TO CO, DO TRZECH RAZY SZTUKA

29 kwietnia 2015 roku; „TO CO, DO TRZECH RAZY SZTUKA?” – RZUCIŁ LEKARZ, GDY HANIA ZOSTAŁA DWUKROTNIE UZDROWIONA. PO DWÓCH LATACH Wyszeptał: „NIE WIEM, CO MAM POWIEDZIEĆ Chciałbym MIEĆ TAKIEGO BOGA PRZY SOBIE”. Hania i Przemek Kulowie ze wzruszeniem opowiadają o niezwykłej interwencji Ducha Świętego – ŚWIADECTWO UZDROWIENIA. Po raz pierwszy zdiagnozowano u mnie guza w maju 2010 roku – opowiada Hanna Kula (nauczycielka angielskiego z Katowic). Mój syn Michał miał wtedy dwa latka. Ponieważ jestem genetycznie obciążona, regularnie wykonywałam badania. W czasie jednego z nich coś się lekarzom nie spodobało. Skierowano mnie na szczegółowe, inwazyjne USG. Werdykt? Guz piersi.

TO CO, DO TRZECH RAZY SZTUKAZatrzymałam się. „Nadszedł mój czas, kolejne pokolenie dostało raka” – pomyślałam. „Stoję w kolejce”. Tak naprawdę słowa lekarzy do mnie nie dochodziły. „To ma być początek końca? – myślałam. „Wszystko ma się odwrócić do góry nogami?”.

POCAŁUNEK

Choć wielokrotnie posługiwałam w czasie modlitw o uzdrowienie, nie przyszło mi na myśl, by prosić o taką modlitwę. Diagnoza diagnozą, a Pan Bóg Panem Bogiem – pomyślałam. Nie mam pojęcia, dlaczego oddzieliłam sprawy ludzkie od Bożych, ale taka była pierwsza myśl.

Pani doktor powiedziała: umawiamy się na biopsję. Zabieg miałam mieć za trzy miesiące, w czasie wakacji. „Przypadkowo” zbiegło się to z czasem rekolekcji. Pojechaliśmy ze wspólnotą do Kokoszyc. Rekolekcje toczyły się w lekkości i delikatnym powiewie Ducha Świętego. Popychał nas subtelnie w stronę uwielbienia.

„Musimy na chwilę wyjechać. Na zabieg” – powiedziałam wspólnocie. Pamiętam, jak jedna z osób rzuciła: „Pamiętaj, największym lekarzem jest Bóg. To do Niego powinnaś się zwrócić w pierwszej kolejności”.

Wspólnota postawiła mnie przed faktem dokonanym: „Haniu, czy tego chcesz, czy nie, chcemy się za Ciebie pomodlić. Wszystko przygotowane”. Poczułam przejmujący strach. Dlaczego nie pomyślałam od początku o Bogu? Czy będzie miał mi to za złe? Szłam na modlitwę z drżeniem. Czułam, że zasmuciłam Ducha Świętego i nie wiedziałam, jak ukoić ten smutek. Poczułam w sercu przynaglenie: „Przyjdź taka, jaka jesteś. Bez oczekiwań, pytań”. Modlitwa była niezwykle przejmująca. Ks. Krzysztof Bielą otwarł tabernakulum. Miałam Jezusa na wyciągnięcie ręki. Nie pamiętam słów, które padały.

Pamiętam, że ogarnął mnie jakiś dziwny spokój. Byłam z Jezusem w sytuacji sam na sam, wpatrywałam się w Jego oczy. Bardzo intymne spotkanie. Jedna z osób poprosiła księdza, by podał mi monstrancję do pocałowania, bo poczuła, że nasze pragnienia (Jezusa i moje) są takie same, że chcemy takiej bliskości. Gdy ucałowałam Jezusa, wylał się na mnie Duch Święty. Z łaską pokoju, miłości, bezpieczeństwa. Zatopiłam się w miłości Boga. Nie potrafię tego inaczej określić.

Następnego dnia pojechaliśmy na zabieg. Lekarka chciała sprawdzić, czy struktura nowotworu się zmieniła. Minęły już 3 miesiące, guz mógł się zwiększyć. Zazwyczaj lekarze z tobą rozmawiają, a ona… milczała. Cisza trwała długo. Przeraziłam się: „Coś nie tak?” – zapytałam przez łzy. Cała się trzęsłam. A ona rzuciła: „Nie mam słów. Nie ma raka, nie wiem, co się stało”. Porównywała badania, opisy, robiła zdjęcie za zdjęciem. Skończyła się rolka, założyła następną. Zdjęcia walały się na całej podłodze. „Zażywała pani jakieś lekarstwa? Z zagranicy, z internetu?” – zaczęła się dopytywać. „Nie”. Zdobyłam się na odwagę i wyszeptałam: „Wczoraj miałam modlitwę”. „Słucham?” – nie dosłyszała. „Jestem w trakcie rekolekcji. Modlono się nade mną”. Z jej oczu popłynęły łzy: „Nigdy się z czymś takim nie spotkałam. To moje pierwsze zderzenie z cudem”.

