Eucharystia

(Na pdst. tekstu Ks. M. Piotrowski TChr, zaczerpniętego ze strony: www.adonai.pl)

W sercu każdego człowieka rozgrywa się walka pomiędzy dobrem i złem, światłem i ciemnością, życiem i śmiercią. Z jednej strony pragniemy wiecznego szczęścia, a z drugiej ulegamy pokusom, które przedstawiają grzech w sposób tak ponętny, że skłaniamy się wierzyć, że jest on źródłem szczęścia, a nie największą tragedią człowieka.

Zło jest bezwzględne w swojej natarczywości i sile, a zarazem podstępne, jawiąc się, jako kusząca propozycja wolności i dobra. Zdajemy sobie sprawę, że o własnych, siłach nikt z ludzi nie jest w stanie obronić się przed napaścią złych duchów.

Czasami może się wydawać, że siły zła dominują i są potężniejsze od dobra, że świat jest pod panowaniem szatana, oraz że zło tryumfuje mimo naszej modlitwy. Upadek moralności jeszcze bardziej potęguje moc nienawiści do wszystkiego, co Boże. Nikt z wyznawców Chrystusa nie może uniknąć walki z siłami zła. Nie może się przed nimi schować lub uciec z pola walki. W drodze do nieba jesteśmy skazani na nieustanne zmaganie się z szatanem, który jest geniuszem w kłamstwie i w podstępnym zniewalaniu ludzi.

W Apokalipsie św. Jana znajdujemy bardzo pocieszającą wiadomość. Szatan i jego aniołowie już przegrali decydującą batalię. Diabeł, piekło i śmierć zostały definitywnie i na zawsze pokonane w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa. A nasz Zbawiciel zaprasza każdego człowieka do udziału w Swoim zwycięstwie. W tym celu Jezus ustanowił Eucharystię. Dzięki Mszy św. mamy stałą możliwość uczestniczenia w największym wydarzeniu w historii ludzkości: śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa – czyli w ostatecznym zwycięstwie nad szatanem, grzechem i śmiercią. Chociaż jesteśmy w nieustannej walce z mocami zła, to jednak dzięki Chrystusowi, który w sakramentach pokuty i Eucharystii uobecnia swoje definitywne zwycięstwo nad szatanem, możemy w naszej osobistej batalii z siłami zła zwyciężać diabelskie pokusy, powstawać z największych upadków, rozrywać łańcuchy wszelkich zniewoleń i uzdrawiać po ludzku nieuleczalne rany.

Pytanie o Eucharystię

12Słuchacze byli zszokowani, kiedy Jezus mówił im, że tylko ci otrzymają życie wieczne, którzy będą spożywali Jego Ciało i pili Jego Krew (por. J 6, 54). Zgorszeni mówili między sobą: Jak On może nam dać [swoje] ciało do spożycia? (J 6, 52). Dla wielu słuchających nauka Jezusa o Eucharystii była niemożliwa do przyjęcia: Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać? (J 6, 60). Dlatego niektórzy uczniowie zawiedzeni i zgorszeni, przestali wierzyć Jezusowi i odeszli od Niego (por. J 6, 66).

Zdrada apostoła Judasza zrodziła się właśnie wtedy, kiedy usłyszał to, co Jezus mówił na temat Eucharystii. Podkreślił to sam Chrystus: Lecz pośród was są tacy, którzy nie wierzą. Jezus, bowiem na początku wiedział, którzy to są, co nie wierzą, i kto miał Go wydać (J 6, 64).

Po wygłoszeniu mowy o Eucharystii Pan Jezus miał świadomość, że uczniowie szemrali przeciwko Niemu, dlatego retorycznie zapytał: To was gorszy? (J 6, 61) i wyjaśnił im, jak należy rozumieć istotę Eucharystii (por. J 6, 62-63), wskazując na tajemnicę uwielbienia jego człowieczeństwa w męce, śmierci i zmartwychwstaniu. Co się stało z ciałem Jezusa po śmierci i zmartwychwstaniu?

Dramat grzechu i śmierci

Nieuchronna konieczność śmierci oraz cierpienie z nią związane są najcięższym doświadczeniem, które dotykają każdego człowieka. Straszna jest śmierć – pisze św. Faustyna (Dz. 321). Groza śmierci pozwala nam doświadczyć, do jak tragicznych konsekwencji doprowadził ludzkość grzech pierworodny oraz każdy nasz osobisty grzech. Uświadamia nam, na co się narażamy, odrzucając Boga i Jego miłosierdzie.

Dramatyczna walka o wieczne zbawienie ludzi rozpoczęła się już od samego zarania istnienia człowieka. Z opisu grzechu pierworodnego dowiadujemy się, że szatanowi udało się nakłonić pierwszych ludzi, aby uwierzyli, że szczęście i wolność osiągną tylko wtedy, gdy wypowiedzą posłuszeństwo Bogu i zerwą przymierze z Nim zawarte. Ulegając pokusie szatana, człowiek oddał się pod panowanie złych mocy, pogrążając się w niewoli grzechu (por. J 8, 34) i śmierci (por. Rz. 5, 12). Tak więc śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą (Mdr 2, 24). Po grzechu pierworodnym Adam i Ewa, czyli cała ludzkość (stworzona przez Boga, jako wspólnota tworząca jeden duchowy organizm) znalazła się pod władzą szatana. Żaden człowiek o własnych siłach nie był w stanie wyzwolić się z niewoli kłamstwa, grzechu i śmierci, gdyż grzech uniemożliwia ludziom poznanie prawdy o sobie, uznanie swojej grzeszności. To zaś jest koniecznym warunkiem pojednania z Bogiem, który gładzi wszystkie grzechy i wyzwala z mocy szatana.

Dramat zbawienia i Eucharystia

Bóg Stwórca, który jest doskonałą wspólnotą miłości trzech osób: Ojca, Syna i Ducha Świętego, na bunt i nienawiść ze strony ludzi odpowiada miłością, która posuwa się do nieprawdopodobnych granic.

Aby wyrwać ludzi zniewoli grzechu i śmierci, Syn Boży, druga Osoba Trójcy Świętej, staje się prawdziwym, śmiertelnym człowiekiem, z duszą i ciałem, z ludzkim umysłem i wolą, aby przez śmierć pokonać tego, który dzierżył władzę nad śmiercią, to jest diabła. Jezus Chrystus w czasie ziemskiego życia stoczył z mocami zła zwycięską walkę, która przyniosła zbawienie całej ludzkości.

W tym dramatycznym boju z szatanem o zbawienie ludzi, Zbawiciel zastosował jedyną broń – a była nią miłość i prawda. Stając się prawdziwym człowiekiem, Chrystus wszedł w rzeczywistość grzechu i śmierci, w której pogrążona jest cała ludzkość. Na obojętność, pogardę i nienawiść ze strony szatana i grzeszników, Jezus odpowiada miłością i miłosierdziem posuniętym do ostatecznych granic. Bóg-Człowiek bierze na siebie winy nas wszystkich, dźwiga nasze boleści, obarcza się naszym cierpieniem, zostaje przebity za nasze winy (por. Iz 53,4-6). Nazarejczyk, dlatego może wziąć na siebie grzechy wszystkich ludzi, którzy istnieli od stworzenia świata lub będą istnieć aż do dnia paruzji, gdyż jest Bogiem-Synem współistotnym Ojcu. Jezus, jako człowiek, który jest Boską Osobą Słowa dociera swoim cierpieniem i miłością wszędzie tam, gdzie działa niszcząca moc zła. Jednoczy się z każdym cierpiącym, aby uczynić cierpienie drogą dojrzewania do miłości.

Męka Chrystusa i agresja sił zła, osiągają swoje apogeum w agonii i śmierci krzyżowej. Jezus umiera w straszliwych cierpieniach, które wyraża w wołaniu: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? (Mt 27,43). Chociaż sam jest bez grzechu, to jednak sercem Boga-Człowieka poznaje jak strasznym cierpieniem jest grzech, którego owocem jest piekło samotności, doświadczenie braku obecności Boga i groza śmierci.

Ogrom cierpienia i wyniszczenia Jezusa w śmierci krzyżowej jest objawieniem prawdy o grzechu. On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą (2 Kor 5, 21). Chrystus demaskuje kłamstwo, które szatan wyraził w rajskiej pokusie, że grzech przynosi szczęście i wolność: Otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło (Rdz 3,5). Doświadczając w chwili śmierci, czym w swej istocie jest grzech, Jezus umiera za każdego człowieka. Całkowicie niewinny, bezgrzeszny Jezus „staje się grzechem” bierze na siebie winy nas wszystkich, aby zbawić wszystkich ludzi. W ten sposób dramat cierpienia, grzechu i śmierci zostaje wprowadzony w rzeczywistość Trójcy Świętej.

W doświadczeniu największego cierpienia i grzechu, Jezus kocha Ojca tak, jak to czynił od wieczności. To, co ulega zmianie to nie Bóg, lecz człowieczeństwo. Jezus oddaje Siebie Ojcu cierpiąc i umierając za wszystkich grzeszników: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego (Łk 23, 46). To całkowite oddanie Syna Ojcu, zostaje odwzajemnione ojcowskim oddaniem i miłością. Mocą wzajemnej miłości Ojca i Syna, a więc mocą Ducha Świętego, uśmiercone i zmaltretowane człowieczeństwo Jezusa, które stało się grzechem, gdyż w nim skupiły się grzechy wszystkich ludzi, otrzymuje dar zmartwychwstałego życia. Jezus zmartwychwstaje w uwielbionym, przebóstwionym ciele, które już nie podlega śmierci. W ten sposób mocą miłości Ojca i Syna, czyli mocą Ducha Świętego, zostaje zwyciężone wszelkie zło, zostają przebaczone wszystkie grzechy. Szatan ze swoim piekielnym królestwem zostaje definitywnie pokonany. W śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa zostaje objawione nieskończone Boże miłosierdzie.

Miłosierdzie moje jest tak wielkie, że przez całą wieczność nie zgłębi go żaden umysł, ani ludzki, ani anielski – powiedział Jezus św. Faustynie (Dz. 699). Biorąc na siebie grzechy wszystkich ludzi, doświadczając cierpienia i śmierci, Bóg w swoim nieskończonym miłosierdziu pochyla się nad losem każdego człowieka, aby swoją miłosierną miłością uzdrawiać najboleśniejsze rany, przezwyciężyć najgłębsze źródła zła, przebaczyć wszystkie grzechy.

Córko moja – mówił Jezus św. Faustynie – napisz, że im większa nędza, tym większe ma prawo do miłosierdzia mojego, a namawiaj wszystkie dusze do ufności w niepojętą przepaść miłosierdzia mojego, bo pragnę je wszystkie zbawić. Zdrój miłosierdzia mojego został otwarty na oścież włócznią na krzyżu dla wszystkich dusz – nikogo nie wyłączyłem (Dz. 1190).

[ramka]Ustanawiając Eucharystię Pan Jezus umożliwił wszystkim ludziom udział w całym dramacie zbawienia, a więc w swojej męce, śmierci i zmartwychwstaniu. Te wydarzenia paschalne zostają sakramentalnie uobecnione w czasie każdej Mszy Świętej, abyśmy mogli uczestniczyć w ostatecznym zwycięstwie Chrystusa nad szatanem, grzechem i śmiercią.[/ramka]

Ojciec Święty Jan Paweł II tak pisze w encyklice o Eucharystii: Gdy Kościół ikona XV w.. Muzeum Historii i Architektury, Nowogród sprawuje Eucharystię, pamiątkę śmierci i zmartwychwstania swojego Pana, to centralne wydarzenie zbawienia staje się rzeczywiście obecne i «dokonuje się dzieło naszego Odkupienia». Ofiara ta ma do tego stopnia decydujące znaczenie dla zbawienia rodzaju ludzkiego, że Jezus złożył ją i wrócił do Ojca, dopiero wtedy, gdy zostawił nam środek umożliwiający uczestnictwo w niej, tak jakbyśmy byli w niej obecni.. W ten sposób każdy wierny może w niej uczestniczyć i korzystać z jej niewyczerpanych owoców (EE, 11).

[ramka]Kiedy w Komunii św. przyjmujemy Ciało i Krew Chrystusa, otrzymujemy życie wieczne i miłość samego Boga oraz wchodzimy w życie Trójcy Świętej. Jest to największy dokonany CUD dotyczący całego stworzenia zarówno wszechświata, jak i człowieka, który został stworzony na obraz Boży. To co jest najbardziej niesamowite, z punktu widzenia ludzkiego pojmowania rzeczywistości, w EUCHARYSTII, w najświętszym sakramencie, w każdym tabernakulum świata znajduje się JEZUS CHRYSTUS, żywy Bóg, ten sam, który po zmartwychwstaniu zasiada po prawicy BOGA OJCA w niebie.[/ramka]

Jan Paweł II podkreśla, że zbawcza skuteczność naszego uczestniczenia w ofierze Mszy św. urzeczywistnia się w pełni, kiedy w Komunii przyjmujemy Ciało i Krew Pana.

Ofiara eucharystyczna sama z siebie jest skierowana ku wewnętrznemu zjednoczeniu nas, wierzących, z Chrystusem przez Komunię: otrzymujemy Tego, który ofiarował się za nas, otrzymujemy Jego Ciało, które złożył za nas na Krzyżu, oraz Jego Krew, którą przelał «za wielu (…) na odpuszczenie grzechów» (Mt 26,28; EE, 16).

Eucharystia to sam Zmartwychwstały Jezus w swoim uwielbionym, niewidzialnym człowieczeństwie. O tej właśnie rzeczywistości mówił Jezus, kiedy wyjaśniał uczniom istotę sakramentu (por. J 6, 62-63). W śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa, Jego człowieczeństwo otrzymuje nowy rodzaj egzystencji, zostaje przebóstwione: W nim, bowiem mieszka cała pełnia: bóstwo na sposób ciała (Kol 2,9). Zmartwychwstały Jezus, w swoim uwielbionym ciele, staje się wszechobecny i daje nam w darze Eucharystii Siebie samego, dzieląc się swoim zmartwychwstałym życiem i miłością, abyśmy już tu na ziemi doświadczali rzeczywistości nieba.

O Jezu, utajony w Najświętszym Sakramencie Ołtarza, miłości i miłosierdzie jedyne moje, polecam Ci wszystkie potrzeby duszy i ciała mojego. Ty możesz mnie wspomóc, bo jesteś miłosierdziem samym, w Tobie cała moja nadzieja (św. Faustyna, Dz. 1651).

Ks. M. Piotrowski TChr

Eucharystia (od gr. „eucharistein”) nie jest jakimś symbolem czy emblematem (1 Kor 11,23-27). Jezus wyraźnie powiedział „to jest Ciało moje”. Przywiązał On olbrzymią wagę do sprawowania Eucharystii i związał z tym Sakramentem wielkie obietnice: „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto pożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim.”

Dla Twojego zbawienia Bóg wydał na śmierć swojego Syna. Bóg umarł dla Twojego zbawienia. I zrobiłby to także, gdyby ludzkość nie istniała, a Ty byłbyś jedyną osobą na Ziemi. Możesz być tego najzupełniej pewny.

Co oznacza słowo „pamiątka”?

Jezus, mówiąc „to czyńcie na moją pamiątkę” chciał po prostu upamiętnić swój pobyt na Ziemi – chciał, abyśmy powtarzali tę czynność „ku pamięci”.

Jest to częste nieporozumienie. Słowo „pamiątka” kojarzy się nam dziś z różnymi gadżetami sprzedawanymi w atrakcyjnych miejscowościach wypoczynkowych. Ale Eucharystia nie ma nic wspólnego z widokówkami czy tandetnymi kasetkami wyłożonymi muszelkami, które można kupić na deptaku w Zakopanem.

Nie jest to również obrzęd ustanowiony przez Jezusa dla upamiętnienia Jego życia i działalności.

Pamiątką” nazywano w Biblii ofiarę, przede wszystkim zaś tę część ofiary, która była przeznaczona, jak to przedstawił Jezus nawiązując do obrzędu zawierania przymierza przy użyciu krwi zwierzęcia ofiarnego. „Podobnie, skończywszy wieczerzę, wziął kielich, mówiąc: Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie, na moją pamiątkę”.

