Świadectwa z rekolekcji w Licheniu

24 lipiec 2015 roku; JAK DZIAŁA JEZUS CHRYSTUS podczas posługi na rekolekcjach prowadzonych przez o. John Baptist Bashobora – relacje ludzi dających żywe świadectwa po rekolekcjach w sanktuarium w Licheniu, które miały miejsce w sierpniu 2014 roku. Cały czas przesyłane są świadectwa z rekolekcji. Chwała Panu za to, co czyni, jak dotyka naszych serc, jak nas przemienia i uzdrawia. „Wierzymy i wyznajemy, że Jezus z Nazaretu, (…) jest odwiecznym Synem Bożym, który stał się człowiekiem” (KKK 423). Wyznanie to jest fundamentem naszej wiary. Wierzymy Jezusowi, gdy przyjmujemy Jego Słowo i spotykamy się z Nim w sakramentach.

Świadectwa z rekolekcji w LicheniuWierzymy w Jezusa, gdy przyjmujemy Go osobiście w naszym życiu, w naszych rodzinach i w naszych środowiskach.

Pozwólmy Mu przemawiać do naszych serc i budzić w nich tęsknotę za tym, co prawdziwe, dobre i piękne.

A zatem pozwólmy Mu, by nas prowadził drogą życia. (…)

*********************************************

ŚWIADECTWA złożone ku umocnieniu naszej wiary

*********************************************

Dziękuję Wam bardzo za zorganizowanie rekolekcji! To było dla mnie trzęsienie ziemi. Choć uczestniczyłam wcześniej w modlitwach charyzmatycznych, pierwszy raz było to dla mnie takim wstrząsem. Niebo otworzyło się nad nami, słońce nie paliło, wiatr nie ziębił i daję słowo, nawet komary trzymały się z dala :) Odbyłam generalną spowiedź, właściwie pierwszą szczerą spowiedź w swoim życiu. Zrozumiałam i opłakałam wiele rzeczy. Napełniłam się Bożą radością. Wróciłam do domu jako nowy, bardziej kochający człowiek. Bogu niech będą dzięki!

Pozdrawiam. Magda

***********

Witam serdecznie. Nazywam się Bożena, jestem teologiem, katechizuj 25 rok w szkole ponadgimnazjalnej. Złożyłam i zrealizowałam zamówienie na rekolekcje z o. J. Boshoborą zorganizowane przez was w Licheniu. Byliśmy tam w 8 osób. Chciałam również podziękować za wspaniałe miejsca blisko ojca Johna. Najważniejsze, że uprosiłam Matkę Bożą Licheńską, że zaniosła przed Boży tron mojego syna, który był też na spotkaniu i pod koniec nawet się głośno modlił. To dla niego pojechaliśmy na spotkanie z o. Johnem, by z nim modlić się do Pana o uzdrowienie duchowe dla syna. Bóg wysłuchał.

Druga sprawa, nie prosiłam Pana o nic dla siebie, tylko dla syna, a usłyszałam od kapłana „Bożeno, twoje chore serce właśnie Pan Jezus uzdrowił” i stało się! Zauważyłam, że w ogóle mnie nie boli, a wcześniej nie mogłam z bólu wytrzymać, czekał mnie rozrusznik, brałam leki, były badania itp. Bardzo jestem Panu Bogu wdzięczna za ten cud, bo nie prosiłam, a Bóg sam wiedział jak ze mną kiepsko i sie ulitował. Jestem jak nowo narodzona. Sprawdzam nawet czy to serce mi w ogóle bije, bo jakbym go nie miała tak mi lekko.

Jeszcze raz BARDZO dziękuję za umożliwienie nam udziału w spotkaniu z o. Boshoborą, bo bez tego nie byłoby tych wspaniałych spraw.

Bożena

*************

Szczęść Boże, na początku chciałbym PANU JEZUSOWI wyrazić wdzięczność za łaskę bycia na dniu rekolekcyjnym 23 sierpnia 2014r. w Licheniu. Chciałbym się podzielić tym jak Pan ukazał swą obecność na tym spotkaniu i jak ja – jeden z uczestników – mogłem to widzieć i odczuć.

Słuchając konferencji Ojca Johna Bashobora utkwił mi w świadomości przykład świadectwa o snach (podawanie Eucharystii z brudnych talerzy duchownym przez świeckiego mężczyznę). Ojciec John podkreślił, że sny mogą mieć znaczenie, jeżeli znajdują potwierdzenie w Słowie Bożym.

W miarę upływu czasu próbowałem wchodzić wraz z innymi w modlitewne zjednoczenie, ale pojawiała się też myśl: ktoś kiedyś zrobił zdjęcie ręki z otwartą dłonią ukształtowaną z chmury. Zdjęcie autor zatytułował ręka Boga. Pomyślałem, że w takim zjednoczeniu wiernych, Bóg okaże w widoczny sposób Swą obecność. Szybko chciałem odsunąć te myśli, bo uważałem, że niestosowne jest wystawianie Boga na próbę.