Wyfrunęłam z tego gabinetu, Na korytarzu wpadłam w objęcia Przemka: „Nic nie ma! Duch Święty zadziałał!”.

Przez całą drogę do Kokoszyc śpiewaliśmy piosenki. Dziecięce, pieśni uwielbienia. Weszłam do kaplicy w czasie modlitwy wspólnoty. Wszystkie oczy skierowały się w moją stronę. „Bóg jest wielki” – powiedziałam.

„Haniu, musisz dać świadectwo! Przyjdź na spotkanie wspólnoty” – poprosiła mnie Ola. Przytaknęłam, ale czas pokazał, że wszystko jakoś się rozmyło. Po powrocie poszłam do swojego lekarza. Spoglądał na zdjęcia z lekkim niedowierzaniem.

OSZUKAŁEŚ MNIE!

Minęły trzy miesiące. W październiku 2010 roku trafiłam na kontrolne badania. Okazało się, że mam guza na jajniku. Konsultowałam to z dwoma lekarzami. Wtedy się załamałam. Poczułam się oszukana. „Uzdrowiłeś guza piersi, a teraz znów mam raka?” – wołałam. „Co jest nie tak? Przecież w Kokoszycach czułam, że moje ciało jest obmyte łaską Ducha!”. Zareagowałam ogromnym buntem. I znów pomyślałam: „Nie poproszę o modlitwę. To nie działa”. Czułam się zawiedziona, opuszczona. Szłam pod blokiem i płakałam. I wtedy spotkałam Gosię, ko-leżankę ze wspólnoty. Wyrzuciłam z siebie wszystko, a ona spokojnym głosem odpowiedziała: „Nie martw się. Dziś jest Msza z modlitwą o uzdrowienie. Przyjedziesz?”. „Nie” – odburknęłam. „Nie mam z kim zostawić dziecka”. Zachowanie obronne, pancerz. „W takim razie my pomodlimy się za ciebie, a ty módl się w tym czasie z Przemkiem” – powiedziała spokojnym głosem. Boże, jak drażnił mnie ten ton i pewność, z jaką wypowiedziała te słowa!

Powiedziałam mężowi: Jak chcesz, to się módl. Ja idę usypiać Michałka”. Michał jednak zasnął od razu (naprawdę się to nie zdarzało!) i poczułam, że nie mam żadnej wymówki. Duch Święty kazał mi wstać z łóżka – wiem, że te słowa mogą wzbudzać uśmieszek, ale tak to czułam. Stanęłam z mężem do modlitwy. Modliliśmy się dwie i pół godziny: spontanicznie, koronką, wołaliśmy o Ducha Świętego. Po modlitwie spłynął na mnie wielki pokój. Bunt wyparował. Na drugi dzień zadzwoniła Gosia, zapytała, co u nas, a na końcu rzuciła: „Czekaj, Bóg jest wielki”.

Poszłam do lekarza. Zachował się identycznie jak poprzednia pani doktor. Zaniemówił. A to naprawdę gaduła i zawsze sporo rozmawialiśmy. Oglądał zdjęcia i milczał. „Proszę coś powiedzieć”- przerwałam tę krępującą ciszę. „Pani Haniu, nie mam nic do powiedzenia. Brak mi słów”. Uśmiechnęłam się. Zobaczył to i spytał: „Już pani wie?”. „Wiem”. „U kogoś pani z tym była? Trzeba było mi o tym powiedzieć!” „Nie, nigdzie nie byłam. Modliłam się”. Spojrzał na mnie zdumiony, a ja opowiedziałam o poprzednim uzdrowieniu: „Panie doktorze, kilka miesięcy temu zostałam uzdrowiona z raka piersi”. Popatrzył na mnie i z ogromną powagą powiedział: „Nigdy wcześniej się z czymś takim nie spotkałem. To dla mnie niepojęte. Nie mogę jednak zaprzeczyć faktom, zdjęciom, dowodom”. By jakoś rozładować sytuację, rzucił: „To co, pani Haniu, do trzech razy sztuka?”. „Słucham?”. „Jeśli pani Bóg jest tak wielki, jak pani opowiada, to do trzech razy sztuka. Może wtedy moje serce będzie skruszone?”. Odpowiedziałam: „Panie doktorze, nie chcę Go wystawiać na taką próbę, ale mam nadzieję, że gdy tak się stanie, będę miała tyle wiary, by ten cud znów się dokonał”.

DESZCZ DUCHA

Minęły dwa lata. Dwukrotnie doświadczyłam uzdrowienia, ale nie dzieliłam się świadectwem. Wszystko się jakoś rozmywało. Miałam nawet umówione konkretne terminy, ale zawsze coś wypadało. Czułam, że to jest nie fair, że Duch Święty oczekuje tego, bym opowiadała, ale zatrzymywałam to dla siebie.