Eucharystia jestźródłem i zarazem szczytem całego życia chrześcijańskiego”, tak, że jest to wprost niemożliwe, aby prowadzić życie chrześcijańskie bez częstego udziału w Eucharystii. Chrystus Pan powiedział wyraźnie: „Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym” (J 6,53-54).

Wszystkie sakramenty święte, posługi kościelne i dzieła apostolstwa są ściśle powiązane z Eucharystią i do niej zmierzają.

Eucharystia jest znakiem jedności wiernych z Bogiem i braćmi. Jedność tę oznacza i ją urzeczywistnia. Jest, więc skutecznym znakiem Bożego daru jedności.

W kazaniu o chlebie żywym, jakie Jezus wygłosił w Kafarnaum po rozmnożeniu chleba, powiedział również: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim” (J 6,56).

Sakrament Eucharystii posiada wiele określeń, z których każde ukazuje pewien aspekt tego sakramentu.

I tak, nazywany jest:

  • Eucharystią – gdyż jest to dziękczynienie składane wraz z Chrystusem Bogu Ojcu przez wiernych zjednoczonych darem Ducha Świętego.

  • Wieczerzą Pańską – ponieważ jest to uobecnienie Ostatniej Wieczerzy, którą Chrystus Pan spożył wraz ze swymi uczniami i polecił, im ją składać na Jego pamiątkę.

  • Łamaniem chleba – ponieważ nazwa ta nawiązuje do cudu rozmnożenia chleba i łamania go na pustkowiu. To samo uczynił Jezus w czasie Ostatniej Wieczerzy. Po tym geście uczniowie rozpoznają Zmartwychwstałego Pana. Pierwsi chrześcijanie w ten sposób określali Mszę św., gdyż gromadząc się na polecenie Jezusa łamali Chleb Eucharystyczny i spożywali go wchodząc we wspólnotę z Jezusem. W ten sposób tworzyli z Jezusem jedno ciało – Kościół.

  • Zgromadzeniem eucharystycznym – gdyż Eucharystia celebrowana jest w zgromadzeniu wiernych, które jest widzialnym znakiem obecności Kościoła. Najświętszą Ofiarą – gdyż uobecnia jedyną ofiarę, jaką Chrystus Pan złożył na Krzyżu za nas wszystkich i włącza w nią ofiarę Kościoła.

  • Najświętszym Sakramentem – szczególnie to określenie stosuje się do postaci eucharystycznych przechowywanych w tabernakulum, gdyż żywy Chrystus jest obecny pośród swego ludu. Jest to, więc sakrament sakramentów.

[ramka]Komunią – nazywana jest również często Eucharystia, a to, dlatego, że spożywając Ciało i Krew Pańską pod postaciami chleba i wina, jednoczymy się z Chrystusem i tworzymy z nim jedno ciało.[/ramka]

  • Mszą Świętą – określany jest ten sakrament, ponieważ liturgia, w czasie, której sprawowany jest ten sakrament, kończy się rozesłaniem wiernych, aby pełnili wolę Bożą w codziennym swoim życiu.

Chrystus Pan ustanowił, więc sakrament Eucharystii w Wieczerniku w czasie Ostatniej Wieczerzy, kiedy celebrował wraz z Apostołami tradycyjną Paschę żydowską.

Jezus uprzedził swoją Paschę, czyli swoje przejście poprzez Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie do domu Ojca. To była Pascha Jezusa, w czasie, której siebie złożył w ofierze, jako Baranka niepokalanego za grzechy świata. Polecił, aby Kościół składał, ponawiał tę Ofiarę na Jego pamiątkę.

Kościół wierny poleceniu swego Zbawiciela czyni to przez wszystkie wieki i będzie czynił aż do skończenia świata. Zasadniczo liturgia zgromadzenia eucharystycznego w jej zasadniczych ramach przetrwała nienaruszona przez wieki aż do naszych czasów. Składa się ona z obrzędów wstępnych, z czytania słowa Bożego, przygotowania darów, modlitwy eucharystycznej, w czasie, której dokonuje się przemiana chleba i wina w Ciało i Krew Chrystusa, z Komunii świętej i zakończenia.

Nierzadko Eucharystia, w której uczestniczymy być może nawet regularnie, angażując przy tym całą dobrą wolę, nie ma większego wpływu na nasze życie codzienne: na sposób podejścia do siebie samych i na nasze relacje z Bogiem i z bliźnimi. Eucharystia bywa jakby czasem wyłączonym z naszej codzienności. Dostrzegamy wprawdzie ten rozdźwięk między szarą codziennością a świętem sprawowania Eucharystii, ale najczęściej jesteśmy bezradni wobec tego faktu. I choć Eucharystia bywa dla nas czasem żarliwej modlitwy, często w naszym odczuciu nie różni się jednak od każdej innej modlitwy. Tymczasem Eucharystia winna być naszą pierwszą modlitwą i jej szczytem.

W naszych rozważaniach będziemy odkrywać te miejsca naszej codzienności, w których może spełniać się żywa Eucharystia. W Eucharystię wchodzimy, bowiem z całym naszym życiem. Celem uczestnictwa w niej jest przemiana naszego życia. To właśnie Eucharystia ma sprawić, aby nasze życie było podobne do życia Jezusa Chrystusa, aby samo stało się Eucharystią.

1. MIŁOŚĆ MIERZY SIĘ DAREM

Używając analogii możemy powiedzieć, że Eucharystia jest dla nas chrześcijan słońcem. Słońce jest źródłem życiodajnej energii. Tam, gdzie nie docierają promienie słońca, nie ma życia. W ciemnościach życie nie rozwija się. Jeżeli chrześcijanin nie uczestniczy w Eucharystii, jego życie wiary stopniowo zamiera, jak zamiera roślina pozbawiona światła.

W pierwszych wiekach chrześcijaństwa, w okresie wielkich prześladowań, chrześcijanie zawsze gromadzili się na łamaniu chleba wbrew zakazom i groźbom prześladowców. Prowadzeni przed trybunały sądowe odpowiadali z odwagą, iż nie mogą nie uczestniczyć w Eucharystii, ponieważ są chrześcijanami. Wielu ponosiło śmierć męczeńską za wierność Eucharystii. Tak było również w okresie wszystkich późniejszych prześladowań. Eucharystia przez całe dwadzieścia wieków chrześcijaństwa stała zawsze w centrum liturgii Kościoła, była pierwszą modlitwą i szczytem modlitwy Kościoła.

Dlaczego?

Ponieważ Eucharystia jest rzeczywistym uobecnieniem najważniejszego momentu historii zbawienia: śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Eucharystia jest najświętszą Ofiarą Kościoła, w której Jezus Chrystus, nasz jedyny Kapłan, który raz jeden ofiarował się na krzyżu za zbawienie całego świata, ponawia i uobecnia to swoje ofiarowanie.

W Eucharystii Jezus nieustannie oddaje się w ręce Ojca dla nas i za nas. W tym akcie oddania się Syna Ojcu uczestniczy cały Kościół, uczestniczy każdy z nas.

Ciało i Krew Jezusa, uobecniane pod postaciami chleba i wina, są rzeczywistymi znakami Jezusowej śmierci na krzyżu. Śmierć Jezusa, uobecniana w Eucharystii, nieustannie objawia nam najwyższą miłość Boga do człowieka.

W Eucharystii spełniają się słowa Jezusa: Tak, bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy nie zginął, ale miał życie wieczne (J 3, 16).

Wielkość każdej miłości mierzy się wielkością daru. Miłość Boga ku nam jest nieskończona, jak nieskończony jest dar ofiarowany nam przez Ojca w Jezusie Chrystusie. Jeżeli doświadczymy, bardziej sercem niż rozumem, tej nieskończonej miłości Ojca, zrozumiemy istotne znaczenie Eucharystii. Z drugiej strony kontemplacja Eucharystii, żywe uczestnictwo w niej, może nam przybliżyć nieskończoną miłość Boga do nas.

Eucharystia nie tylko objawia nieskończoną miłość Boga do człowieka, ale napełnia chrześcijanina tą samą miłością. Dzięki Eucharystii chrześcijanin może kochać tą miłością, którą kocha go sam Bóg. Jak Ojciec mnie umiłował, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej (J 15, 9). Dzięki Eucharystii trwamy w miłości samego Boga. I choć miłość chrześcijanina nie jest miłością nieskończoną, jak miłość Boga, to jednak posiada tę samą naturę, co miłość Boga. Krucha i słaba miłość ludzka w Eucharystii zostaje przebóstwiona. Dzięki Niej Ciało i Krew Chrystusa rozchodzą się po naszych członkach. Tak stajemy się uczestnikami Boskiej Natury, Boskiej miłości (św. Cyryl Jerozolimski).

Eucharystia jest dla chrześcijanina źródłem każdej miłości: miłości Boga, ludzi, świata, siebie samego; miłości przyjacielskiej, małżeńskiej, rodzicielskiej, kapłańskiej, zakonnej; miłości realizowanej w każdym powołaniu i stanie życia. Eucharystia wzywa chrześcijan, aby kochali tak samo jak kochał Chrystus, który oddał za nas życie swoje (1 J 3, 16). Taka postawa miłości — miłości oddającej życie — jest możliwa tylko wówczas, kiedy dzięki Eucharystii chrześcijanin wejdzie w logikę miłości mierzonej darem.

Miłość mierzy się darem. Miarę miłości wyznacza miara daru. Największym zaś darem będzie zawsze dar z życia. Jezus mówi: Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich (J 15, 13). Im większą ofiarę ponosimy dla osoby kochanej, tym większą darzymy ją miłością.

Eucharystia zadaje nam nieustannie pytanie o kształt naszej miłości, o to, na czym się ona opiera. Czy na naszych ludzkich tylko potrzebach i odczuciach, czy na czymś więcej? Co w niej dominuje: szukanie jedynie uczucia, wrażeń, doznań, czy też pragnienie ofiarnego trudzenia się dla drugiego: dla Boga i człowieka? Możemy sprawdzać i mierzyć naszą miłość do Boga, do bliźnich, do świata i do siebie samych patrząc na naszą ofiarę i trud związany z nią.

Prawdziwej miłości ludzkiej nie mierzy się najpierw uczuciem. Uczucie towarzyszy miłości, jako jej ważny element, ale nie stanowi jej istoty. Samo, bowiem uczucie jest zmienne, niestałe i ślepe. Nierzadko zdarza się, że ci, którzy najpierw kochają się do szaleństwa uczuciową, zmysłową tylko miłością, po pewnym czasie również do szaleństwa nienawidzą siebie. Uczucia nienawiści i miłości leżą blisko siebie. Nienawiść bywa, bowiem zawiedzionym uczuciem miłości, sfrustrowaną potrzebą miłości. Łatwo znienawidzić człowieka, którego się kocha, jeżeli miłość ta opiera się tylko na pragnieniu zaspokajania wielorakich ludzkich potrzeb.

Miłość zawsze potrzebuje przynajmniej pewnej stałość uczuciowej. Stałość ta jest owocem uporządkowania emocjonalnego. Nie chodzi tylko o uporządkowanie uczuć związanych z miłością, ale o wszystkie ludzkie odczucia, potrzeby, pragnienia. Tylko w wolności emocjonalnej możemy być zdolni do tego, aby czuć do siebie nawzajem te same uczucia, które były w Jezusie Chrystusie (por. Rz. 15, 5). Im większa w nas wolność emocjonalna, tym bardziej w miłowaniu upodabniamy się do Jezusa.

Uczestnicząc w Eucharystii, która uobecnia najwyższą ofiarę, jaką składa Bóg, chrześcijanin winien pytać siebie: Jaka jest moja ofiara związana z moją miłością do Boga, ludzi i siebie samego? Jeżeli brakuje w miłości ofiarnego dawania siebie, jeżeli brakuje trudu zapierania się siebie, aby wyjść ku drugiemu, to wówczas zapewnienia o miłości sprowadzają się jedynie do słów bez pokrycia.

Eucharystia zadaje nam pytanie: Jaki wpływ ma Ewangelia na nasze pragnienia, decyzje, czyny? Czy kształtuje ona styl naszego życia, nasze posiadanie, naszą konsumpcję, pracę, odpoczynek, nasz stosunek do bliźnich? Eucharystia pyta nas, czy Ewangelia ma nam coś do powiedzenia w krytycznych momentach naszego życia: w konfliktach z innymi, w zagrożeniu naszych osobistych interesów, w niepowodzeniach życiowych, w smutku, w lęku o siebie i swoją przyszłość, w pokusie rozpaczy, itp. Słowem, jaki jest związek Eucharystii z naszym codziennym życiem?

Chrześcijanin jest człowiekiem, który zdobywa się na dar z siebie, na ofiarę, aby zwyciężyć siebie. Eucharystiaofiara Jezusa Chrystusauzdalnia nas do zwycięstwa nad sobą. Eucharystia jest, bowiem uobecnieniem nie tylko miłości ukrzyżowanej, ale także miłości zmartwychwstałej. Jeżeli często pokonują nas różne namiętności: miłość własna, lęk, wygodnictwo, zmysłowość, pycha, chęć odwetu, itp., to właśnie, dlatego, że uczestniczymy w Eucharystii zbyt formalnie, zbyt zewnętrznie.

Trzeba nam uczyć się takiego uczestnictwa w Eucharystii, które stawałoby się dla nas szkołą prawdziwej miłości. Eucharystia ma nas przeprowadzić od pragnienia brania miłości innych do pragnienia ofiarnego dawania się innym, od miłości potrzeby do miłości daru (C. S. Lewis).

Czy dziękujemy Bogu za dar Eucharystii, za to, że Jezus Chrystus w sposób rzeczywisty wprowadza nas w Misterium miłości Ojca do nas? Czy prosimy, abyśmy głębią naszego serca umieli odkryć, że w Eucharystii łaskawa i bezinteresowna wola Boga zbawienia wszystkich ludzi staje się w tym świecie obecna, dotykalna i widzialna (K. Rahner); czy prosimy, aby Eucharystia była dla nas centrum całego naszego życia wewnętrznego, szczytem naszej modlitwy, punktem, w którym przecinać się będą wszystkie nasze ludzkie zmagania, wysiłki i ofiary; czy modlimy się o wielką miłość do Eucharystii, która wyrazi się w nieustannym pogłębianiu tej wielkiej tajemnicy wiary?

2. MIEJSCE POJEDNANIA

W Eucharystię wchodzimy świadomi naszej wewnętrznej kruchości i grzeszności: naszego skłócenia z Bogiem, ludźmi i samymi sobą. Na początku każdej Mszy św. uświadamiamy, więc sobie potrzebę pojednania. Wspólnie wyznajemy: Spowiadam się Bogu…, że bardzo zgrzeszyłem myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem.

To wyznanie ma nam uświadomić głębię naszego zakorzenienia w złu. Grzech dosięga wszystkich sfer naszej osobowości, wszystkich przejawów życia w nas: myślenia, odczuwania, mowy i ludzkiego działania. Grzechem jest jednak nie tylko złe działanie, ale także zaniedbanie dobrego działania. Złym drzewem jest nie tylko to, które wydaje złe owoce, ale także i to, które nie wydaje żadnych owoców. Jezus każe takie drzewo wyciąć i rzucić w ogień.

Kiedy jednak z naszymi grzechami złego działania i grzechami zaniedbania otwieramy się na Boga, On jedna nas z Sobą. Nasza ludzka słabości i wypływająca z niej niewierność wobec Jego miłości nie są przeszkodą dla miłości Boga, gdyż On zawsze kocha nas takimi, jakimi jesteśmy w danym momencie. Wielką pokusą jest mniemanie, iż Bóg pokocha nas dopiero wówczas, kiedy staniemy się takimi, jakimi sami chcielibyśmy siebie widzieć według naszego idealnego (a tym samym złudnego) obrazu siebie lub też takimi, jakimi On chciałby nas widzieć w swoim Boskim zamyśle.