O godzinie 15:00 rozpoczęła się Koronka do Miłosierdzia Bożego, przed jej rozpoczęciem Ojciec John modlił się o wylanie Ducha Świętego, gdy modlitwa dobiegała końca nad dzwonnicą Sanktuarium zobaczyłem ukształtowaną z białych chmur GOŁĘBICĘ (zdjęcie godzina 15:42), według godziny i położenia słońca zorientowałem się, że jest to wschód. Następnie rozpoczęła się celebracja Eucharystii, a pierwszym czytaniem był tekst z Księgi Ezechiela (Ez 43,1-7a) o wkroczeniu chwały Pańskiej do świątyni:

Ez 43,1-7a

Anioł poprowadził mię ku bramie, która skierowana jest na wschód. I oto chwała Boga Izraela przyszła od wschodu, a głos Jego był jak szum wielu wód, a ziemia jaśniała od Jego chwały. Było to widzenie równe temu, które oglądałem wtedy, gdy przyszedł, by zniszczyć miasto, widzenie równe temu, które oglądałem nad rzeką Kebar. I upadłem na twarz. A chwała Pańska weszła do świątyni przez bramę, która skierowana była ku wschodowi. Wtedy uniósł mię duch i zaniósł mię do wewnętrznego dziedzińca. – A oto świątynia pełna była chwały Pańskiej. I usłyszałem, jak ktoś mówił do mnie od strony świątyni, podczas gdy ów mąż stał jeszcze przy mnie. Rzekł do mnie: Synu człowieczy, to jest miejsce tronu mojego, miejsce podstawy mych stóp, gdzie chcę na wieki mieszkać pośród Izraelitów.

Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu, Jak było na początku, teraz i na wieki wieków.  Amen.

Z Bogiem, pozdrawiam, Darek

*************

Mam na imię Małgorzata.

Byłam uczestnikiem rekolekcji na stadionie i również w Licheniu.

Jest to dla mnie czas niesamowitych przeżyć. I może ja osobiście nie doznałam uzdrowienia fizycznego, a może po prostu nie wiem o tym. Ale za to w tym czasie leżała w szpitalu moja kuzynka która, sama chora, opiekuje się swoją mamą już przez 8 lat leżącą i niemówiącą po udarze. Ja o tym że Elżbieta jest w szpitalu nawet nie wiedziałam.

I właśnie w sobotę kiedy modliłam się za całą rodzinę i znajomych , przyjaciół i wrogów bo ci chyba najwięcej potrzebują modlitwy, to moja kuzynka poczuła się na tyle dobrze że zaczęła chodzić i jeść . Niech Bóg będzie uwielbiony.

***************

Wyrażam wdzięczność i podziękowanie za ucztę duchową podczas warsztatów oraz dzielę się swoją opinią za wspaniałą organizację całego tygodnia jak również opinią uczestników sobotniego spotkania podczas, którego wiele osób wyrażało podziw za wspaniałą organizację.

Pozdrawiam z darem modlitwy. Teresa

***********

Nad całym tygodniem spędzonym w Licheniu jaśnieje imię Jezus. Najpierw warsztaty posługi charyzmatycznej. Uwolnienie od zniechęcenia, nazwanie moich osobistych darów Ducha Świętego, umocnienie wiarą tysiąca obecnych. Także trudna prawda o moich brakach, jednak dana w miłości, dlatego dająca nadzieję. Czuje się teraz lepiej przygotowany na następny rok formacji i posługi braciom i siostrom w Panu.

Sobota była dla mnie wielkim świętem Kościoła – ludu Bożego samemu Bogu oddającego chwałę. Jestem pod wielkim wrażeniem organizacji, pięknego przykładu cierpliwości i oddania we wszystkim ze strony organizatorów. Także bardzo budująca była wiara wolontariuszy, a najlepszą tu na ziemi nagrodą – ewangeliczna radość uczestników. Jezu, bądź w tym wszystkim uwielbiony!

Juliusz

*************

Rekolekcję z ojcem Johnem Bashoborą w Licheniu 23 sierpnia odbyły się pod hasłem „Słowo stało się ciałem”. Było to już drugie moje spotkanie w takim wielkim gronie osób wierzących, które nazwane zostało rekolekcjami narodowymi. Na początku przypomnieliśmy sobie, że każdy z nas jest pracownikiem w parlamencie Bożym i nie ma ludzi bezrobotnych. Każdy z nas jest „czcigodny”. Bóg daje nam moc, aby zarządzać ziemią, abyśmy we wszystkim odnaleźli radość i pokój – nie dominowali, lecz żyli w relacji z bliskimi. Jezus nikogo nie osądza i przychodzi do każdego grzesznika. Pan czyni w mocy Ducha Świętego wiele cudów. Dane mi było zobaczyć jak 4 chorych wstało ze swoich wózków i pełni zdumienia przyszli przed ołtarz oddać chwałę i dziękczynienie Bogu. Dla wielu osób to był wielki szok, ja jednak naprawdę wierzę w cuda jakich dokonuje Pan Jezus. Należało otworzyć swoje serce i posłuchać głosu Pana, który mówił do nas w każdej chwili, ale my często nie potrafimy słuchać. Musimy uwierzyć w moc Hostii – wyznać grzech i przyjąć Pana jako Zbawiciela. Eucharystia jest dziękczynieniem. Podczas kolejnych modlitw Duch Święty przyszedł ze swoją radością i w całym Licheniu rozległ się piękny, czysty i naturalny śmiech, który powodował, że napełniłem się miłością i pokojem. Dzięki łasce doświadczyłem tego daru, który uwolnił mnie od zmartwień dotyczących przyszłości. Uświadomiłem sobie także jak wielkim i ważnym w życiu każdego z nas momentem jest przebaczenie. Należy wybaczyć winy i krzywdy bliskim, bo to blokuje nas w doskonałej miłości. Zrozumiałem, że potrzebujemy pojednania. Modlitwa za braci i siostry siedzących obok uświadomiła mi, że należy pamiętać o modlitwie wspólnotowej. Podczas Mszy, po raz pierwszy w życiu zrozumiałem jak ważne jest przemienienie i podniesienie. Następowało wtedy najwięcej uwolnień osób dręczonych przez zło. W tym roku już nie bałem się tych krzyków, bo wiedziałem, że to ratunek dla tych ludzi. Umiałem wytłumaczyć dlaczego tak się dzieje i uspokoić osoby zaniepokojone tą sytuacją, bo sam czułem to samo w tamtym roku. Czuję, że Duch Święty cały czas mnie napełnia i rozwijam się duchowo dzięki takim rekolekcjom. Uświadamiam sobie też, że czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy, ale każda praca przynosi owoc. Całość spotkania odbywała się w mocy uwielbienia. Czuję się innym chrześcijaninem, silniejszym, odważniejszym i pewnym tego, że każdego dnia muszę wykonywać wolę Bożą i wiem, że napełnia mnie ona radością i pokojem, uczę się każdego dnia czegoś nowego i nie było jeszcze rekolekcji, które by mnie czegoś nie nauczyły.

