjaźń, w której nigdy nie zostałam oceniona, ale prowadzona ku prawdzie, niesiona modlitwą i wieloma godzinami rozmów. Wreszcie przyjaźń, w której też zło było nazywane złem, a dobro dobrem. Przyjaźń, w której punktem odniesienia był zawsze Bóg. Ta ludzka przyjaźń była i jest dla mnie nieocenioną pomocą w podążaniu do życia w wolności.

Jeśli czytają to świadectwo osoby, które znają homoseksualistów, to proszę Was, abyście nie klepali tych osób po ramieniu, mówiąc im: „akceptuję cię”. Proszę, abyście te osoby kochali, będąc obok i słuchając, a gdy tylko nadarzy się okazja, byście powtarzali im, że Bóg jest ratunkiem, że On chce leczyć. To nie jest loteria z losem wygranym dla niektórych, ale każdy, kto do Niego przyjdzie, zostanie uzdrowiony.

A Wam, którzy cierpicie z powodu takich skłonności i rozdarcia, chcę powtórzyć słowa, które ratują mi życie do dziś: „Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego”. On kocha nas szaloną miłością i chce z nami budować życie, które od Niego dostaliśmy nie przez pomyłkę, ale jako dar i zadanie. Czy damy Mu się jednak poprowadzić?…

Opracowała: J., www.milujciesie.org.pl

 

4 stycznia 2014|