Bóg w swej miłości do nas jest, jeśli wolno tak powiedzieć, wielkim realistą i liczy się nie tylko z naszymi ograniczonymi możliwościami, ale także z naszym złym używaniem wolności. Ta Boska bezwarunkowa miłość do człowieka–grzesznika ciągle zaprasza do pojednania się z nią przez wyrzeczenie się grzechu.

W Eucharystii Bóg pomaga człowiekowi pojednać się z sobą przez to, iż okazuje mu swoją nieskończoną bliskość, intymność.

Eucharystia najpełniej i najgłębiej przekonuje człowieka, iż nie powinien bać się Boga pomimo swoich grzechów. Bóg–Człowiek oddaje życie za grzesznika, aby przekonać o bezsensie lęku człowieka przed Bogiem.

[ramka]Eucharystia jest jednak nie tylko miejscem pojednania z Bogiem, ale także miejscem pojednania z bliźnimi. Jezus mówi: Jeżeli przyniesiesz dar swój przed ołtarz i tam wspomnisz, że brat twój ma coś przeciw tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź i pojednaj się z bratem swoim! Potem przyjdź i dar swój ofiaruj (Mt 5, 23–24). Ofiary eucharystycznej nie może składać ktoś, kto ma coś przeciwko bratu, kto nie jest pojednany z bliźnimi. Eucharystia wzywa nas do przebaczenia i uczy nas przebaczania. Okazując nam swoje nieskończone miłosierdzie, Bóg wzywa nas poprzez Eucharystię, abyśmy tym miłosierdziem podzielili się z tymi, którzy zawinili przeciwko nam, jak my zawiniliśmy przeciwko Bogu.[/ramka]

Wzajemne przebaczanie stanowi nieodzowny warunek każdej prawdziwej ludzkiej miłości. Dlaczego? Ponieważ każdy człowiek, najbardziej nawet kochany i z najlepszą dobrą wolą, jest tylko człowiekiem, słabym i grzesznym. Jeżeli ludzie zafascynowani sobą, przyjaciele, narzeczeni, małżonkowie, rodzice i dzieci, nie widzą nawzajem swoich wad, braków i słabości, to tylko, dlatego, iż jasność widzenia przesłania im silne zaangażowanie (niekiedy wprost zaślepienie) uczuciowe. Kiedy jednak wzajemne emocjonalne zafascynowanie nieco wygasa, natychmiast dostrzegamy nasze wzajemne wady i rozpoczynamy nierzadko wzajemne oskarżanie siebie: Dawniej, na początku byłeś(aś) inny(a). Nie była to jednak inność bycia, ale jedynie inność widzenia.

Słabość i ludzka ułomność nie muszą zagrażać bynajmniej miłości i przyjaźni. Trzeba jednak być świadomym słabości, najpierw własnej a później bliźniego. Jeżeli widzi się szczerze i do końca swoje osobiste wady i ograniczenia, to wówczas nie będzie się oskarżać bliźniego o błędy i słabości, którym samemu się podlega. Eucharystia, godzina prawdy o nas samych i o Bogu, jako miłości, może nas uczyć najpierw innego spojrzenia, spojrzenia pełnego realizmu na nas samych i na naszych bliźnich. Pozwala nam wyleczyć się z ludzkiego zaślepienia w patrzeniu na siebie i innych: zaślepienia wynikłego z zachłanności emocjonalnej jak również zaślepienia wynikłego z nienawiści. Jak Bóg patrzy na nas z realizmem i kocha nas takimi, jakimi nas widzi, tak samo i nas zaprasza, abyśmy kochali siebie i bliźnich również takimi, jakimi wzajemnie siebie widzimy. Eucharystia uczy nas miłości bezwarunkowej, miłości niezależnej od określonych zachowań i postaw.

Jest rzeczą bardzo bolesną, jeżeli wskutek jakiegoś zaślepienia, osoby, które pragną się kochać, nie dostrzegają swoich osobistych ograniczeń, ale widzą dokładnie wady i słabości drugiej strony. W takim zaślepieniu z pozycji własnej sprawiedliwości wzajemnie się oskarżają i potępiają za te same błędy, które sami popełniają. Widzenie w prawdzie własnych ludzkich słabości tworzy podstawę wzajemnego przebaczania sobie.

Przebaczenie musi być trwałą postawą osób pragnących się kochać autentyczną miłością: współmałżonków, rodziców i dzieci, przyjaciół. Pragnąc się kochać winniśmy być gotowi przebaczyć sobie wzajemnie, jak mówi Pan Jezus, siedemdziesiąt siedem razy, czyli zawsze. Tu nie może istnieć żadne ograniczenie.

Brak przebaczenia i wzajemne nieprzejednanie sprawiają, iż wszystkie wielkie i małe nieporozumienia nakładają się na siebie i tworzą nieraz bardzo głęboką postawę urazowości. Rośnie wówczas pomiędzy ludźmi jakby jakiś niewidzialny i nieprzenikniony mur. Dialog sprowadza się wtedy do spraw niemal czysto formalnych.

Przypadkowe dotknięcie bolesnych a nierozwiązywanych problemów staje się powodem kłótni, po których następują nieraz długie ciche dni. Nieprzenikniony mur i wzajemne oddalanie się narastające nieraz przez wiele lat, staje się nierzadko powodem nieporozumień i rozbicia małżeństwa, rodziny, przyjaźni, wspólnoty — każdego trwałego związku międzyludzkiego.

[ramka]Przebaczenie i pojednanie bywa nieraz bardzo trudne. Zdarzają się, bowiem w naszym życiu pewne słowa, czyny, gesty, które bardzo głęboko zapadają w serce i ranią jakby na trwałe. I chociaż chciałoby się o nich zapomnieć i wyrzucić je z pamięci i serca, to jednak wydaje się to być niemożliwe. Jak wybaczyć poniżanie i upokorzenia, jak wybaczyć stały egoizm, życie w nałogach, nieodpowiedzialność współmałżonka(i), własnych rodziców, własnych dzieci, przyjaciela, któremu się zaufało, itp.? Jak wybaczyć zdradę w przyjaźni, w miłości?[/ramka]

Gdyby miłość międzyludzka opierała się na ludzkich tylko siłach, to rzeczywiście byłoby to niemożliwe.

Jeżeli jednak miłość małżeńska, przyjacielska, rodzicielska, synowska czerpie ze swego ostatecznego źródła, jakim jest miłość samego Boga — z Eucharystii, to cud przebaczenia nawet największych ran staje się możliwy. Zanurzenie się ludzkiego serca poprzez Eucharystię w nieskończonej miłości Bożej czyni możliwym wzajemne przebaczenie w każdej sytuacji. I chociaż dar przebaczenia nie przychodzi w jednym momencie, ale jest pewnym procesem, drogą, pielgrzymką, to jednak jest to dar stały i nieodwracalny.

Przebaczenie jest źródłem nieustannego odradzania się i wzrostu ludzkiej miłości i przyjaźni. Przebaczenie, bowiem daje ludziom wiarę we własne siły oraz dźwiga ich z upadku i słabości. Eucharystia uczy nas wypowiadania w konkretnych słowach i gestach wzajemnego przebaczania sobie.

Wezwanie kapłana przed Komunią św.: Przekażcie sobie znak pokoju winno być miejscem obalania wszelkich niewidzialnych murów, które powstawały w ciągu tygodnia pomiędzy narzeczonymi, małżonkami, rodzicami i dziećmi, przyjaciółmi, członkami wspólnoty. Dlatego dobrą jest rzeczą, aby małżonkowie, narzeczeni, dzieci i rodzice, osoby żyjące we wspólnocie, przyjaciele uczestniczyli, przynajmniej od czasu do czasu — o ile to możliwe — w Eucharystii wspólnie.

Każdy akt przebaczenia, który wzajemnie sobie ofiarujemy sprawia, iż miłość nasza rozkwita jakby na nowo. Przebaczenie pozwala, bowiem nieustanniepowracać do pierwszej miłości i wierności. Miłość sprawdza się w wierności, a doskonali się w przebaczeniu (P. van Breemen). Błędy i słabości, którymi ranimy się wbrew własnej dobrej woli, nie muszą degradować naszej miłości, ale mogą stać się miejscem jej doskonalenia dzięki wzajemnemu przebaczeniu.

EUCHARYSTIA, JAKO ŹRÓDŁO UPODOBNIENIA DO BOGA

Spośród wielu punktów widzenia, z których możemy mierzyć się z tajemnicą Eucharystii, proponuję duchową, niejako wewnątrz podmiotową. „Mierzyć” to słowo bardzo właściwe, gdyż szczególnie ona wprowadza w życie chrześcijanina nową miarę człowieczeństwa. Dzieje się tak, dlatego, ponieważ Eucharystia, jako tajemnica Ciała i Krwi Chrystusa odnawia w sposób najbardziej radykalny nasze ciało. W sakramentalnych sytuacjach: słowach i gestach wzrasta niesłychanie napięcie pomiędzy starą, naturalną zasadą człowieczeństwa, którą św. Paweł nazywa człowiekiem dawnym, zmysłowym a nowym stworzeniem, nowym człowiekiem.

Eucharystia odnawia i upodabnia to, co stworzonedo Boga. Kiedy mówimy podobieństwo, odnajdujemy się w tradycji sięgającej Księgi Rodzaju, gdzie padają słowa: Uczyńmy człowieka na nasz obraz i podobieństwo. Podobieństwo uczynione przez Boga, boski kształt rzeczy i spraw, zarys doskonałości, kontur tego samego pragnienia. Stawia to przed nami pytanie bardzo kształtujące naszą chrześcijańską wyobraźnię: czy żyję w przestrzeni podobieństwa czy niepodobieństwa.

Z myśli antycznej możemy wydobyć dwa określenia, które naświetlają nam kwestię: skiagraphia – malowanie cieni, oraz eikongraphia, malowanie ikoniczne, prawdziwe. Pierwsza oznacza zwodnicze podobieństwo, będące mistrzostwem pozoru, fasad, dekoratywności, słowem – charakteryzuje naśladowanie iluzji, wyrażanie czegoś, co pozbawione jest substancji. W duchowości ma to przedłużenie w realizm grzechu, świat niepodobieństwa. Innego typu naśladowaniem jest eikongraphia – pisanie ikoniczne, odbijanie, wpisywanie prawdy, tożsamość substancji.

Podobieństwo znaczy wspólnota cech, ten sam rodzaj widzenia, działania, miara odpowiedniości. To boski pierwiastek w człowieku. Człowiek jest ikoną Boga, tzn. w twarzy człowieka odbija się, objawia boska tajemnica. Bóg swą twarz, swe oblicze wyraża w zarysie człowieka.

A z drugiej strony Eucharystia to Bóg zwrócony obliczem ku człowiekowi, wypatrujący go w zagubionej i potarganej historii. Eucharystia przedziwnie otwiera nas na człowieka, jego świat, trud życia, domaga się patrzenia razem z Chrystusem w głąb historii, by odnajdywać rzeczy podobne, wspólne, gromadzące we wspólnotę. Właśnie w Eucharystii najpierw doznaje uświęcenia zdolność gromadzenia, najpierw gromadzenia siebie przy Chrystusie, skupienie, następnie – w społeczności wiernych.

CHRYSTUS – DOSKONAŁE PODOBIEŃSTWO DO OJCA

Kiedy szukamy znaczenia w tym, co podobne pojawia się Chrystus, jako absolutny pierwotny wzór. Czytamy w Piśmie: Chrystus jest doskonałym obrazem Boga niewidzialnego, Pierworodnym wobec każdego stworzenia (Kol 1,15). Ikona ukrytej boskości za postacią człowieka! W Chrystusie podobieństwo odzyskuje blask. On sam jest odbiciem chwały. I eucharystia jeszcze tę chwałę zagęszcza – zagęszcza ją liturgia, zgromadzenie Mu podobnych. Właśnie Eucharystia pozwala przebić się przez innego typu zagęszczenie – naszych naturalnych, niskich, płaskich punktów odniesień.

W Eucharystii przebijamy się do Kościoła, prawdy, że żyjemy w boskim, chrystusowym organizmie, Jego Ciele. I to nas najintensywniej formuje – w Jego Ciele i Jego Krwi zwyciężamy naszą ludzką krew i ciało i poddajemy nasze więzi boskiemu oczyszczeniu. Poddając się Eucharystii, poddajemy się boskiemu zaczynowi, który sakramentalnie, a więc skutecznie, ex opere operato działa i jest nie do powstrzymania. Dzięki temu w jakiś sposób tracimy swoje ciało i swoją krew, przemieniając się coraz bardziej. W niektórych wypadkach utrata ta jest równa z męczeństwem; są ludzie, którzy wykrwawiają się, dają krew, dają życie, a ofiarując je – zyskują boskie. Wpisują się w tajemnicę przyjścia Boga na ziemię.

WCIELENIE SŁOWA

Pierwszym etapem odkupionego człowieczeństwa było połączenie tego, co boskie i ludzkie w Chrystusie. Były to narodziny szlachetnego pierwowzoru, Boga o ludzkim obliczu. Chrystus przyszedł, jako Logos, a zatem jako gruntowny Sens wszystkiego; Logos, który daje początek, od którego wszystko się zaczyna; Logos życia. Ileż razy Bóg mówił i krzyczał w historii w rozpalonych ustach proroków; ileż razy wzywał: słuchaj Izraelu. Logos kształtuje człowieka zasłuchanego w historię, w głos Boga, skupionego na sensie, na znaczeniu. I to powraca w Eucharystii ze zdumiewającą siłą. Stół słowa upodabniającego.

Dziś niewątpliwie słowo nam się rozrosło w hiperteksty internetu, w teorie słowa cyfrowego, w całą logosferę. Właśnie w takim kontekście czas nas zmusza do mówienia o usytuowaniu słowa eucharystycznego, miejscu, gdzie rozbrzmiewają słowa święte, skuteczne, sakramentalne. One nie tylko „pracują” w człowieku, kształtują go, ale domagają się dorastanie do siebie. Niosą w sobie pytanie, na ile ja – „małe słowo” wypowiedziane przez Boga u początku istnienia przypominam struktury świętych słów, na ile noszę święty sens mojego życia. Eucharystia jest nie tylko otwieraniem Wielkiej Księgi Słowa, ale raczej domaganiem się obecności w Słowie. Na ile szukam miejsca w sobie dla niego, na ile odnajduję się w słowie. Na ile wreszcie, moje słowo przypomina, na ile jest upodobnione do jedynego Słowa. Bóg przychodzi w inteligencji słowa, słowa eucharystycznego. A jest to nie tylko otworzenie umysłu na zrozumienie, ale domaganie się uczestniczenia. Możemy przywołać słowa św. Pawła: My wszyscy odbijamy w sobie jak w zwierciadle chwałę Pańską; za sprawą Ducha Świętego, coraz bardziej jaśniejąc, upodabniamy się do Jego obrazu (2 Kor 3, 18). Odbijać, by jaśnieć chwałą, nieść piękno w historię człowieka.

Człowiek eucharystyczny tchnie tajemnicą, nie tylko tajemnicą słów, ale coraz bardziej słowem żyjącym i ożywiającym, dającym życie. [Chciałbym w osobistej refleksji przywołać z lat 70-tych, pierwsze spotkanie z bratem Rogerem w Katowicach, gdy rozkręcaliśmy wspólnoty Taeze. Spotkanie z nim niosło coś z dotyku innego świata, boskości, jego słowa nie tylko do nas docierały, ale nas znaczyły]. Było to coś na wskroś skutecznego, przenikanie tajemne i głębokie, mimo, że tak wiele nas dzieliło. Było to jakby dalsze i bliższe przygotowanie do Eucharystii. Tu wydarzała się świętość jakby w czystej formie. Mogło to wypływać jedynie z rzetelnego obcowania z Bogiem. Dopiero wtedy można zrozumieć, jakim Bóg jest artystą, jak maluje łaską na swe podobieństwo, mistyczna obecność.