Wojtek

********

Kiedyś wydawało mi się, że mam naprawdę wszystko: dziewczynę, rodzinę, dobre oceny, pieniądze i mnóstwo przyjaciół. Czego chcieć więcej w wieku 20 lat? Z zewnątrz każdy mówił: „on to musi być szczęśliwy”. Na pytanie czy jestem dobrym człowiekiem bez wahania odpowiadałem – tak!, przecież co niedziele jestem w kościele. Chodziłem z przyzwyczajenia i czasami brałem „ten opłatek”, ale nic kompletnie z tego nie rozumiałem. Jednak, mimo że wydawało mi się, że mam tak wiele, to w środku czułem ogromną pustkę i byłem zniewolony wieloma grzechami od wielu lat. Wstydziłem się tego, ale udawałem, że jestem „święty”. Ale w środku czułem się strasznie brudny i nienawidziłem tego, że wiecznie muszę grać kogoś szczęśliwego i uśmiechniętego, a nikomu na mnie nie zależy. Jednak nakładanie masek też może zmęczyć i czułem, że nic dobrego mnie już w moim beznadziejnym i bezsensownym życiu nie spotka. Moje życie zmieniło się po wydarzeniu „Jezus na stadionie” w Warszawie. Pojechałem bo myślałem, że będę zwiedzał stolicę, ale okazało się, że to cały dzień rekolekcji z księdzem z Ugandy. Przez większość czasu nie potrafiłem uwierzyć w to, że Jezus żyje. Miałem opory i byłem bardzo sceptyczny w stosunku do modlitw grupowych i uwielbienia. Jednak w końcu otworzyłem swoje serce i powiedziałem: „Panie Ty wiesz, że żyję źle, że grzeszę , ale wiesz też, że ja nie chce tak żyć, zrób coś ze mną, proszę, pomóż mi”. Tam doświadczyłem pierwszy raz w życiu żywej obecności Bożej. Duch Święty przyszedł do mojego serca – rozradował moją duszę. Pan Jezus uzdrowił mnie ze zniewolenia i wypełnił pustkę, która była w moim sercu – swoją miłością. Od tamtej pory moje życie zaczynało nabierać sensu. Przestałem się przejmować opinią innych i powierzyłem swoje życie Bogu. Zacząłem czytać Pismo Święte i zrozumiałem, że żyłem wyobrażeniami o Jezusie, a nie znałem mojego Pana, bo nigdy nie próbowałem go poznać. Od tamtej pory po raz pierwszy mogłem powiedzieć: „Dzięki Tobie, Panie – jestem szczęśliwy”. Ufam Panu i wiem, że jest osoba, której na mnie zawsze zależy i nigdy mnie nie opuści, bo kocha mnie bezwarunkowo, nie patrzy na mój wygląd, charakter, tylko na to, co mam w moje duszy.

Wojtek

************

W czasie rekolekcje, rano gdy wszedłem do swojego sektora zadawałem sobie pytanie: po co ja tu jestem? Co ja tu robię? I to tak trwało około godziny. Zaczęła się konferencja, a ja dalej nie mogłem się skupić na słowach które głosił o.John. W końcu wstałem i poszedłem do Bazyliki, bo tak czułem, że muszę tam iść się wyspowiadać po tej spowiedzi. Poszedłem do kaplicy na dole Bazyliki, tam odmówiłem pokutę i zacząłem płakać, tzn. nie płakałem, tylko leciały mi same łzy i wiem Bóg mnie oczyszczał z wszelkich moich upadków właśnie przez te łzy. Potem jak Ks. Rafał powiedział w czasie modlitwy, że „Jezus ociera nasze łzy z oczu…” i poczułem, że do mnie mówi, że te słowa są skierowane do mnie i znowu zacząłem płakać. Wspaniale przeżyłem te rekolekcje i teraz już wiem, po co Bóg mnie zaprosił na te rekolekcje, żeby mnie oczyścić z tego wszystkiego, z czym bardzo długo walczyłem i wierzę, że zostałem z tego uwolniony. Wszelkie kajdany grzechu zostały zerwane. ALLELUJA!