Nadszedł styczeń 2012. Byłam w piątym miesiącu ciąży. Na badaniu kontrolnym lekarz wyczuł guz. Osiem milimetrów. Pod pachą, za węzłami chłonnymi. Mój świat runął. Rozsypałam się. Czekaliśmy na narodziny Zuzi, wiedziałam, że nie mogę brać lekarstw, chemii. Muszę wytrwać do końca ciąży, o ile dotrwam.

Lekarz też zamarł, bo przypomniał sobie słowa: „Do trzech razy sztuka„. Może poczuł, że wywołał wilka z lasu? Zaczął mnie pocieszać: „Przecież pani tak wierzy, proszę być dobrej myśli”.

Telefony do najbliższych. Panika. W domu uklęknęliśmy do modlitwy, nie byłam jednak w stanie wypowiedzieć słowa. Nie było we mnie pretensji, gniewu, tylko jedna wielka bezsilność. Wpadłam w studnię. Nicość. Pustkę To była piątkowa noc, pamiętam, powiedział: „Prosimy o modlitwę. Nasza wiara musi być większa niż to, co się dzieje!”. Dzwonił nocą do Oli ze wspólnoty. Powiedziała: „Przyjedziemy do waszej parafii”.

Modlitwa odbyła się w poniedziałek. Lało. Nie byłam w stanie iść. Płakałam, byłam kompletnie rozbita. „Trzeci raz? Czego Ty ode mnie chcesz?” – ta myśl rozsadzała mi głowę. „Na siłę wyszarpuję Ci uzdrowienie? Mam być chora? Taki jest plan? Robię coś wbrew Tobie?”. Szłam zapłakana w tym deszczu, przemoczona do suchej nitki. I wtedy w mojej głowie pojawiły się trzy myśli: Idę teraz w deszczu łaski Ducha Świętego, który obmywa mnie z wszelkiego brudu; Jego wolą nie jest to, bym chorowała i trzecia: cokolwiek się stanie, nie mogę tego zatrzymać dla siebie.

Nie pamiętam słów, które padały na modlitwie. Ksiądz dotknął monstrancją mojej głowy. Znów poczułam bliskość Jezusa, przytulenie. Ludzie śpiewali w językach, odbierałam to jak śpiew aniołów. Zanurzyłam się w innej rzeczywistości. Czułam wylanie Ducha Świętego, który wszystko czyni nowe. Wyszłam przekonana o uzdrowieniu. Nawet nie dotykałam miejsca pod pachą. Nie chciałam sprawdzać Pana Boga.

Po trzech dniach trafiłam do dwóch lekarzy specjalistów. Weszłam z uśmiechem, więc spojrzeli na mnie ze zdumieniem: „Nie jest pani zmartwiona? To dobrze, trzeba być dobrej myśli”. Zobaczyłam metalową strzykawkę z jakimś płynem. „To nie będzie potrzebne” – powiedziałam. „Będzie, ale proszę się nie bać. Zrobimy najpierw zdjęcie tego guza”. Spojrzeli na monitor. Zapadła absolutna cisza. Jeden z nich wstał: „Nic tu nie ma. Może to druga pacha?”.

Zaczęli mi robić zdjęcia, dotykać miejsca, gdzie był guz. Trwało to z półtorej godziny, ludzie na korytarzu zaczęli się wściekać. Jeden z lekarzy powiedział z pretensją do kolegi: „Po co mnie ściągałeś? Mam mnóstwo roboty. Nie widzisz, że ona jest zdrowa?” Wtedy opowiedziałam o modlitwie. Znów zapadła cisza. Jeden z lekarzy rzucił na odchodnym: gdybyśmy mieli więcej takich pacjentów, stalibyśmy się bezrobotni.

Gdy trafiłam do lekarza, który mnie prowadzi od lat, wiedział już o wszystkim. Chirurg zadzwonił do niego, by wybadać, dlaczego ktoś badał mnie bez jego zgody, z pretensją, że coś dzieje się za jego plecami. Mój lekarz odparł: „Nikt jej nie badał. Ta pacjentka jest wyjątkowa. Pogadamy kiedyś o tym przy piwie”.

Nie wiem, co mam powiedzieć” – usłyszałam w gabinecie. „Chciałbym mieć takiego Boga przy sobie. Jedyne, co mogę zrobić w tej sytuacji, to po dyżurze pójść do kościoła i pogadać z Nim o tym, co się stało”.

Opracowano na podstawie artykułu opublikowanego w czasopiśmie „Gość Niedzielny”, wydanie z 19 kwietnia 2015 roku, ŚWIADECTWO Przemka i Haliny Kulów, www.gosc.pl

15 maja 2015|