Tak spotyka się i uczy się Boga. Przez znaki, gesty, symbole. A człowiek religijny żyje wśród znaków, symboli – zwiastunów Wieczystego. To wszystko, co napotyka ma go rozmodlić, odnosić do tego, co przychodzi z góry. Znaki posiadają niezwykła nośność, rozpalają religijną wyobraźnię i budzą ducha. To jak mistyczna obecność.

Potrzebujemy obecności ludzi, by uczyć się Eucharystii, potrzebujemy obecności świętych, również takich jak Teresa od Dzieciątka Jezus. Ich przybywanie do nas jeszcze bardziej zagęszcza i doskonali doświadczenie świętości.

Jakże Im bardziej ludzie kontemplują ikonę, tym bardziej upodabniają się do tego, który jest na niej przedstawiony. Wielu doświadcza skuteczności takich spotkań, szczególnie ważnych dla głębokiej przemiany osobowej.

Ikonę nazywamy czasem „oknem do nieba”, dzięki któremu to, co jest niewyobrażalne staje się bliskie i dostępne. Wzrok człowieka jest słaby, zaciemniony przez troski dnia codziennego, które utrudniają dotarcie do rzeczywistości nieba.

Ikona pomaga nam, ludziom zapatrzonym w ziemię, odsłonić tajemnice nieba. „Człowiek szuka w ikonie bezpośredniej zmysłowej bliskości” – stwierdził Sergiusz Bułhakow, a Ewgenij Trubeckoj powiedział: „W ikonach nie tylko ciało, lecz sama natura ludzka wprowadzona jest w ciszę, gdzie żyje już nie życiem własnym, lecz życiem . Oczywiście ten stan ducha wyraża nie ustanie życia, lecz jego maksymalne napięcie, intensywność”.

Ikona jest widzialnym świadectwem tak uniżenia Boga w stronę człowieka jak i wyniesienie człowieka w stronę Boga. Uświęca ona człowieka przez oglądanie (…) Ikona pomaga zrealizować w naszym życiu obraz, który został nam objawiony i przekazany przez Boga – Człowieka. Święci są nieliczni, lecz świętość jest zadaniem dla wszystkich ludzi. Ikony są dane właśnie, jako model tej świętości, jako objawienie świętości przyszłego świata” napisał Leonid Uspienskij. Przytoczę tu jeszcze znamienne słowa Pawła Evdokimowa: „Ikona nie musi być piękna, jako dzieło sztuki, lecz przede wszystkim, jako prawda. Ikona nigdy nie może być <ładna>, lecz będąc piękna, wymaga duchowej dojrzałości, by ją poznać.”

By zrozumieć, jak Eucharystia upodabnia nas do Boga, należy sobie uświadomić dobitnie, że sam Chrystus jest pełnym i wiernym obrazem Ojca. O Nim to za Listem do Hebrajczyków możemy powiedzieć: obraz Boga niewidzialnego, odbicie Jego istoty (por. Hbr 1,3). Chrystus oddziałuje na nas, formując nas samych oraz nasze rozumienie stworzenia, zwłaszcza materii.

W Eucharystii stajemy się nie tylko świadkami, ale i uczestnikami uczty, w której Żywy, sakramentalnie obecny Chrystus, przyjmowany i spożywany jest wchłaniany przez ludzkie ciało i tym samym bezpośrednio na nie wpływa. Eucharystia osiąga swe apogeum, najwyższą kwalifikację w momencie zjednoczenia tego, co Boskie i ludzkie, w tajemnicy Komunii Świętej. Tu potwierdza się skuteczność sakramentów, docierających do ludzi, i tu Ciało Chrystusa jednoczy się z poszczególnymi ciałami, efektywnie potwierdzając tajemnicę Kościoła. Wtedy Ciało Jezusa jednoczy w sobie tajemnicę Kościoła i Eucharystii, odżywając skutecznie w poszczególnych swych członkach.

ODNOWIENIE MATERII

Nowy człowiek w przedziwny sposób wyrasta z Eucharystii, a ona sama ze świętych słów konsekracji i z natury. Zrodzeni z Ojca odkrywają ożywczy stosunek do tego niezwykłego sakramentu. W odnowionych oczach pojawia się zupełnie odmienny styl czytania stworzenia. Właśnie stworzenie pomaga pogłębić dostęp do Eucharystii poprzez obecność i symbolikę chleba i wina. Bóg poprzez stworzenie pragnie przybliżać się do człowieka, poprzez to, co mu powierzył, chce objawić siebie. Staje się w nim dostępny, niejako bardziej czytelny, rozpoznawalny. Stworzenie przyjmuje rolę znaku Bożej obecności, a w znakach – sakramenty to znaki, słowa i gesty – żyje Bóg i odsłania pewność swego działania. Znak jest po to, żeby człowiek mógł jeszcze piękniej, jeszcze mądrzej żyć, wzrastać, dojrzewać. Człowiek eucharystyczny dostrzega jak ziemia w swoich owocach: chlebie i winie, zostaje konsekrowana, uświęcona. Owoce ziemi, chleb i wino, w konsekrowanych słowach doznają uświęcenia. Przy chlebie i winie rozbrzmiewa głos Kościoła. Stworzenie, doznaje konsekracji, przebóstwienia. Materia – chleb i wino – zostają przemienione sakramentalnie w Ciało i Krew Chrystusa, a zatem przebóstwione. W ten sposób zostaje uzdrowiony porządek rzeczy. Człowiek upadając w grzech pierworodny odwrócił się od Boga a zwrócił w kierunku stworzenia, szukając większej chwały. W grzechu, w tajemniczy sposób, niższa natura, niższa część stworzenia, przejęła władzę nad człowiekiem, jego królem. On zaś szukając w niej potwierdzenia dla swej wielkości, jednocześnie się jej poddaje, staje się niewolnikiem. Takie mechanizmy nosi w sobie stary człowiek. Bóg w Eucharystii materię, a zatem to, co wikła i poddaje człowieka w niewolę – przebóstwia, pozwalając jej stawać się, zamiast przestrzenią zdrady, umocnieniem dla ducha. W tym sakramencie zostaje niejako odwrócony porządek. Uświęcenie owocu ziemi zawiera w sobie przebóstwienie pracy człowieka. Dzięki temu nowy człowiek może w szczególny sposób patrzeć na swój trud: wytwarzając owoce pracy, może on dzięki Eucharystii składać je na ołtarzu, darować je Panu, poprzez pracę żyć w stanie ofiary. Owoc pracy ludzkiej zostaje przemieniony w Chrystusa, zostaje uświęcony i wyniesiony przed Ojca. W misterium Eucharystii materia doznaje odnowienia. Materia stworzenia, a zatem to, co stało się dowodem i pręgierzem ludzkiego upadku, po Chrystusie staje się źródłem nadprzyrodzonego życia. A zatem człowiek już nie doznaje zdrady od strony materii, ale sakramentalnego odnowienia. Zagubiony w materii, dzięki Eucharystii, w niej znajduje potwierdzenie dla swego pierwotnego miejsca w planie Bożym. W jego żyłach zaczyna płynąć boska Krew Chrystusa, krew nowego szlachectwa, przemieniając mentalność i życie. Synostwo jest źródłem poczucia królewskiej godności, jak to wyraża siostra Faustyna: Idę przez życie wśród tęcz i burz, ale z czołem dumnie wznie­sionym, bo jestem dzieckiem królewskim, bo czuję, że krew Jezusa krąży w żyłach moich[1]. W słabe, biologiczne ciało zostaje wszczepione promienne Ciało chwały, wiążąc i łącząc niepodzielnie z wyniesionym Ciałem Zmartwychwstałego, zasiadającego po prawicy Ojca.

O. Marian Zawada OCD

(Na podstawie publikacji ze strony: www.adonai.pl)

Kościół otrzymał Eucharystię od Chrystusa, swojego Pana, nie, jako jeden z wielu cennych darów, ale jako dar największy, ponieważ jest to dar z samego siebie, z własnej osoby w jej świętym człowieczeństwie, jak też dar Jego dzieła zbawienia…” (Jan Paweł II, Ecclesia de Eucharistia, 11).

ODKRYCIE GIBSONA

Słynny amerykański aktor i reżyser Mel Gibson w wieku 35 lat osiągnął szczyty swojej aktorskiej kariery. Zdobył Oscara, wielką sławę i był jednym z najlepiej zarabiających aktorów w Hollywood. Osiągnął tak wiele, ale utracił największy skarb – wiarę w Jezusa Chrystusa. Znalazł się wtedy – jak sam stwierdził – w koszmarnym stanie. Tak koszmarnym, że wydawało mu się, iż jedynym rozwiązaniem jest wyskoczyć przez okno i odebrać sobie życie.

Przeżywając głęboką duchową udrękę, w której człowiekowi nie chce się już żyć, sięgnął po Ewangelię. Zaczął ją czytać i rozważać tajemnicę męki i śmierci Chrystusa. Dokonał wtedy szokującego dla siebie odkrycia: Jezus jest żywą osobą i przez swoje święte rany, mękę, śmierć oraz zmartwychwstanie leczy wszystkie ludzkie zranienia, wyzwala z największych zniewoleń i grzechów.

Po tym odkryciu Gibson z zapałem neofity zaczął żyć według zasad katolickiej wiary. Narzucił sobie dyscyplinę codziennej modlitwy, regularnej spowiedzi i uczestniczenia we Mszy św. każdego dnia. Przez film Pasja pragnął wstrząsnąć sumieniami chrześcijan, aby uświadomili oni sobie na nowo, jaka rzeczywistość uobecnia się podczas każdej Mszy św. – że właśnie wtedy uczestniczymy w najbardziej dramatycznych wydarzeniach naszego zbawienia: w męce, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa.

DRAMTYCZNA BATALIA Z SIŁAMI ZŁA

W czasie ziemskiego życia jesteśmy skazani na nieustanną walkę z mocami zła. To pełne napięcia zmaganie się dobra ze złem, wiary z niewiarą rozgrywa się w sercu każdego człowieka. Nie odniesiemy zwycięstwa, nie zdobędziemy nieba, jeżeli ulegniemy zniechęceniu i się poddamy. Czasami można mieć wrażenie, że siły zła dominują w otaczającym nas świecie, jednak św. Jan w Apokalipsie przekazuje nam bardzo pocieszającą wiadomość: dzięki zjednoczeniu z Chrystusem na pewno odniesiemy zwycięstwo. W ostatniej księdze Pisma św. apostoł opisuje dramatyczną batalię dobra ze złem z perspektywy wieczności i dlatego przedstawia cały jej przebieg, z ofiarami i ostatecznym zwycięstwem. Jeżeli zaciekłość i siły nieprzyjaciela mogą przerażać swoim ogromem, to jednak aniołowie, którzy nas strzegą, i święci, którzy się za nami wstawiają, są liczniejsi, a wszechmocna miłość Boga zwycięża ostatecznie wszelkie zło. Cała księga Apokalipsy przedstawia zacięte, ale zwycięskie zmagania z szatanem, grzechem i śmiercią. Walkę ta rozegrała się w męce, śmierci oraz zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa i jest nieustannie obecna w tajemnicy Eucharystii, aby ludzie wszystkich pokoleń mogli w niej uczestniczyć i odnosić zwycięstwo w swoim życiu.

ROZSĄDNY ŻOŁNIERZ

Rozsądny żołnierz nie pójdzie do bitwy bez przygotowania. Tak samo nie pokonamy demonów, jeśli nie będziemy przygotowani, jeżeli nasza wiara będzie słaba i nieugruntowana. Musimy poddać się rygorowi samodyscypliny i treningu, takiego rozplanowania codziennych zajęć, aby był czas na uczciwą pracę, odpoczynek i modlitwę, na czytanie Pisma św., katolickiej prasy, dobrych, religijnych książek, a szczególnie Katechizmu Kościoła Katolickiego. Samodyscyplina w realizowaniu planu zajęć każdego dnia to obowiązek i zadanie na całe życie.

Duchowa walka trwa, a Jezus wzywa nas do zdecydowanego działania, do uporządkowania domu naszego serca, gdyż największych nieprzyjaciół znajdujemy we własnej duszy, a są nimi: egoizm, lenistwo, pycha, zazdrość, nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, chciwość, złość, pożądliwość, brak przebaczenia itd.

Trzeba najpierw zidentyfikować swoje własne grzechy, złe pragnienia, nałogi i zacząć je wykorzeniać mocą Jezusa Chrystusa:

  • Konieczne jest postanowienie, że po grzechu ciężkim będzie natychmiastowa spowiedź, bez odkładania jej na później.

  • Sprawą pierwszorzędnej wagi jest troska o to, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej, z serca przebaczać wszystko wszystkim i nie pielęgnować w sobie do nikogo uraz i pretensji.

  • Regularna spowiedź, ze szczerze przeprowadzanym rachunkiem sumienia, stała formacja duchowa, dojrzewanie w wierze, pogłębianie życia modlitwy, praktykowanie elementarnych zasad pracy nad sobą oraz zdobywanie wiedzy religijnej – są niezwykle istotnym przygotowaniem do owocnego uczestniczenia we Mszy św.

BEZPOŚREDNIE PRZYGOTOWANIE

Na Mszę św. trzeba przychodzić odpowiednio wcześniej, aby można było się do niej przygotować przez modlitwę w skupieniu i ciszy.

Matka Boża, poprzez mistyczkę Catalinę Rivas, apeluje do nas:

Dlaczego przychodzicie na ostatnią chwilę? Powinniście przychodzić wcześniej, ażeby się pomodlić i poprosić Pana o zesłanie Ducha Świętego, by Ten mógł obdarzyć was pokojem i oczyścić od ducha tego świata, od waszych niepokojów, problemów i rozproszenia. On uczyni was zdolnymi przeżyć ten tak święty moment. Przecież to jest największy z cudów. Przyszliście przeżywać moment, kiedy Najwyższy Bóg daje swój największy dar, a nie umiecie tego docenić.

Im lepiej jesteśmy do Mszy św. przygotowani, tym więcej łask przyjmiemy, kiedy będziemy w niej uczestniczyć. Łaski, które możemy otrzymać w czasie Mszy Świętej, mają nieskończoną Boską moc. Jedynym ograniczeniem jest nasza zdolność do ich przyjęcia.

Łaska to czysta Boska moc, która uzupełnia wszelkie braki i słabości naszej ludzkiej natury. Dzięki łasce Bożej jesteśmy w stanie czynić to, czego nigdy nie moglibyśmy uczynić własnymi siłami: kochać czystym sercem, przebaczać wszystko wszystkim, całkowicie oddawać swoje życie w służbie innym, nie przywiązywać się do niczego na ziemi, lecz ze wszystkich sił dążyć do nieba.

ZNAK KRZYŻA

Od momentu przyjęcia chrztu św. nosimy w swoich sercach znak przynależności do nadprzyrodzonej rodziny. Tylko Pan Bóg ma w doskonałym stopniu wszystkie atrybuty rodziny: ojcostwo, synostwo i miłość. Bóg jest rodziną, a my do Niego należymy. Pierwsi chrześcijanie przypominali sobie o tej radosnej prawdzie przez znak krzyża św., który kreślili sobie na czole.

My dzisiaj również, kreśląc znak krzyża świętego, znaczymy nasze ciało imieniem naszej Boskiej Rodziny: Ojca, Syna i Ducha Świętego. Naszą rodziną jest Bóg. Jego właściwym imieniem jest: Ojciec, Syn i Duch Święty.

Jan Paweł II stwierdził, że Bóg w swojej najgłębszej tajemnicy nie jest samotnością, lecz rodziną gdyż jest On w sobie samym ojcostwem, synostwem i miłością, która jest istotą rodziny.

Każde przeżegnanie się – a szczególnie to na początku Mszy św. – jest znakiem, przez który świadomie odnawiamy swoje przymierze z Bogiem zawarte na chrzcie św., wyrażamy swoją przynależność do Boskiej rodziny, wiarę w Trójcę Świętą oraz w zbawienie dokonane na krzyżu. Znak krzyża świętego wyraża również przyjęcie wszystkich prawd wiary wyznawanych w Credo, które w naszym imieniu wypowiedzieli rodzice na chrzcie św. W ten sposób na nowo potwierdzamy naszą decyzję wyrzeczenia się szatana, jego pychy oraz wszystkich grzechów. Czyniąc znak krzyża św., ponownie zobowiązujemy się do życia zgodnego z zasadami wiary chrześcijańskiej oraz przyrzekamy, że podczas Mszy św. zjednoczymy się z Chrystusem w Jego całkowitym oddaniu się Ojcu w męce i śmierci krzyżowej.