Pozdrawiam, Wojtek

************

Szczęść Boże, byłem pierwszy raz w tym miasteczku i na takim spotkaniu. Bazylika powala i nie zgodzę się z opiniami, że przeinwestowana, kapie złotem etc. Jednoznacznie stwierdziłem, że adekwatne jest stwierdzenie „zbudowana na chwałę Bożą”. 30.000 ludzi w jednym miejscu i czasie ze wspólnymi intencjami jednoczy i tworzy niepowtarzany klimat. To nie jak w Taize (byłem kilka razy). Tu widziałem prawdziwych Polaków katolików, od niemowląt do staruszków. Tu biło polskie serce, głównie młodych. Jest nadzieja!

Podczas uzdrowień 3 osoby kalekie wstały z wózków, widzieliśmy z żoną uzdrowienie opętanej (jestem lekarzem i chciałem z ciekawości zobaczyć taki przypadek na żywo). Duchowych uzdrowień nie zliczymy. Był czas na medytację i osobistą relację z Jezusem, Duchem Świętym. Nie czułem żadnych prądów, dreszczy, ciepła na ciele, ale taki sam spokój jak w przeddzień egzaminu testowego w W-wie do trudnej specjalizacji.

Parafrazując słowa Muńka Staszczyka po pobycie w Medjugorie: (…) poczułem tam miłość, ogromną miłość. Poryczałem się, (…) i moja żona też ryczała, a nikt się na żadne ryczenie nie umawiał.

Tak właśnie było :)

Z medycznego punktu widzenia, to niesamowite jak Jezus uzdrawia np. pary małżeńskie z niepłodności. Warto dotrzeć do tych ludzi i potwierdzić to ich relacjami, tak, aby inni z takimi problemami uwierzyli. Po dziś dzień zadaję sobie pytanie jak to możliwe, że księża proszący o uzdrowienie potrafią spośród takiego tłumu „wywołać” osoby uzdrowione. Dla Pana Boga nie ma nic niemożliwego…

Z Panem Bogiem, Adam

***********

Mam na imię Mateusz, mam 20 lat. Podczas rekolekcji 23.08.2014 r. w Licheniu na samym początku klęcząc i odmawiając różaniec odczuwałem silne pieczenie i ciepło w odcinku lędźwiowym kręgosłupa. Mam skoliozę i częsty ból w plecach (często w odcinku lędźwiowym), ale nigdy nie było to tego typu ciepło, tak mocne i długo utrzymujące się pieczenie. Trwało to dobre 15 minut, po czym ks. Rafał Jarosiewicz powiedział, że są wśród nas osoby, które odczuwają w pewnych miejscach ciepło. Dodał, ż są uzdrawiane kręgosłupy, stawy kolanowe. Modliłem się za różne sprawy, nie tylko swoje. Utożsamiłem się z tym kręgosłupem i poczułem, że w tym miejscu zostałem uzdrowiony! Chwała Panu! :)

************

Witam, byłam w tym roku na rekolekcjach w Licheniu. Celem mojej wizyty była modlitwa o uzdrowienie sytuacji zawodowej. Półtora roku temu zdałam bardzo ważny egzamin, a mimo to pracodawca uniemożliwił mi pracowanie w zawodzie. Szukałam gdzie indziej i nigdzie nie mogłam znaleźć pracy w zawodzie. O wszystkie swoje niepowodzenia obwiniałam swojego pracodawcę. Nienawidziłam jego i swojej pracy, każdego dnia miałam wrażenie, że jestem cięta żyletką od środka, bo muszę iść do znienawidzonej pracy.

Na rekolekcjach nagle tknęło mnie, że to nie pracodawca zawinił w całej mojej sytuacji. Bóg kieruje moim losem w taki a nie inny sposób z sobie znanych względów. Pomimo, iż byłam po spowiedzi, nagle poczułam chęć wyspowiadania się z nienawiści, jaką żywiłam do swojego pracodawcy przez półtora roku. Parę dni później dowiedziałam się, że ten człowiek naprawdę nie jest moim wrogiem, zmieniłam swoje nastawienie do pracy.

Przed rekolekcjami czekałam na każdą szansę pracy w zawodzie jak na zbawienie, dziś oddaję tę kwestię całkowicie Bogu. Boże, poprowadź mnie tak, aby było to zgodne z Twoją wolą i nie dopuść abym pobłądziła czy dokonała złych wyborów. Ja przestaję szukać na siłę, proszę Cię tylko, Boże, abym umiała właściwie odczytać Twoją wolę i dziękuję, bardzo dziękuję za rekolekcje.

Sylwia

*******************

Szczęść Boże, mam na imię Michał, mam 18 lat. W czasie spotkania z ojcem Bashoborą w Licheniu na rekolekcjach „Słowo Stało Się Ciałem” Pan dotknął mnie szczególnie mocno, ponieważ uwolnił mnie z pewnego nałogu, z którym walczyłem już od wielu lat. Pan podczas adoracji przyszedł do mnie i mnie z tego uwolnił. Na tych rekolekcjach byłem po raz pierwszy i mam nadzieję, pojechać na kolejne, jeżeli będą takie w przyszłym roku. Chwała Panu za Jego moc!!!!!!!!!!!