Kreśląc znak krzyża św., należy także pamiętać o tym, co pisze św. Atanazy: że przez znak krzyża cała magia jest zastopowana, wszystkie czary unieszkodliwione, a siły zła drżą ze strachu.

AKT POKUTY i „CHWAŁA NA WYSOKOŚCI BOGU”

Zanim rozpocznie się celebracja Eucharystii, trzeba wzbudzić w sobie żal za popełnione grzechy. Jeśli mówimy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Jeżeli wyznajemy nasze grzechy, [Bóg] jako wierny i sprawiedliwy odpuści je nam i oczyści nas z wszelkiej nieprawości (J 1, 8-9).

Matka Boża kieruje do nas przez Catalinę Rivas następującą zachętę:

Z głębi serca proś Pana, aby przebaczył ci grzechy, którymi Go obraziłeś (łaś). W ten sposób będziesz mógł (mogła) godnie uczestniczyć w tym przywileju, jakim jest Msza Święta. W niedzielę i uroczystości po akcie pokuty odmawiamy hymn Chwała na wysokości Bogu. Jest to modlitwa radości i uwielbienia za ogromne zatroskanie Boga o każdego z nas. Oddajmy chwałę Bogu z taką radością, z jaką czynią to aniołowie w niebie (por. Ap 15,3-4) i przy narodzeniu Jezusa (por. Łk 2, 14).

LITURGIA SŁOWA

Przeto wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (Rz. 10, 17). Słowo Boże jest przygotowaniem do przyjęcia Jezusa w Komunii Świętej. Orygenes i inni ojcowie Kościoła wzywali, by czcić Jezusa obecnego w słowie Bożym tak samo jak Jego obecność w Eucharystii (por. Dei verbum, 21).

Abyśmy mogli owocnie uczestniczyć w liturgii słowa, Matka Boża proponuje nam odmówienie następującej modlitwy:

Panie, dzisiaj chcę słuchać Twojego Słowa i przynieść obfity owoc. Proszę, aby Twój Duch Święty oczyścił wnętrze mojego serca, aby Twoje Słowo wzrastało i rozwijało się w nim.

Za pośrednictwem mistyczki Cataliny Rivas Najświętsza Panna zachęca nas do uważnego wsłuchiwania się w słowo Boże:

Chcę, abyś uważał(a) na czytaniach i na całej homilii. Pamiętaj o tym, co mówi Biblia – że słowo Boże nie wraca, dopóki nie wyda plonu. Jeśli będziesz pilnie słuchać, część z tego, co usłyszysz, pozostanie w tobie. Powinieneś (powinnaś) spróbować przywoływać przez cały dzień te słowa, które zrobiły na tobie wrażenie. Czasem mogą to być dwa wersy, czasem tylko jedno słowo, a innym razem lektura całej Ewangelii. Smakuj je przez resztę dnia, a staną się one częścią ciebie. Życie zmienia się, jeśli się pozwoli, aby słowo Boże przemieniało osobę.

OFIAROWANIE DARÓW

Składając dary ofiarne, ofiarujemy siebie oraz wszystko, czym jesteśmy i co posiadamy. Wierzymy, że Bóg zabiera to, co jest czasowe, i przemienia w wieczne (por. Lumen gentium, 34).

Matka Boża zachęca:

Ofiaruj siebie w tym momenciepodaruj swoje żale, bóle, nadzieje, smutki, radości, prośby. Pamiętaj, że Msza Święta ma nieskończoną wartość. Z tego względu bądź hojny(a) w ofiarowywaniu i w prośbach.

Równocześnie Maryja tłumaczy, że jeżeli z pełnym zaangażowaniem będziemy uczestniczyć we Mszy św., to wtedy nasz Anioł Stróż zaniesie nasze dary i prośby przed ołtarz Pana.

Aby pobudzić nas do aktywnego uczestniczenia w Eucharystii, Matka Boża prosi o odmówienie następującej modlitwy podczas składania darów ofiarnych:

Panie, ofiarowuję Ci się cały(a), taki(a), jaki(a) jestem, wszystko, czym jestem i co posiadam. Wszystko składam w Twoje ręce. Boże Wszechmogący, przez wzgląd na zasługi Twojego Syna, proszę, przemień mnie. Proszę Cię za moją rodzinę, dobrodziejów, za wszystkich ludzi, którzy walczą przeciw nam, za tych, którzy polecali się moim modlitwom.

MODLITWA EUCHARYSTYCZNA

Podczas modlitwy eucharystycznej, kiedy celebrans wypowiada słowa Konsekracji, stajemy się uczestnikami najważniejszych wydarzeń w historii ludzkości: męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa. Jesteśmy na Kalwarii u stóp ukrzyżowanego Jezusa.

To jest cud nad cudami – wyjaśnia Matka Boża mistyczce Catalinie – Pan nie jest skrępowany ani czasem, ani miejscem. W momencie Konsekracji całe zgromadzenie jest zabierane do stóp Kalwarii w chwili ukrzyżowania Jezusa.

(…) Podnieś swój wzrok i kontempluj Go. Wpatruj się w Niego i powtarzaj modlitwę z Fatimy: „Panie, wierzę, adoruję, ufam i kocham Ciebie. Proszę o przebaczenie dla tych, którzy nie wierzą, nie adorują, nie ufają i nie kochają Ciebie„.

(…) Teraz powiedz Mu, jak bardzo Go kochasz, i składaj hołd Królowi królów. Powinniśmy w duchu wpatrywać się w Jezusa konającego na krzyżu, który został przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy (Iz 53, 5). Umierając na krzyżu, Jezus składa doskonałą ofiarę, która gładzi grzechy wszystkich ludzi.

Jak Jezus Chrystus może składać ofiarę – przecież jest prawdziwym Bogiem, Drugą Osobą Trójcy Świętej? Komu Bóg może złożyć ofiarę? W Bogu, w niebie miłość dająca życie trwa wiecznie. Bóg Ojciec ofiarowuje całego siebie: odwiecznie rodząc Syna, przekazuje Mu całą swoją Boskość. Ojciec jest miłującym, który daje życie, a Syn jest Jego doskonałym odbiciem. A więc również Syn jest miłującym, który daje życie. Jest dawcą życia, które otrzymał od Ojca.

Oddaje to życie Ojcu, jako doskonały, wyraz dziękczynienia i modlitwy. Życie i miłość, które Syn otrzymuje od Ojca i Ojcu oddaje, jest Duchem Świętym. To właśnie dokonuje się podczas Mszy Świętej, w której uobecnia się w czasie to, co Syn Boży czyni od wieczności: kocha Ojca tak, jak Ojciec kocha Syna, oddając Ojcu Dar Miłości (Ducha Świętego), który od Niego otrzymuje.

  • To, co Syn Boży czyni od wieczności, czyni to teraz w swoim • człowieczeństwie. On wcale się nie zmienił, stając się prawdziwym człowiekiem, gdyż Bóg jest niezmienny, wieczny, bez początku i końca.

  • To, co ulega zmianie, to nie Bóg, lecz człowieczeństwo. Bóg przyjął nasze człowieczeństwo i dlatego każdy gest Jezusa, każda Jego myśl – od momentu Wcielenia aż do śmierci krzyżowej – są wyrazem miłości Syna do Ojca.

  • To, kim jest w wieczności, Jezus wyraził w swoim człowieczeństwie, w którym skupił grzechy wszystkich ludzi i ofiarował je Ojcu w śmierci krzyżowej.

  • Cierpienia Chrystusa są cierpieniami Boskiej Osoby Słowa i dlatego docierają wszędzie tam, gdzie dotarła niszcząca moc zła.

  • On, bezwzględnie niewinny i święty, cierpi i umiera za każdego człowieka, w pełnej solidarności z grzesznymi ludźmi.

  • W tym doświadczeniu niewyobrażalnego cierpienia Jezus stał się posłuszny miłości Ojca aż do śmierci (por. Flp 2, 8) i ofiarował się Ojcu w imieniu wszystkich grzeszników: Ojcze, w Twoje race powierzam ducha mojego (Łk 23, 46).

  • Cierpienie i śmierć są ostatecznym wyrazem całkowitego posłuszeństwa Syna wobec Ojca. To bezgraniczne posłuszeństwo i oddanie Syna Ojciec odwzajemnił swoim Ojcowskim oddaniem a był to dar nowego Życia nieśmiertelnego w zmartwychwstaniu (Jan Paweł II: Redemptor hominis, 20).

  • Umierając, Jezus otrzymuje od Ojca dar zmartwychwstałego Życia. Doskonała miłość i posłuszeństwo Jezusa w chwili śmierci, w największym cierpieniu, w doświadczeniu największego grzechu, oraz odpowiedź Boga Ojca w darze zmartwychwstania są szczytowym aktem zbawienia, ostatecznego zwycięstwa nad szatanem, grzechem i śmiercią.

  • Całkowicie niewinny i bezgrzeszny przyjął z dziejów każdego człowieka grzech i śmierć, aby w zmartwychwstaniu otrzymać dla wszystkich ludzi dar niezniszczalnego życia i przebaczenie wszystkich grzechów.

  • W śmierci i zmartwychwstaniu mocą Miłości Ojca i Syna człowieczeństwo Jezusa zostało przebóstwione, zjednoczone z Bóstwem.

Jest to dla nas, uczestniczących we Mszy Świętej, niepowtarzalna szansa, aby w momencie Konsekracji, klęcząc w pokorze, jednoczyć się z ofiarą Jezusa – bo tylko wtedy nasza ofiara stanie się doskonała, a zarazem będziemy mogli otrzymać przebóstwiający nas dar Ducha Świętego i mieć udział w ostatecznym zwycięstwie Chrystusa nad szatanem, grzechem i śmiercią.

KOMUNIA ŚWIĘTA

Eucharystia przyjęta z czystym sercem przemienia nas i wprowadza w rzeczywistość nieba, gdyż dostępujemy udziału w życiu Trójcy Świętej i stajemy się członkami Bożej Rodziny. Pójście na Mszę św. jest wejściem do nieba, gdzie sam Bóg (…) ociera wszelką łzą (Ap 21, 3-4).

Nic na niebie ani na ziemi nie może nam dać więcej od tego, co otrzymujemy we Mszy Świętej, gdyż przyjmujemy życie i miłość samego Boga. To nie jest metafora, przedsmak czy symbol, lecz prawdziwa rzeczywistość.

Powinniśmy, więc uczestniczyć we Mszy Świętej z otwartymi oczami, uszami, umysłem oraz sercem i z wielką wdzięcznością przyjmować dar Komunii Świętej – zmartwychwstałego Jezusa – w Jego uwielbionym, przebóstwionym człowieczeństwie.

Pisze mistyczka Catalina Rivas:

Ludzie zaczęli opuszczać ławki, aby przystąpić do Komunii Świętej. Nastąpił wielki moment spotkania.

Pan powiedział do mnie: „Poczekaj chwilę, chcę, abyś coś zobaczyła”. Wewnętrzny impuls kazał mi skierować wzrok na pewną osobę, która wyspowiadała się przed Mszą Świętą. Kiedy ksiądz umieścił Świętą Hostię na jej języku, blask światła, podobnego do czystego złota, ogarnął tę osobę…

Pan powiedział: „Oto jak raduję się, obejmując duszę, która przychodzi z czystym sercem, aby Mnie przyjąć… ”

Inna rzecz, o której Pan mi powiedział z bólem, dotyczyła ludzi, którzy spotykają się z Nim z przyzwyczajenia. Ta rutyna sprawia, że niektórzy ludzie są tak obojętni, iż nie mają nic do powiedzenia Jezusowi, kiedy przyjmują Go w Komunii Świętej. „Ach, jak mnie boli, że dusze tak mało się łączą ze mną w Komunii Świętej, skarżył się Jezus św. Faustynie. – Czekam na dusze, a one są obojętne. Kocham je tak czule i szczerze, a one mi nie dowierzają. Chcę je obsypaćłaskami — one przyjąć ich nie chcą. Obchodzą się ze mną jak z czymś martwym… na wszystko mają czas, tytko nie mają czasu na to, aby przyjść do mnie po łaski… Tyle zastrzeżeń, tyle niedowierzań, tyle ostrożności” (Dz. 1447).

Bóg daje nam w Komunii Świętej samego siebie, ale niegodne przyjęcie Eucharystiiw stanie grzechu ciężkiegoprowadzi do tragicznych konsekwencji. Kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie, winny będzie Ciała i Krwi Pańskiej. (…) Kto bowiem spożywa i pije, nie zważając na Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije (1 Kor 11, 27.29).

  • Człowiek niegodnie przyjmujący Komunię Świętą. staje się winny bluźnierstwa! Dlatego to właśnie wielu wśród was słabych i chorych i wielu też umarło (1 Kor 11, 30). To ostrzeżenie trzeba potraktować bardzo poważnie – jako wskazanie na fakt, że Hostia przyjęta w grzechu ciężkim jest wydaniem wyroku na siebie.

  • Każdy, kto ma świadomość grzechu ciężkiego, przed przyjęciem Komunii Świętej. powinien przystąpić do sakramentu pojednania. Jeżeli zaś jest się obciążonym tylko grzechami powszednimi, wystarczy żal wyrażony na początku Mszy Świętej.

  • Przyjęcie Komunii św. z czystym sercem oznacza, bowiem przyjęcie nieba, natomiast uczynienie tego w grzechu ciężkim – poddanie się bardzo surowej karze.

  • Komunia Święta, to najważniejsze spotkanie z Jezusem, wyjątkowy moment, w którym powinniśmy powierzyć Panu swoje problemy, podziękować Mu za wszystko i poprosić Go o duchowe uzdrowienie.

Po przyjęciu Komunii św. potrzebne jest przynajmniej 5 minut bycia sam na sam z Jezusem, w ciszy własnego serca. W tej najintymniejszej jedności z Bogiem oddajmy Mu siebie na Jego wyłączną własność słowami modlitwy: Przyjmij, Panie, całą moją wolność; przyjmij pamięć, rozum i całą wolę. Cokolwiek mam, Tyś mi to dal. Wszystko to zwracam Tobie i całkowicie poddaję panowaniu Twojej woli. Daj mi tylko miłość ku Tobie i Twoją łaskę, a będę dość bogaty; niczego więcej nie pragnę.

Z jaką wiarą przyjmujemy Chrystusa w Komunii Świętej, dar Bożego życia, Jego wszechmoc, która jest potężniejsza od największych światowych sił? Ogień może ogrzać lub spalić. To jest tylko bardzo daleki przykład na to, czym jest nadprzyrodzona moc Boga, który stworzył z niczego cały wszechświat. Z jak wielką odpowiedzialnością powinniśmy traktować ten dar z nieba, który otrzymujemy w każdej Komunii Świętej.

Jezus poprosił mnie, abym została z nim kilka minut po zakończeniu Mszy św. – pisze Catalina Rivas.

  • Powiedział: „Nie wychodź w pośpiechu, kiedy Msza jest skończona. Zostań na moment w Moim towarzystwie, ciesz się Nim i pozwól Mi cieszyć się twoim”.

  • Zapytałam Go: „Panie, jak długo zostajesz z nami po Komunii?”

  • Odpowiedział: „Przez cały czas, póki ty chcesz zostać ze Mną. Jeśli będziesz mówić do Mnie przez cały dzień, zwracając się do Mnie w czasie wypełniania swoich obowiązków, będę cię słuchał. Jestem zawsze z tobą. To ty Mnie opuszczasz. Wychodzisz po Mszy św. i uważasz, że obowiązek się skończył. Nie pomyślisz, że chciałbym dzielić twoje życie rodzinne z tobą, przynajmniej w Dniu Pańskim (…). Czytam nawet największe sekrety ludzkich serc i umysłów. Ale cieszę się, gdy Mi mówisz o swoim życiu, gdy pozwalasz Mi uczestniczyć w nim, jako członkowi rodziny czy najbliższemu przyjacielowi. O, jak wiele łask człowiek traci, nie zostawiając Mi miejsca w swoim życiu!”

Po skończonej Mszy św. powinniśmy żyć, pracować i odpoczywać w jedności z Jezusem, tak jak to czyniła św. Faustyna: Jezu, który przychodzisz do mnie w Komunii św. – Ty, który raczyłeś zamieszkać z Ojcem i Duchem Świętym w małym niebie serca mojego. Staram się przez dzień cały Ci towarzyszyć, nie pozostawiam Cię samego ani na chwilę; chociaż jestem w towarzystwie ludzi czy razem z wychowankami, serce moje jest zawsze złączone z Nim. Kiedy zasypiam, ofiaruję Mu każde uderzenie serca swego: kiedy się przebudzę – pogrążam się w Nim bez słowa mówienia. Kiedy się przebudzę, chwilę wielbię Trójcę Świętą i dziękuję, że raczyła mi darować jeszcze jeden dzień, że jeszcze raz się powtórzy we mnie tajemnica wcielenia Syna Bożego, że jeszcze raz na oczach moich powtórzy się bolesna męka Jego – wtenczas staram się ułatwić Jezusowi, aby przeszedł przeze mnie do dusz innych. Z Jezusem idę wszędzie, obecność Jego towarzyszy mi wszędzie (Dz. 486).

ks. Mieczysław Piotrowski

(Na podstawie publikacji ze strony: www.adonai.pl)

Podczas każdej Mszy Świętej uobecnia się najważniejsze wydarzenie w dziejach wszechświata, a jest nim męka, śmierć i zmartwychwstanie Chrystusa. Zmartwychwstały Pan zaprasza wszystkich do pełnego udziału w Jego zwycięstwie nad szatanem, grzechem i śmiercią. Pragnie uzdrawiać nas swoją miłością, obdarowywać radością, pokojem i wszelkimi łaskami, które są nam potrzebne w drodze do nieba.

Jeżeli nie nawiążemy z Jezusem osobistego kontaktu, będziemy zamknięci na przyjęcie Jego uzdrawiającej miłości, a nasz udział w Eucharystii stanie się niepełny.

  1. Koniecznym warunkiem owocnego uczestniczenia we Mszy Świętej jest żywa wiara w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii. Jeżeli znaków i cudów nie zobaczycie, nie uwierzycie (J 4, 48) – mówi Pan Jezus.

Dlatego daje nam cudowne znaki, abyśmy z całą mocą uwierzyli, że Eucharystia to jest On sam, w swoim zmartwychwstałym i uwielbionym ciele. Jednym z najbardziej spektakularnych cudów, który szokuje świat nauki, jest uzdrowienie niewidomej Gemmy di Gorgi. Gemma przyszła na świat w 1939 r. we włoskiej miejscowości Ribera. Ponieważ urodziła się bez źrenic, nie było cienia szansy, by kiedykolwiek mogła widzieć. Babcia dziewczynki nie traciła jednak nadziei i gorliwie modliła się o uzdrowienie wnuczki. W końcu zdecydowała się pojechać z nią do San Giovanni Rotondo, aby Gemma przyjęła tam swoją pierwszą Komunię św. z rąk ojca Pio. Po przybyciu na miejsce 18 czerwca 1947 r. udały się najpierw do spowiedzi. Później uczestniczyły we Mszy św. odprawianej przez ojca Pio, podczas której Gemma przyjęła po raz pierwszy Chrystusa do swojego serca. Właśnie wtedy Jezus dokonał cudu uzdrowienia. Możemy sobie wyobrazić radość małej Gemmy, kiedy po raz pierwszy wżyciu mogła zobaczyć otaczający ją świat. Wołała z radością: Babciu, ja widzę cały świat! Badania u najlepszych specjalistów stwierdziły fakt, że Gemma nie ma źrenic, a jednocześnie doskonale widzi. Jest to dla mnie rzecz niewytłumaczalna – stwierdził jeden z naukowców – brak źrenic jest równoznaczny ze1 ślepotą, dlatego nie można zrozumieć, w jaki sposób to dziecko jest w stanie cokolwiek widzieć. Prof. Caramazza z Perugii po szczegółowych badaniach napisał w raporcie medycznym, że wbrew wszelkim prawom fizyki i biologii dziewczynka bez źrenic (a więc absolutnie niezdolna do tego, by cokolwiek postrzegać wzrokiem) doskonale widzi.

Oczy bez źrenic, które widzą to nieustannie trwający cud, poprzez który Jezus pragnie uświadomić nam, że gdy uwierzymy w Jego rzeczywistą obecność w Eucharystii i otworzymy przed Nim nasze wnętrze, to wtedy będzie mógł przemieniać nasze serca i uzdrawiać z największych chorób duchowych i fizycznych. Do dnia dzisiejszego Gemma di Giorgi jest tego żyjącym świadkiem.

  1. Nie można owocnie uczestniczyć we Mszy Świętej, jeśli się jest w stanie grzechu ciężkiego. Trzeba koniecznie pójść wcześniej do spowiedzi, aby Jezus zgładził grzechy i przywrócił stan łaski uświęcającej.

Gdyby ktoś odważył się przyjąć Komunię św. w grzechu ciężkim, to zaciąga wielką winę i bardzo pogarsza swoją duchową sytuację. Św. Paweł ostrzega: Kto spożywa chleb lub pije kielich Pański niegodnie (…) wyrok sobie spożywa i pije. Dlatego to właśnie wielu wśród was jest słabych i chorych i wielu też umarło (1 Kor 11, 27-30).

  1. Wielu nie zdaje sobie sprawy z tego, że brak przebaczenia, urazy, antypatie i gniew zamykają drzwi naszego serca przed Zbawicielem.

Bardzo wiele chorób ma swoje źródło w braku przebaczenia, a także w dobrowolnym otwieraniu się na działanie złych mocy, przez życie w stanie grzechu, uleganie różnego rodzaju nałogom, (…), praktykowanie okultyzmu, korzystanie z usług wróżek, magów, uzdrowicieli, a także przez noszenie różnego rodzaju amuletów i innych przedmiotów związanych z okultyzmem. Jeżeli człowiek zerwie radykalnie swój związek z mocami zła i zawierzy całe swoje życie Chrystusowi w sakramentach pokuty i Eucharystii, wtedy zostają zlikwidowane główne źródła choroby i następują uzdrowienia ze stanów zdawałoby się nieuleczalnych. Jeżeli z czystym sercem, całkowicie i bezwarunkowo zawierzymy Jezusowi siebie i całe swoje życie, przyjmując Go w Komunii św., to On z całą pewnością, każdego z nas będzie duchowo uzdrawiał (natomiast fizycznie tylko wtedy, jeżeli będzie to korzystne dla naszego życia wiary i zjednoczenia w miłości z Nim).

Pewna Polka, po kilku miesiącach pracy we Włoszech, źle się poczuła. Poszła do lekarza, który zdiagnozował u niej dwa guzy nowotworowe wielkości pomarańczy. Kilka dni przed operacją modliła się przyciskając do swego serca obraz Bożego Miłosierdzia wydrukowany w Miłujcie się! Wyrzekła się wszelkiego grzechu i prosiła Jezusa, aby mogła z serca przebaczyć wszystko wszystkim, żeby do nikogo nie chowała urazy. Usłuchała również rady koleżanki i wyrzuciła wahadełko, którym się posługiwała, zrywając wszelkie związki z tego typu praktykami. Później poszła do spowiedzi, uczestniczyła we Mszy Świętej. Po przyjęciu Komunii Świętej oddała Jezusowi całą siebie na Jego wyłączną własność. Nie modliła się o uzdrowienie, tylko o to, aby wola Boża wypełniła się w jej życiu.

Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, że w ten sposób usunęła wszystkie przeszkody, które broniły Chrystusowi dostępu do jej serca. Kiedy tuż przed operacją, jeszcze raz została zbadana, ku wielkiemu zaskoczeniu lekarzy, nie znaleziono najmniejszego śladu guzów. Była całkowicie zdrowa. Spełniła konieczne warunki do tego, aby Jezus w Eucharystii mógł ją całkowicie uzdrowić nie tylko duchowo, ale i fizycznie.

  1. Bardzo ważne jest, abyśmy uczestnicząc we Mszy Świętej całym sercem wierzyli, że dla Jezusa nie ma rzeczy niemożliwych, że On może wyzwolić z największych nałogów, uzdrowić ze wszelkich chorób duchowych, psychicznych i fizycznych.

Ojciec Emilien Tardif w swojej misji ewangelizacyjnej budził w ludziach wiarę w rzeczywista obecność Jezusa w Eucharystii. Na Msze Święte, które odprawiał przychodziły dziesiątki tysięcy ludzi, którzy z głęboką wiarą otwierali swoje serca na Chrystusa obecnego w Eucharystii. Pan Jezus mógł wtedy dokonywać zadziwiających uzdrowień duchowych i fizycznych. Jednym z nich jest uzdrowienie meksykanki Celii Covarrubias. Gdy miała 30 lat zachorowała na cholesteatomię lewego ucha. Podczas operacji zrobiono jej trepanację, wycinając ucho środkowe. Ponieważ postępowała infekcja, wykonano następną trepanację i dodatkowo usunięto kości ucha wewnętrznego. Celia nic nie słyszała na lewe ucho, ponieważ nie posiadała organów słuchowych.

Uczestnicząc we Mszy Świętej, którą celebrował ojciec Tardiff, na serio potraktowała wezwanie kaznodziei, aby uwierzyć w rzeczywistą obecność Jezusa w Eucharystii.

Po przyjęciu Komunii Świętej oddała się całkowicie Jezusowi, aby był jej jedynym Panem i Zbawicielem. Ku jej wielkiemu zdumieniu nagle zaczęła słyszeć lewym uchem lepiej aniżeli tym, które było zdrowe.

W swoim świadectwie Celia mówiła, że jeżeli człowiek nie ma żadnego organu słuchowego i nagle zaczyna słyszeć to jest to szczególny znak, przez który Jezus pragnie zaapelować do naszych serc, abyśmy odrzucili wszelkie wątpliwości i wszelkie przeszkody, które blokują działanie tego jedynego Pokarmu, który daje życie wieczne, a jest nim uwielbione Ciało i Krew Chrystusa w Komunii św.

Najważniejszą misją Jezusa, który pozostał z nami przez wszystkie dni aż do skończenia świata w tajemnicy Eucharystii, jest uwalnianie z wszelkich więzów, które czynią nas niewolnikami. Chodzi tu przede wszystkim o uwalnianie z więzów grzechu (por. Mt 4,23-29).

W każdej Mszy św. Jezus przynosi nam pełne zbawienie, dając nam w darze swoje zmartwychwstałe życie i miłość. Zostajemy włączeni w życie Trójcy Świętej, abyśmy mogli już teraz na ziemi doświadczać rzeczywistości nieba. Tylko od naszej wiary i właściwego przygotowania zależy, czy uczestniczenie we Mszy Świętej stanie się dla nas najważniejszym wydarzeniem życia. Pamiętajmy o słowach, które Pan Jezus wypowiedział do św. Faustyny: Wiedz o tym, córko moja, kiedy przychodzę w Komunii Świętej do serca ludzkiego, mam ręce pełne łask wszelkich i pragnę je oddać duszy, ale dusze nawet nie zwracają uwagi na mnie, pozostawiają mnie samego, a zajmują się czymś innym. O, jak mi smutno, że dusze nie poznały miłości. Obchodzą się ze mną, jak z czymś martwym (Dz. 1385).

Ks. M. Piotrowski TChr

(Na podstawie publikacji ze strony: www.adonai.pl)

Nie można przystępować do Komunii św. w stanie grzechu ciężkiego. Przyjęcie Komunii Świętej jest najintymniejszym spotkaniem z osobą Zmartwychwstałego Jezusa, który pragnie nas uzdrawiać na duszy i na ciele, obdarowując duchowymi darami. Ze strony człowieka musi być odpowiednie przygotowanie i dyspozycja.

Pan Jezus skarżył się św. Faustynie: Kiedy przychodzę w Komunii Świętej do serca ludzkiego, mam ręce pełne łask wszelkich i pragnę je oddać duszy, ale dusze nawet nie zwracają uwagi na mnie, pozostawiają mnie samego, a zajmują się czymś innym. O jak mi smutno, że dusze nie poznały miłości. Obchodzą się ze mną jak z czymś martwym (Dz. 1385).

Przede wszystkim nie można przyjmować Komunii Świętej w stanie grzechu ciężkiego. Św. Paweł ostrzega: Niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z tego kielicha. Kto bowiem spożywa i pije nie zważając na Ciało [Pańskie], wyrok sobie spożywa i pije. Dlatego to właśnie wielu wśród was słabych i chorych i wielu też umarło (1 Kor 11, 28-30).

Ojciec św. Jan Paweł II w encyklice o Eucharystii jasno stwierdza: Św. Jan Chryzostom z całą mocą swojej elokwencji nawoływał wiernych: „Również ja podnoszę głos, proszę, błagam i zaklinam, aby nie zbliżać się do tego świętego Stołu z nieczystym i skażonym sumieniem. Takie przystępowanie, nawet, jeśli tysiąc razy dotykamy Ciała Pana, nigdy nie będzie mogło się nazywać komunią, lecz wyrokiem, niepokojem i powiększeniem kary„. Idąc po tej linii, słusznie stwierdza Katechizm Kościoła Katolickiego: „Jeśli ktoś ma świadomość grzechu ciężkiego, przed przyjęciem Komunii powinien przystąpić do sakramentu Pojednania”.

Pragnę, zatem przypomnieć, że obowiązuje i zawsze będzie miała moc prawną w Kościele norma, jaką Sobór Trydencki skonkretyzował surowe napomnienie apostoła Pawła, potwierdzając, że w celu godnego przyjęcia Eucharystiici, którzy świadomi są ciężkiego grzechu, jakkolwiek sądziliby, że za niego żałują, o ile mogą mieć spowiednika, powinni najpierw odbyć sakramentalną spowiedź„. Sakramenty Eucharystii i Pojednania są ze sobą ściśle związane. Jeśli Eucharystia w sposób sakramentalny uobecnia odkupieńczą Ofi arę Krzyża, oznacza to, iż wynika z niej nieustanna potrzeba nawrócenia, osobistej odpowiedzi na wezwanie, jakie św. Paweł skierował do chrześcijan w Koryncie: „W imię Chrystusa prosimy: pojednajcie się z Bogiem!” (2 Kor 5, 20).

Jeżeli więc chrześcijanin ma na sumieniu brzemię grzechu ciężkiego, to, aby mógł mieć pełny udział w Ofierze Eucharystycznej, obowiązkową staje się droga pokuty, poprzez sakrament Pojednania. Oceny stanu łaski dokonuje oczywiście on sam, gdyż dotyczy ona sumienia. Jednak w przypadkach zachowania, które na forum zewnętrznym, w sposób poważny, oczywisty i stały jest przeciwne normom moralnym, Kościół, w duszpasterskiej trosce o prawidłowy porządek we wspólnocie oraz o szacunek dla sakramentu, nie może wzbraniać się przed podejmowaniem odpowiednich kroków.

W sytuacji jawnego braku dyspozycji moralnej winien stosować normę Kodeksu Prawa Kanonicznego, mówiącą o możliwości niedopuszczenia do Komunii eucharystycznej tych, którzy „trwają z uporem w jawnym grzechu ciężkim” (Ecclesia de Eucharystia, 36-37).

(Na podstawie publikacji ze strony: www.adonai.pl)

Zawsze byłam osobą wierzącą, choć moja gorliwość ma swoje przypływy i okresy wyciszenia. Swoistą rolę takiego przypływu odegrał u mnie film Mela Gibsona Pasja. Obejrzałam go w kinie siedem razy, przyprowadzając na projekcję coraz to inne osoby. Byłam po nim jak pijana. Miał rację ktoś, kto powiedział, że po Pasji Msza już nigdy nie będzie taka sama. Nie o Pasji jednak chcę pisać.