Michał

******************

Zaczęło się od zwykłego telefonu i zwykłego pytania czy nie zechciałabym pojechać do Lichenia, bo będzie tam o. John Bashobora? Zwykły telefon, zwykła propozycja i … niezwykła osoba? Kiedy usłyszałam jego nazwisko – pomyślałam „ale kto to jest?” Lubię wycieczki, więc powiedziałam, że jestem chętna, ale jednak muszę jeszcze to przemyśleć i odpowiedź dam następnego dnia. To był poniedziałek … 5 dni przed wyjazdem, kiedy to wejściówki dawno były sprzedane, a osoby chcące wziąć udział w takim wydarzeniu musiały deklarować się już w styczniu.

Nazwisko Bashobora gdzieś, kiedyś obiło mi się o uszy, ale kto to właściwie jest? Będąc w tym czasie na rekolekcjach –nota bene uzdrowienia wewnętrznego – od razu zapytałam koleżankę, kto to jest i usłyszałam, że to przecież znany charyzmatyk. Naszły mnie myśli „a właściwie, dlaczego nie?” Ponoć też przez jego ręce, a może raczej dzięki jego wierze, mają miejsce uzdrowienia. Byłoby to piękne dopełnienie rekolekcji … Nieustannie potrzebujemy uzdrowienia, więc podjęłam decyzję, że jadę. Następnego dnia w rozmowie zrodziły się pewne wątpliwości czy jechać, gdyż usłyszałam, że po takich rekolekcjach kolejne „atrakcje” w postaci uzdrowienia to może przesada? Jednak zaufałam, że to Jezus poprzez drugiego człowieka zaprosił właśnie mnie na te całodniowe rekolekcje. Chciał, abym doświadczyła Jego obecności, Jego miłości!

Żeby dojechać na godzinę 9 rano musiałam wstać o 1.40 w nocy. To było dopiero wyzwanie, spać 2,5 godziny i wyruszyć w podróż po to, aby może czegoś doświadczyć? Nie wiedziałam, co tam będzie, jak to będzie wyglądać, czy w ogóle będzie to dobry czas? Po ludzku martwiłam się o wszystko – zmęczenie, głód, pogodę… Jezus zatroszczył się o wszystko. To było wspaniałe, kiedy słońce świeciło tak mocno, że ogrzewało całe ciało, aż w pewnych momentach człowiekowi było zbyt gorąco, wtedy pojawiał się ożywczy wiatr. Słońce czasem zachodziło za chmury, a gdy zaczynało robić się zimno, znowu wychodziło. Niby nic takiego, pogoda jak to pogoda, a jednak w tym wszystkim wyczuwało się troskę i działanie Pana Boga. Pierwszy raz w życiu byłam w Licheniu, niestety czasu na zwiedzanie nie było, ale wszystko, co zdążyłam zobaczyć zachęciło mnie do tego, by pojechać tam kolejny raz i dokładnie zwiedzić tak piękne miejsce. Jestem osobą, która nie zachwyca się tłumem ludzi, a wręcz drażni mnie skupisko osób, a nawet wzbudza we mnie złość. Kiedy znalazłam miejsce, w którym miałam spędzić cały ten dzień, nie byłam zachwycona. Było ciasno – krzesełko obok krzesełka, ale mimo wszystko atmosfera, która tam panowała, sprzyjająco działała na moje samopoczucie, no i oczywiście słoneczko, które nas nie opuszczało, dodawało pozytywnych myśli i energii. Jak tylko zaczęła się modlitwa, śpiew, różaniec, tłum ludzi przestał przeszkadzać, a właściwie pomagał. Czułam jedność, czułam, że Jezus się cieszy, kiedy tak wiele ludzi się jednoczy i wspólnie modli. Później konferencja, na której padło wiele mądrych słów, m. in. o tym, byśmy nie dominowali, ale żyli w relacji miłości oraz zapewnienie, że nie będzie w nas lęku, On zabierze nasz lęk i strach. Bóg nas nawiedza przez osoby, które są obok, przez osoby, które stawia na naszej drodze. Naszym zadaniem jest działać dla Jezusa, wskazywać Go innym. W Eucharystii przyjmujemy Jezusa, wtedy On jest we mnie, a więc Bóg mówi przez drugiego człowieka, bo w tej drugiej osobie właśnie jest żywy Jezus. Jezus jest we mnie! I w drugim człowieku, który Go przyjmuje.

Między konferencjami była ciągła modlitwa, wzywanie Ducha Świętego, On działał w każdym z nas. Wystarczyło się otworzyć, otworzyć serce i słuchać, co Bóg chce konkretnie mi powiedzieć. Czułam Jezusa, wiedziałam, że On jest między nami, że daje nam swojego Ducha, który też działał, zaczynał uzdrawiać nawet fizycznie, a także pojawiał się poprzez śmiech i płacz wielu ludzi.

Wtedy pojawiły się we mnie myśli – dlaczego tak konkretnie i widocznie Jezus nie działa we mnie? Dlaczego ja Go nie słyszę w swoim sercu? Inni otrzymują dar śmiechu, inni słyszą swoje imię i konkretne słowa od Boga poprzez osobę o. Johna Bashobora, a ja? A ja wierze, otwieram swoje serce, pragnę doświadczyć żywego Boga, a tu nic? Modliłam się cierpliwie czekając, ale po dłuższej chwili jednak dając za wygraną. Tracąc już nadzieję pomyślałam, że może po prostu u mnie Bóg działa na tyle delikatnie, że ja tego nie czuję, albo może nie potrafię się tak całkowicie otworzyć? Przyjęłam to w przekonaniu, że Bóg wie wszystko, wie jak zadziałać, w którym momencie i przez kogo.