Wyjątkowy prezent dostałam od Pana Boga na moje czterdzieste urodziny. Tego dnia wstąpiłam do jednego kościoła, aby się pomodlić. Była godzina ósma rano. Klęczałam w ostatniej ławce. Po pewnej chwili ukląkł za mną jakiś człowiek wyglądający na żebraka i nagle na cały głos powiedział: „wszystkiego dobrego, pani!”. Kilka osób z przodu obejrzało się. Trudno opisać moje wrażenie. Dlaczego takie słowa i dlaczego na głos?

Miałam wrażenie, że to sam Jezus złożył mi życzenia! Pomyślałam, że mogę o coś poprosić. Zawsze chciałam móc codziennie chodzić na Mszę Świętą, ale przy moim słomianym zapale i braku konsekwencji, a przy tym wielości obowiązków nie było to możliwe. Zapragnęłam i otrzymałam!

Od trzech lat codziennie spotykam Pana Jezusa w Komunii św. Czasami wydawało mi się to zupełnie niemożliwe, szczególnie, gdy czekały mnie długie podróże. I bywało tak, że mówiłam: Janie Jezu, wiem, że mnie kochasz, ale jeśli zależy Ci, aby złączyć się z takim »niczym« jak ja, to pomóż…” – i byłam upewniana „po królewsku”. Raz po takiej prośbie trafiłam w jednym małym mieście na Mszę Świętą, na której był koncert śpiewaków z Moskwy. Śpiewali jak w niebie, a ja czułam, że to dla mnie.

Innym razem na Śląsku, gdy się okazało, że na Mszę Świętą. już jest za późno (był dzień powszedni), otrzymałam Pana Jezusa w kaplicy szpitala kardiochirurgicznego, do której zaprowadził mnie mały ministrant. Trochę musiałam w niepewności poczekać na Pana, bo „chodził po oddziałach”. Był to czas, gdy większość Mszy ofiarowywałam za dusze w czyśćcu cierpiące, więc odmawiałam za nie przez godzinę różaniec. Potem, już w hotelu, dowiedziałam się, że ten szpital w Zabrzu to jest to słynne centrum, w którym przeszczepia się serca… Pomyślałam sobie, że moja determinacja i modlitwy musiały być tam komuś potrzebne – może jakimś dawcom? Kiedyś się dowiem.

Każdy powszedni dzień dziś wydaje mi się bez Eucharystii trudny do przeżycia. To Eucharystia daje mi zdrowie, siły, pokój, ochronę, inteligencję, rozwój, radość i zaspokojenie jakiegoś wewnętrznego głodu. To wszystko brzmi trochę nieprawdopodobnie, ale kto to przeżywa, ten wie, o czym mówię. W mojej obecnej roli – matki, artystki teatralnej, gospodyni domowej, żony dyrygenta i kompozytora, wokalistki zespołu czynnie koncertującego – bez codziennej Komunii św. w ogóle nie dałabym sobie rady. Pan wiedział, co mi potrzebne, dlatego na czterdzieste urodziny dał mi prezent.

Śpiewaczka operowa

(Na podstawie publikacji ze strony: www.adonai.pl)

13Chociaż Marta Robin zmarła już dziewiętnaście lat temu, to jednak we Francji „pełno jej” wszędzie: w ruchach chrześcijańskiej odnowy, w nowopowstałych wspólnotach zakonnych, w książkach, artykułach… A to płynie z faktu, że przez jej dom przewinęło się ponad sto tysięcy ludzi, a dla każdej z osób spotkanie z Martą stało się źródłem nowej mocy, nowego spojrzenia na życie, a niejednokrotnie początkiem prawdziwego nawrócenia.

W opublikowanych świadectwach ludzi na temat tych spotkań nieustannie przewija się jeden wątek: każdy przeżył swego rodzaju szok czy wewnętrzne poruszenie (mniejsza o słowo) z powodu uderzającego „paradoksu”. Otóż każdy, kto pochylał się nad łóżkiem Marty, mniej lub bardziej uzmysławiał sobie rozmiar jej cierpienia. Powszechnie było wiadomo, że prócz cierpienia, związanego z całkowitym paraliżem, Marta uczestniczyła w męce Jezusa. Od czwartku do niedzieli była „nieobecna” dla otoczenia, przeżywając mistycznie, lecz realnie, krwawo, poszczególne etapy Męki. W ciągu pozostałych dni tygodnia na jej czole pozostawały nieraz ślady zaschniętej krwi. W jej drobnym ciele koncentrował się bezmiar cierpienia, wobec którego stawało się jak przed głębokim misterium.

Lecz – właśnie „paradoksalniedla logiki tego świataz głębi tego cierpienia wydobywały się nie rozgoryczenie i bunt, lecz przedziwny pokój i pogoda. Spotkanie z Martą, trwające przeciętnie kilka minut, szybko i niepostrzeżenie przechodziło w duchowe porozumienie. Potrafiła w ciągu chwili „pojąć” cały ciężar życia, z jakim się do niej przychodziło, wziąć go niejako na siebie i przepoić światłem swej niezwykłej ufności.

Z pośród wielu świadectw na ten temat przytoczmy jedno, którego autorem jest obecny redaktor naczelny chrześcijańskiego tygodnika L’Homme Nouveau (Nowy Człowiek): „Wiadomo, że Marta była sparaliżowana od 1928 r. i niewidoma od 1939, ja stykałem się z nią w latach 1946-1981, to znaczy przez okres trzydziestu pięciu lat. Nigdy nie liczyłem, ale sądzę, że w latach 1954-68 odwiedziłem ją przynajmniej ze sto razy. W ciągu tego okresu patrzyłem na głowę Marty, położoną zawsze na tym samym miejscu, na boku. Spoglądałem na jej kołdrę, która z grubsza rysowała sylwetkę jej ciała. Było oczywiste to, że jej nogi nie były wyciągnięte, lecz zgięte w kolanach (leżała na nich).

Sparaliżowana, leżała całkowicie nieruchomo. Niewidoma, przebywała stale w półmroku, ponieważ najmniejszy promień światła zadawał jej ból nie do zniesienia (…). Tym, co w moim przekonaniu stanowi o największym świadectwie jej życia, to jej pokój, radość i niewzruszona ufność.

Zastanawiałem się nieraz, jak ja zachowałbym się w podobnej sytuacji (…). Cierpiała, lecz w sercach wszystkich tych, którzy opuszczali jej pokój, zamieszkiwała nowa radość, której dotąd nie zaznali. Ileż to razy sam wchodziłem do niej, pełen problemów, a niekiedy i ciężkich zmartwień. Ona brała to wszystko na siebie, porozmawiała i – nie wiadomo jak – przywracała ufność i wewnętrzną radość. Moc zmartwychwstawania, która wypływa z wysokości Krzyża, tworzyła nieustanny rytm wszystkich spotkań i rozmów z Martą”.

Od księdza Fineta, ojca duchownego Marty, dowiadujemy się o kilku epizodach z jej młodości. W wieku dorastania ciężko chorowała i myślała, że wkrótce umrze. Przeżyła jednak, lecz nie mogła chodzić. Siedziała w swoim fotelu i wyszywała. W czasie kolejnego ataku choroby, gdy przekonana już była o bliskiej śmierci, ujrzała św. Tereskę od Dzieciątka Jezus. Dowiedziała się, że posiada wybór: albo pójść do nieba natychmiast, albo przyjąć misję wynagradzania za grzechy, cierpiąc w jedności z Chrystusem w intencji odrodzenia Kościoła i życia chrześcijańskiego we Francji.

Od 1928 r. Marta zaczyna w ogóle nie spać, nie jeść i nie pić. W uroczystość Ofiarowania Pańskiego 1932 r. traci czucie w rękach i nogach. Od tej pory, aż do śmierci, leży na nogach, zgiętych w kolanach.

Cóż działo się w ciągu tysięcy nieprzespanych nocy? Spełniało się jej pragnienie, jakie wyraziła w swym akcie całkowitego zawierzenia woli Bożej: „Najdroższy mój Zbawicielu! Przyjmij moją ofiarę całopalną, jaką nieustannie składani Ci w ciszy. Zechciej przemienić ją w dobra duchowe dla tylu milionów serc, które Ciebie nie kochają; przyjmij ją dla nawrócenia grzeszników, powrotu błądzących i niewiernych, i dla uświęcenia Twych najdroższych kapłanów…” Podczas, gdy inni spoglądają na nią niekiedy z politowaniem, sama Marta doświadcza niepojętego dla świata szczęścia, płynącego z zacieśniania swych więzów z Bogiem. Jakże czymś wspaniałym jest wiara: wierzyć wtedy, gdy się nie widzi, wiedząc tylko to, że „Bóg powiedział”; wiedza bez widzenia zapala w duszy światło, którego promienie pozwalają nam odkryć wielki świat, jaki nosimy w sobie, a którego istnienia nawet nie przeczuwaliśmy.

Marta Robin

14Marta nie mogła przełknąć nawet kropli wody, a jednak przyjmowała Komunię św. Był to jej jedyny pokarm przez ponad pół wieku. Jakiekolwiek oszukaństwo w tym względzie zostało wykluczone przez wielu lekarzy, którzy z wielką skrupulatnością czuwali nad nią i badali jej zachowanie. Najczęściej przyjmowała komunię św. z rąk księdza Fineta, lecz przytoczmy najpierw świadectwo ks. Marzioux, który odwiedził Martę w lutym 1939 r.: „Przede wszystkim uderzyła mnie jej niezwykła pokora. Na moje liczne pytania odpowiadała zawsze z tą samą precyzją…

W którymś momencie rozmowy – wspomina kapłan – Marta powiedziała z ożywieniem: „Jezus już przyszedł”. Ja sam natomiast nie słyszałem nawet szczekania psa, zapowiadającego przybycie wieczornego gościa. Po chwili, ks. Finet wszedł do pokoju, niosąc Komunię Świętą. Jeszcze przed tym spotkaniem, ks. Finet uprzedził mnie, mówiąc: „Marta nie może przyjmować żadnego pokarmu. Proszę jedynie przybliżyć Hostię do jej warg. Hostia sama zostanie wchłonięta„. I tak się stało: ku memu zdziwieniu, hostia wymknęła się z mych palców w momencie, gdy przybliżałem ją do ust Marty”.

Dodajmy bardziej szczegółowy opis ks. Fineta: Marta przyjmowała Komunię św. w sposób zdumiewający… Podaną jej hostię przyjmowała bez połykania, do którego była absolutnie niezdolna. Wszyscy ci, którzy podawali jej komunię, mieli wrażenie, jakoby hostia wyrywała się im z palców. Mnie samemu kilkakrotnie przydarzyło się, że nawet z odległości ok. 20 cm hostia sama trafiała wprost do jej ust.

Historia ta wydawała się, co najmniej śmieszna pewnemu księdzu z Wietnamu, zanim nie odprawił Mszy Świętej w pokoju Marty. W czasie udzielania jej komunii miał się na baczności, trzymając pewnym chwytem małą hostię. Lecz i tak wymknęła mu się z palców, przemierzając sama kilkucentymetrową odległość.

Ceniony filozof i pisarz – Jean Guitton, który napisał także książkę o Marcie, zapytał ją kiedyś wprost na temat tego niezwykłego zjawiska.

«Tak, to jest cały mój pokarm – odpowiada Marta – Zwilżają mi usta, ale niczego nie mogę przełknąć. Hostia wnika we mnie, lecz ja sama nie wiem, jak. Eucharystia nie jest zwykłym pokarmem. Za każdym razem, nowe życie we mnie się wlewa. Jezus jest w całym moim ciele, jakbym zmartwychwstawała. Komunia jest czymś więcej, niż zjednoczeniem: jest stopieniem się w jedno». W czasie jeszcze innego spotkania, jakby lekko zniecierpliwiona, Marta wyznaje: Mam ochotę wołać do tych, którzy ciągle mnie pytają, czy naprawdę nie jem! – że ja jem więcej niż oni, ponieważ karmię się Eucharystycznym Ciałem i Krwią Jezusa. Chciałabym im powiedzieć, że to oni sami powstrzymują w sobie efekty tego pokarmu…”

Co myśleć na temat wymykających się z rąk kapłana hostii, spożywanych przez Martę bez połykania? Wbrew pozorom dziwaczności, zjawisko to potrafi wiele powiedzieć na temat wzajemnej relacji Marty i Chrystusa. Weźmy pod uwagę fakt, że Jezus pozostał w Eucharystii ze swego nieskończonego pragnienia zjednoczenia się z człowiekiem w miłości.

Dla każdego, kto rozpoznaje w hostii żywą obecność Boga, przychodzącego jedynie z miłości – moment, poprzedzający przyjęcie Komunii Świętej jest momentem gorącej tęsknoty. Otóż, jest to tęsknota dwóch osób i dwóch serc: Serca Bożego i serca ludzkiego, które nawzajem ku sobie się wyrywają. Hostia, wyrywająca się z rąk kapłana, to przecież sam Chrystus, dążący w pośpiechu na spotkanie ze stworzeniem, które umiłowało Go ponad wszystko i oczekuje na Niego z wielką tęsknotą. Radość człowieka z przyjmowania Komunii Świętej wypływa stąd, że jest to najpierw radość samego Boga. Dusza wie o tym, że Bóg niezmiernie się raduje, mogąc w niej zamieszkać. Skoro Bóg jest nieskończony, więc i Jego radość jest bez granic. Skoro Bóg nieskończenie raduje się we mnie -jak wielka powinna być, więc moja radość!

W ostateczności, duchowe szczęście Marty wynikało z jej doświadczenia Boga, jako Boga niezmiernie szczęśliwego w jej duszy! Jest to jedyny rodzaj szczęścia, o które nie potrzeba się bać, że się je utraci. Gwarancją jego trwałości jest nieodwołalna miłość Boga i Jego niegasnące pragnienie uszczęśliwienia swych stworzeń. Jedyna przeszkoda istnieje po stronie człowieka, a tkwi ona w wygasaniu wiary, które prowadzi do zaniku miłości, a w ostateczności – do grzechu. Skoro, więc początkiem prawdziwej radości jest radość Boga, który zamieszkuje w kochającej Go duszy – więc nie trudno pojąć, dlaczego jedynym staraniem Marty było wzrastanie w prawdziwej miłości. Jeśli potrafiła znosić swoje cierpienie bez buntu i zgorzknienia, to tylko, dlatego, że w przeróżnych cierpieniach widziała największą szansę na postęp w miłości.

Co więcej: pragnąc obarczyć się cierpieniami innych, a zwłaszcza grzeszników – pragnęła żyć miłością najtrudniejszą, czyli najbardziej bezinteresowną, nie lękającą się ponieść ofiary za innych. Taka miłość właśnie najbardziej upodobniła Martę do Chrystusa, czego wyrazem były stygmaty Męki, jakie na sobie nosiła. Marta – egoistka, szukająca za wszelką cenę szczęścia? Masochistka – ponieważ nie bała się heroicznie podjąć cierpienia innych? Jeśli tak, to jak wówczas wytłumaczyć fakt, że ta sama Marta zapalała w innych iskrę radości i szczęścia?

Żyć przez Pięćdziesiąt lat o samej Komunii Świętejto niewątpliwy cud. Ale skłania on do refleksji na temat cudu zupełnie niewypowiedzianego, jakim jest nowe życie, które rodzi się w nas dzięki Eucharystii. Okaże się ono w całej pełni przy Zmartwychwstaniu, gdy spełni się obietnica Jezusa: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, nie umrze, lecz będzie żył na wieki”. Aż do tego czasu, skarb życia wiecznego, poczętego z Eucharystii, będziemy przeżywali w samej wierze.