Kiedy według programu zbliżała się godzina na obiad i część osób udała się na poszukiwania posiłku, wtedy zaczęła się kolejna konferencja i modlitwa. Ojciec John Bashobora prosił, abyśmy nałożyli ręce na głowę osoby obok i modlili się słowami, które on mówił. Obok mnie była tylko koleżanka, za którą ja się modliłam, a ona za osobę po swojej lewej stronie. Po mojej prawej stronie nikogo nie było, było mi strasznie przykro. Modliłam się za koleżankę z zamkniętymi oczami i czułam, że coś we mnie się dzieje. Potrzebowałam, aby ktoś modlił się za mnie i nagle poczułam rękę na swojej głowie. Nie wiedziałam czyja dłoń spoczywała na mojej głowie, ale czułam moc modlitwy. Czułam, że całe wnętrze mojego ciało przeszywa ciepło, a nawet gorąco, które w jakiś, niewiadomy dla mnie sposób uzdrawiało całą mnie, całe wewnętrzne i niewidzialne choroby oraz zranienia duszy. To była najpiękniejsza chwila, łzy leciały i wcale nie chciałam ich powstrzymywać, to były początki łez oczyszczenia. Chciałam, żeby ta chwila trwała wiecznie. To było działanie żywego Boga poprzez drugiego człowieka, który otworzył się i przyjął fakt, że ktoś potrzebuje Boga, przez jego ręce i jego modlitwę. To był wolontariusz, o którym nic nie wiem i którego więcej nie spotkam, ale któremu podziękowałam za modlitwę i o którym ja nie zapomnę w swojej modlitwie. Później podczas dalszej modlitwy uwielbienia popłynęły dalsze łzy oczyszczenia. Jezus działał, uzdrawiał fizycznie tych, którzy tego potrzebowali i pokazywał, że wystarczy wierzyć, a przede wszystkim otworzyć się, by On mógł leczyć nasze zranienia. Moje uzdrowienie nie było widoczne, ale pełna nadziei chcę codziennie oddawać Jemu swoje życie i zbierać owoce uzdrowienia, bo wierzę, że On przygotował dla mnie wiele dobra. A moje życie to droga, która ma prowadzić do świętości. Chwała Panu!

Marzena.

***************

Pięć lat temu zachorowałam na nowotwór szpiku kostnego. Na początku był to dla mnie szok, bunt, ale po jakimś czasie, z łaską Pana, oddałam się Bogu i zawierzyłam samą siebie Matce Bożej Licheńskiej. Nadszedł sierpień, a ja z niecierpliwością oczekiwałam na przyjazd ojca Johna i jego Słowo Boże. 20 VIII 2014 – w tym dniu uczestniczyłam we Mszy św., przyjęłam Komunię św. Ofiarowałam ją za całą moją rodzinę, dziękowałam Bogu za synów i męża, ale nie potrafiłam się modlić o moje uzdrowienie. Nastała chwila, na którą czekałam, wystawienie Najświętszego Sakramentu, a ja całym sercem wzywałam Ducha Świętego i po raz pierwszy poczułam, że potrafię się oddać w modlitwie do Niego. Duch Święty zaczął mnie napełniać. Czułam, jak układa mnie, napełnia swoją mocą – poczułam, jak mnie przenika. Moje ciało zaczęło drżeć, zaczął wykręcać moją dłoń (pomyślałam: „Panie Jezu, cóż chcesz ze mną zrobić, jeśli teraz mnie sparaliżujesz, nie wiem, czy pogodzę się z tym”). Ale ten paraliż nie był cierpieniem, lecz był bardzo przyjemny.

Duch Święty przeniknął moje serce, (które myślałam, że wyskoczy), żołądek, nogi, ręce, całe ciało. Ludzie stojący tuż obok mnie zaczęli płakać, trzęsąc mną, byli wystraszeni. Pielęgniarka myślała, że zemdlałam. A mi było tak cudownie. Mówiłam do Pana – „Jezu, niech mnie zostawią, jest mi tak dobrze”. Odczuwałam radość i pokój i uwielbienie Pana całą sobą, mówiłam Mu, że bardzo Go kocham. Czułam delikatny powiew wiatru, ale to nie był wiatr, Bóg mnie dotykał. Brakuje mi słów, by to opisać. W pewnym momencie poczułam obok mnie również obecność bliskiej mi, lecz zmarłej osoby, że jest przy mnie. Pomyślałam, jak dobrze Ci w niebie, jesteś taki szczęśliwy. Pytałam się – „Panie, czy aż tak bardzo mnie kochasz?” Tak, kocha mnie. Bardzo! Usłyszałam chór śpiewający: Alleluja! Śpiew był piękny. W tym stanie byłam przez prawie 1 godzinę i było mi tak cudownie, iż nie chciałam, aby się to skończyło. Osoby, które mnie otaczały, a byli tam też bliscy, byli przerażeni, więc pobiegli po kapłana. Ja prosiłam Pana Jezusa, aby podszedł do mnie kapłan i wtedy powrócę. I tak też się stało. Położył dłoń i otworzyłam oczy. Byłam taka szczęśliwa, że Pan mnie aż tak kocha.

Kolejnego dnia przyszłam na Mszę Świętą, tuż po niej Pan Jezus w Najświętszym Sakramencie przyszedł do nas. Kobieta stojąca tuż obok mnie – wolontariuszka – poprosiła, abym pomodliła się za pewną panią o imieniu Ola, która już od dawna żyła w grzechu nie przystąpiwszy do sakramentu spowiedzi świętej i jest jej z tym ciężko. Prosiłam Pana o łaskę dla niej, żeby poczuła miłość Jezusa. Zaczęłam się gorąco za nią modlić i powtórnie Duch Święty mnie napełnił. Byłam w tym stanie około 45 minut i chciałam, aby te chwile się nie skończyły.

Nadeszła sobota, pobiegłam na konferencję Ojca Johna, byłam wsłuchana w Słowo Boże. Po zakończonej konferencji nastąpiło wystawienie Najświętszego Sakramentu i wraz z wiernymi zaczęłam wielbić Pana pieśnią. I w tym momencie Duch Święty po raz trzeci mnie doświadczył. Było cudownie, dostrzegłam światłość i moc Pana. Mężczyzna stojący obok mnie był wystraszony (myślał, że zemdlałam), ale wolontariusze go uspokoili i wytłumaczyli, że jestem wypełniona Duchem Świętym.

O godz. 17:30 zaczęła się Msza Święta, na którą przyszłam z mężem. Dostrzegłam, że w pełni biorę udział we Mszy Świętej, rozumiałam wreszcie, co Bóg do mnie mówi, byłam cała oddana Bogu. Po zakończeniu Mszy Świętej nadeszła chwila wystawienia Najświętszego Sakramentu, a wraz z nią moja radość, która wypełniła moje serce, które zaczęło bić, jak oszalałe. Zaczęłam adorować Ducha Świetego, a On mnie napełnił. Mąż mnie wziął w swoje ramiona, a ja czułam, że Pan Jezus jest obok mnie, patrzy na mnie. Duch Święty zaczął ze mną robić rzeczy niesamowite: moje ręce, kości, zaczęły mi się wykręcać, odczuwałam ogromną siłę Ducha Świętego. Przeszedł On przez moje ręce, nogi, żołądek, serce, zaczął wstrząsać moim ciałem, czułam, jak gdyby ktoś podłączył mnie do elektrod. Ale było to takie wspaniałe, że czułam miłość Boga po wszystkie części mojego ciała. Gdy Duch Święty zaczął opuszczać moje ciało zobaczyłam oblicze, twarz Jezusa Chrystusa, który był przepiękny, który uśmiechał się do mnie. Był taki piękny. Nie mogłam oderwać nóg od ziemi – klęczałam, lecz chciałam wykrzyczeć z całą siłą i radością, jaki jest wspaniały i piękny i że bardzo Go kocham. Duch Święty zaczął opuszczać moje ciało, wtuliłam się w ramiona męża, lecz nie mogłam wstać – klęczałam. Wiedziałam, że Pan Jezus przechodzi alejkami wśród ludzi, których uzdrawia, których dotyka. Klęczałam.

Zaczęłam szlochać, ale były to łzy ogromnego szczęścia, radości i miłości do Chrystusa. Brakuje mi słów, nie umiem tego opisać!!! Chwała Panu!

Nie wiem, czy Pan mnie cieleśnie uzdrowił i wyleczył z mojej choroby, ale wiem na pewno, że bardzo mnie kocha i ja Go również.

To, co otrzymałam od Niego przez te parę dni, jest to dla mnie cud. Cud, który dał mi sam Jezus i nie oczekuję, że będę uzdrowiona z mojej choroby, lecz wiem, że jestem „nowonarodzona”. Wola Pana.

Nie wstydzę się mówić o Jezusie Chrystusie – naszym Panu, uczę się modlić, uwielbiać Pana, pochylać się nad drugim człowiekiem, nie oceniać innych, lecz wybaczać i kochać.

Bóg jest radością i cieszmy się Nim, nie bądźmy smutni. To są słowa Ojca Johna, które bardzo zapadły w moim sercu.

Może ktoś uzna, że jestem dziwakiem, lub jest ze mną coś nie tak, ale ja się tym nie przejmuję – nie obchodzi mnie to. Nie ulęknę się niczego – Pan jest moją tarczą, moją siłą i miłością. Pan jest wspaniały i hojny – tylko wystarczy wyciągnąć swe dłonie do Niego, a On obdarzy cię swoimi darami. „Jakże niezbadane są Jego wyroki i nie do wyśledzenia Jego drogi”.

Dawajmy siebie samych. Bóg jest naszą radością, więc cieszmy się tym, co nam daje, a daje nam tak wiele – samego siebie i miłość swoją. „Sługa Boży ma być zawsze wesoły i spokojny” – św. Albert

Beata

***********************

Szczęść Boże

Mam na imię Małgorzata. W czasie rekolekcji w Licheniu doznałam bardzo głębokiego poruszenia mojej duszy, łzy same leciały i podczas spowiedzi i w czasie katechezy. Po powrocie do domu w niedzielę ok. godziny 10 zabolała mnie pierś, a o godz. 12 zauważyłam wielki wrzód obok sutka, rano biorąc kąpiel byłam zupełnie zdrowa, przecież takie rzeczy formują się dniami i tygodniami, a nie w jednym momencie.

Następny cud to to, że dostałam się do lekarza specjalisty na kasę chorych i już we wtorek rano byłam po zabiegu.

Lekarz stwierdził, że to coś bardzo dziwnego, ale ja czuję w głębi duszy, że zostałam uzdrowiona i uratowana przed rakiem. Chwała Panu

Z Panem Bogiem, Małgorzata

*****************

Witam serdecznie. Wczoraj uczestniczyłam w rekolekcjach z ojcem Bashoborą w Licheniu. Chciałabym opisać to, co mnie tam spotkało.

Mam 55 lat, wyższe wykształcenie. Materialnie jestem w stosunkowo dobrym okresie. Mam 3 dzieci. Córki są zamężne (mam dwoje wnucząt), syn w tym roku zdał maturę i wybiera się na studia. Od 20 lat samotnie wychowywałam moje dzieci. 20 lat temu, gdy byłam z synem w ciąży, mąż zostawił nas dla innej kobiety. Pięć lat później orzeczono nasz rozwód. Przeszłam wiele trudnych okresów, biedę, załamania, kilka operacji ortopedycznych syna, problemy wieku dojrzewania moich dzieci itp. Samo życie. Wiele razy wówczas modliłam się do Maryi o pomoc i doświadczałam jej opieki.

Potem nastąpił lepszy okres w moim życiu. Zmieniłam pracę, zaczęłam lepiej zarabiać, córki skończyły studia. A ja nie wiem, czemu, zaczęłam mieć wątpliwości, czy Bóg istnieje naprawdę. Myślę, że to może dlatego, że już nie potrzebowałam opieki Maryi, radziłam sobie sama. Nadal chodziłam regularnie do kościoła, chodziłam do spowiedzi, zawsze starałam się być dobrym człowiekiem, ale wątpliwości narastały. Jak to możliwe jest, by istniało coś nadprzyrodzonego? Jednocześnie bardzo chciałam znowu mocno uwierzyć w istnienie Boga.

 Na rekolekcje pojechałam razem z moimi Rodzicami (tato 88 lat, mama 86 lat). Od kilku lat mieszkamy razem. Modliłam się w różnych intencjach, przede wszystkim o zdrowie moich najbliższych, w intencji mojej koleżanki i w kilku innych. Ale myślami byłam zupełnie gdzie indziej. Bardzo chciałam, by Bóg dał mi znak swojego istnienia. Patrzyłam na niebo i myślałam, by chmurki ułożyły się np. w serce, albo latające ptaki „wylatały” imię Jezusa. Oczywiście nic takiego się nie stało.

 Po Mszy Świętej ojciec Bashobora wraz z kapłanami szedł z Najświętszym Sakramentem między sektorami. Byłam w sektorze P09 i do nas przyszedł na samym końcu. Gdy już było wiadomo, że wszedł do naszego sektora, uklękłam razem z innymi wiernymi, by przywitać Najświętszy Sakrament. Pamiętam, że wpatrywałam się w niesioną przez kapłana monstrancję.

Poczułam coś w rodzaju ciepłego obłoku, delikatnej chmurki, która mocno pchnęła mnie na ziemię. Nie czułam uderzenia, a jednak coś mnie mocno pchnęło na ziemię. Wydaje mi się, że upadłam na plecy, ale nie czułam żadnego z tym związanego bólu. Nie straciłam świadomości. Słyszałam poruszenie wokół mnie. Ponieważ upadłam prosto pod nogi kapłana, musiano mnie usunąć z drogi :). Czułam, że ktoś mnie podnosi, ale miałam niezwykłe wrażenie lekkości mojego ciała. Tak jakbym fruwała (ważę niestety sporo i nie jestem lekka :). Ponoć podnieśli mnie panowie wolontariusze. Nie czułam żadnego szarpnięcia, nie czułam ich rąk. Miałam wrażenie, że podnoszą mnie opuszkami palców. Moi Rodzice bardzo się przestraszyli, mama zaczęła płakać, tato był przerażony. Myśleli, że coś mi się stało. Jak mnie podnosili to pamiętam, że lekko otworzyłam oczy. Chciałam uspokoić Rodziców. Powiedziałam, że nic mi nie jest, że jest wszytko dobrze. Postawiono mnie w pionie, ale osunęłam się ponownie na ziemię. Wtedy usłyszałam głos – prawdopodobnie kapłana, że śpię w Duchu Świętym i nie trzeba mnie budzić.

Po chwili obudziłam się i spokojnie nadal uczestniczyłam w modlitwie.

 Słyszałam wcześniej o darze zaśnięcia w Duchu Świętym, ale sądziłam, że to jest całkowity sen – bez świadomości. Tłumaczyłam sobie, że może ja nie potrafiłam zasnąć, bo bałam się o reakcję Rodziców, nie chciałam ich zmartwić. Dopiero w domu, poczytałam w Internecie opisy osób, które doznały tego daru. Świadomość jest podczas całego snu. DOZNAŁAM OBECNOŚCI DUCHA ŚWIĘTEGO.

Wygląda na to, że Bóg dał mi znać, że jest, a Duch Święty mocno mnie popchnął swoim obłokiem, bym uwierzyła. To było coś w rodzaju ciepłego powiewu wiatru. Niesamowite doznanie.

Pozdrawiam, Alicja

Opracowano na podstawie publikacji ze strony: http://www.slowostalosiecialem.pl/

24 lipca 2015|