Lecz wygląda na to, że i poprzez „znak” Marty Jezus pragnie wzmocnić naszą wiarę. W znaku tym niejako „zmysłowodotykamy prawdy, że Eucharystia – że sam Bóg jest jedynym i wystarczającym źródłem ludzkiego istnienia. Nie potrzeba wam innego pokarmu, kiedy Ja sam was karmię moim Ciałem – zdaje się On mówić. W istocie rzeczy, z Eucharystycznych przeżyć Marty wydobywa się orędzie samego Jezusa: Abyście wierzyli, że nie ziemski pokarm i napój, lecz tylko moje Ciało i Krew dadzą wam prawdziwe życie. Któż wzgardziłby tym szczególnym zaproszeniem dc wiary? Któż nie potrzebowałby jej wzmocnienia w atmosferze powszechnego „bzika” na punkcie materialnej troski o ciało?

ks. Andrzej Trojanowski TChr

(Na podstawie publikacji ze strony: www.adonai.pl)

Ojciec Pio święcenia kapłańskie przyjął w katedrze w Benewencie 10 sierpnia 1910 r. Tak napisał na swoim obrazku prymicyjnym: „Jezu, moje pragnienie i życie moje, kiedy dziś drżący Cię unoszę w tajemnicy miłości, spraw, abym był dla świata drogą, prawdą, życiem, a dla Ciebie świętym kapłanem, ofiarą doskonałą„.

15Kiedy Ojciec Pio odprawiał Mszę św., wszyscy czuli, że prawdziwie z Chrystusem przeżywa mękę i przybicie do krzyża. W prywatnym objawieniu tak Pan Jezus o nim mówił: „Posiada moją władzę, ponieważ ja, Jezus, żyję w nim… Jego gesty, słowa, spojrzenie dokonują więcej niż przemowa wielkiego mówcy. Ja nadaję wartość temu wszystkiemu, co z niego wychodzi. Jest arcydziełem mojego miłosierdzia. Jego obdarzyłem wszystkimi darami mojego Ducha. Jest moim doskonałym naśladowcą, moją Hostią, moim ołtarzem, moją ofiarą, moim upodobaniem, moją chwałą!”.

21 września 1962 r. o. Jerzy Tomziński, przełożony generalny Zgromadzenia Ojców Paulinów, uczestniczył we Mszy św. odprawianej przez o. Pio. I wspomina, że to, co najbardziej wtedy przeżył, to moment konsekracji: „Ojciec Pio zachowywał się tak, jakby widział Chrystusa. Oparł się na ołtarzu, ręce położył tak, jakby obejmował krzyż, i patrzył na Hostię. On widział Pana Jezusa, że cierpi, że umiera. Widział Go w Hostii – to się ujawniło w jego twarzy. To było coś nieprawdopodobnego… Nie widziałem kapłana celebrującego, ale Mękę Pana Jezusa na Golgocie. Widziałem, Pan Jezus cierpi i umiera, że krew się leje. Widziałem i przeżywałem, dzięki Ojcu Pio. niebo przy ołtarzu”.

Znana pisarka Maria Winowska tak opisuje Eucharystię Ojca Pio w książce Prawdziwe oblicze Ojca Pio:

„Twarz jego przeobraża się, gdy stanął u stopni ołtarza. Nie trzeba być mędrcem, żeby zrozumieć, że znalazł się w świecie dla nas niedostępnym. Nagle pojmuję, dlaczego Msza odprawiana przez niego przyciąga tłumy, dlaczego je przykuwa i podbija. Od pierwszej chwili jesteśmy raptownie wciągnięci w głąb tajemnicy. Jak niewidomi otaczający widzącego. Jesteśmy, bowiem ślepcami, przebywającymi za granicami rzeczywistości.

To właśnie jest posłannictwem mistyków. Oni przywołują do życia nasze wewnętrzne oczy, które uległy zanikowi, oczy przeznaczone do oglądania olśniewającej jasności, nieporównywalnie potężniejszej od światła widzialnego okiem śmiertelnika… Od siebie mogę powiedzieć, że w San Giovanni Rotondo okryłam w ofierze Mszy świętej otchłanie miłości i światła, przedtem zaledwie dostrzegalne. Ten moment jest bardzo ważny… Jego zadaniem nie jest robienie, «czego innego», ani też «lepiej niż inni», ale uprzystępnienie nam zrozumienia, przeżycia i wchłonięcia w siebie tej jedynej w świecie ofiary, jaką jest Msza święta…

Bo trzeba być ślepym, żeby nie wiedzieć, że człowiek, który przystąpił do tego ołtarza, cierpi. Jego krok jest ciężki i chwiejny. Niełatwo jest stąpać na przebitych stopach. Ramiona ciężko się opierają na ołtarzu, gdy go całuje. Zachowuje się jak ranny w ręce, zmuszony do oszczędzania każdego ruchu. Wreszcie, uniósłszy głowę, wpatruje się w krzyż. Mimo woli odwracam oczy, jak gdyby lękając się podpatrzeć tajemnicę miłości. Twarz kapucyna, przed chwilą wyrażająca jowialną uprzejmość, ulega przeobrażeniu. Przechodzą przez nią fale wzruszenia, jak gdyby niewidzialne siły powołujące go do walki napełniały go kolejno obawą, radością, smutkiem, trwogą, bólem. Rysy jego odzwierciedlają tajemny dialog. Protestuje, potrząsa głową przecząco, czeka na odpowiedź. Całe ciało sprężyło się w milczącym błaganiu (…). Czas stanął. A raczej czas przestał się liczyć. Wydaje mi się, że ten ksiądz przykuty do ołtarza wprowadził nas wszystkich w inny wymiar, gdzie trwanie zmieniło znaczenie.

16Nagle wielkie łzy tryskają mu z oczu, a ramiona wstrząsane łkaniem zdają się uginać pod przytłaczającym ciężarem. Przylatuje mi na myśl szybkie jak błyskawica wspomnienie wojenne:. skazanych na śmierć, w chwili usłyszenia wyroku. Mięśnie twarzy ani drgną, ale całe ciało usuwa się, kurczy. Ta powolna agonia, to uczenie się śmierci przygotowuje do spojrzenia wprost w oczy plutonowi egzekucyjnemu. Dramat Chrystusowy jest własnym dramatem Padre Pio. Oddalenie między nim a Chrystusem znikło: «Vivo ego, i am non ego…« – »Żyję ja, już nie ja…». Czyżby Pan wznawiał swą ofiarę w sposób bezkrwawy po to tylko, żebyśmy zapomnieli o cenie Jego Krwi? Wszak każda Msza zaprasza do uczestnictwa w Męce Odkupienia, bo to On sam żyje, cierpi i umiera w Swym Ciele mistycznym. Alboż nie jesteśmy wszyscy współpracownikami Odkupienia? I czyż Msza nie jest dla każdego z nas miejscem przeistoczenia, w którym nasze biedne cierpienie, przejęte przez Chrystusa, osiąga cenę wieczności? (…).

W pewien piątek byłam świadkiem, jak dyszał, niby zapaśnik w walce nad siły, na próżno usiłując odsunąć od siebie przeszkodę, która mu broniła wypowiedzenia słów Konsekracji. Dochodziło do walki wręcz, z której wyszedł zwycięsko, lecz zmiażdżony. Kiedy indziej, poczynając od Sanctus, kroplisty pot spływał mu z czoła, zalewając twarz rozrywaną skurczami łkania. Był wtedy naprawdę uosobieniem bólu w walce z agonią. Bywały dni, kiedy wymawiał słowa Konsekracji, cierpiąc jak męczennik…

A na koniec trzyma we wzniesionych rękach Boga-Hostię. Po palcach jego spływa krew cienkimi strużkami. Na krótką chwilę jego rysy miękną i twarz promienieje. Czasem uśmiech muska jego wargi i oczy zdają się pieścić Hostię tkliwym spojrzeniem. Nie wiem, w jakie ciemności schodzi jego wiara, ale jestem pewna, że widziałam, jak jego wzrok sięgał w głąb, przebijając powłokę pozorów. Kto by wątpił o Obecności Rzeczywistej, winien słuchać Mszy odprawianej przez Padre Pio.

Nie twierdzę, że wiara, która jest łaską, spłynęłaby na każdego natychmiastowo i niejako automatycznie, ale jestem przekonana, że postawiłby sobie to samo pytanie, co pewien mój przyjaciel, którego posłałam do San Giovanni Rotondo: «Jedno z dwojga» – napisał mi. – «Albo ja jestem idiotą, albo Padre jest świętym». Opowiedział się jednak za pierwszą z tych ewentualności”.

(Na podstawie publikacji ze strony: www.adonai.pl)

Zamieszczamy opis Mszy Świętej przeżytej mistycznie przez boliwijską stygmatyczkę i wizjonerkę Catalinę Rivas. Władze kościelne Cochabamby, którym podlega Catalina, rozpowszechniają orędzie przez nią otrzymane od 1997 r.

„Gdy Kościół sprawuje Eucharystię, pamiątkę śmierci i zmartwychwstania swojego Pana, to centralne wydarzenie zbawienia staje się rzeczywiście obecne i «dokonuje się dzieło naszego Odkupienia». Ofiara ta ma do tego stopnia decydujące znaczenie dla zbawienia rodzaju ludzkiego, że Jezus złożył ją i wrócił do Ojca, dopiero wtedy, gdy zostawił nam środek umożliwiający uczestnictwo w niej, tak jakbyśmy byli w niej obecni. W ten sposób każdy wierny może w niej uczestniczyć i korzystać z jej niewyczerpanych owoców” (Jan Paweł II: Encyklika o Eucharystii, 11).

17Poprzez mistyczne doświadczenia spisane przez Catalinę (Katyę) Rivas, boliwijską stygmatyczkę, Pan Jezus i Matka Boża pragną nauczyć nas owocnie uczestniczyć w tym największym wydarzeniu naszego zbawienia, które uobecnia się w czasie każdej Mszy św. Oto fragmenty zapisków Cataliny:

„W święto Zwiastowania, kiedy weszłam do kościoła na Mszę św., arcybiskup i księża wychodzili już z zakrystii. Matka Boża powiedziała do mnie swoim delikatnym, słodkim, kobiecym głosem: «Dzisiaj jest dzień nauki dla ciebie. Pragnę, abyś się mocno skupiła ze względu na to, czego doświadczysz, ponieważ będziesz dzielić się tym z całą ludzkością».

Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, był chór pięknych głosów, śpiewający z oddali. Chwilami muzyka zbliżała się, a potem oddalała, tak jak szmer wiatru. Arcybiskup rozpoczął Mszę św. i kiedy doszedł do aktu pokuty, Maryja powiedziała: «Z głębi swojego serca proś Pana, aby przebaczył ci grzechy, którymi Go obraziłaś. W ten sposób będziesz mogła godnie uczestniczyć w tym przywileju, jakim jest Msza Święta».

Pomyślałam: «Jestem przecież w stanie łaski uświęcającej, nie dalej jak wczoraj wyspowiadałam się». Matka Boża odpowiedziała: «Myślisz, że od wczoraj nie obraziłaś Pana? Pozwól, że przypomnę ci parę wydarzeń. (…) A ty mówisz, że nie zraniłaś Boga? Przyszłaś na ostatnią chwilę, kiedy celebransi wychodzili w procesji odprawiać Mszę (…), i zamierzasz uczestniczyć w niej bez wcześniejszego przygotowania…

Dlaczego wy wszyscy przychodzicie na ostatnią chwilę? Powinniście przychodzić wcześniej, aby pomodlić się i poprosić Pana, by zesłał swojego Ducha Świętego, by Ten mógł obdarzyć was pokojem i oczyścić was od ducha tego świata, od waszych niepokojów, problemów i rozproszenia. On czyni was zdolnymi przeżyć ten tak święty moment. (…) Przecież to jest największy z cudów. Przyszliście przeżywać moment, kiedy Najwyższy Bóg daje swój największy dar, a nie umiecie tego docenić».

Ponieważ był to dzień świąteczny, w kościele rozbrzmiała Chwała na wysokości. Matka Boża powiedziała: «Uwielbiaj i błogosław z całej swojej miłości Świętą Trójcę, uznając, że jesteś jednym z Jej stworzeń».

Nastąpił moment liturgii słowa i Maryja kazała mi powtórzyć: «Panie, dzisiaj chcę słuchać Twojego słowa i przynieść obfity owoc. Proszę, aby Twój Duch Święty oczyścił wnętrze mojego serca, aby Twoje słowo wzrastało i rozwijało się w nim».

Potem Najświętsza Panna powiedziała: «Chcę, abyś uważała na czytaniach i na całej homilii. Pamiętaj o tym, co mówi Biblia, że słowo Boże nie wraca, dopóki nie wyda plonu. Jeśli będziesz pilnie słuchać, część z tego, co usłyszysz, pozostanie w tobie. Powinnaś spróbować przywoływać przez cały dzień te słowa, które zrobiły na tobie wrażenie. Czasem to mogą być dwa wersy, innym razem lektura całej Ewangelii, a czasem tylko jedno słowo. Smakuj je przez resztę dnia, a stanie się to częścią ciebie. Życie zmienia się, jeśli pozwoli się, aby słowo Boże przemieniało osobę».

Chwilę później nastąpiło ofiarowanie i Matka Boża powiedziała: «Módl się w ten sposób: Panie, ofiarowuję Ci się cała, taka, jaką jestem, wszystko, co mam i co mogę. Wszystko wkładam w Twoje ręce. Boże Wszechmogący, przez zasługi Twojego Syna przemień mnie. Proszę Cię za moją rodzinę, dobrodziejów, za wszystkich ludzi, którzy walczą przeciw nam, za tych, którzy polecali się moim modlitwom».

Nagle z ławek zaczęły się podnosić jakieś postacie, których wcześniej nie widziałam. Wyglądało to tak, jakby z najbliższego sąsiedztwa każdej osoby obecnej w katedrze wstała inna osoba, i wkrótce kościół zapełnił się młodymi, pięknymi ludźmi. Byli ubrani w lśniąco białe szaty. Ruszyli wszyscy do nawy głównej, a potem poszli w kierunku ołtarza.

Matka Boża powiedziała: «Patrz. To są Aniołowie Stróże każdej z osób, która znajduje się w kościele. To właśnie w tym momencie twój Anioł Stróż zanosi twoje dary i prośby przed ołtarz Pana». Mieli oni bardzo piękne, niemal kobiece rysy twarzy, ich wzrost zaś, budowa ciała oraz ręce były męskie; nagie ich stopy nie dotykały ziemi. Część z nich niosła jakby złotą misę z czymś, co promieniowało czystym, złotym światłem.

Najświętsza Panna powiedziała: «To są Aniołowie Stróże tych ludzi, którzy ofiarują Msze Święte w wielu intencjach i którzy są świadomi tego, co znaczy ta celebracja. Oni mają coś do ofiarowania Panu. Ofiaruj siebie w tym momencie (…). Podaruj swoje żale, bóle, nadzieje, smutki, radości, prośby. Pamiętaj, że Msza Święta ma nieskończoną wartość. Z tego względu bądź hojna w ofiarowywaniu i w prośbach».

Za pierwszymi aniołami postępowali następni, którzy mieli puste ręce. Matka Boża powiedziała: «To są Aniołowie Stróże ludzi, którzy są tutaj, ale nigdy nic nie ofiarują. Nie są zainteresowani przeżywaniem każdego momentu Mszy Świętej i nie mają daru do zaniesienia przed ołtarz Pana».

Na końcu procesji szli aniołowie, którzy byli dosyć smutni, z rękami splecionymi na modlitwie, ale ze spuszczonym wzrokiem. «To są Aniołowie Stróże ludzi, którzy są tutaj, ale którzy przyszli z obowiązku, bez pragnienia uczestniczenia we Mszy Świętej. Aniołowie idą dalej smutni, ponieważ nie mają nic do złożenia na ołtarzu, poza własnymi modlitwami. (…) Nie zasmucaj swojego Anioła Stróża.

Proś o, wiele, ale nie tylko dla siebie, lecz dla wszystkich. Pamiętaj, że ofiara, która najbardziej się podoba Panu, to ta, gdy samą siebie ofiarujesz, jako ofiarę całopalną, tak, aby Jezus mógł przemienić ciebie przez swoje zasługi. Co możesz ofiarować Ojcu sama z siebie? Nicość i grzech. Ojcu podobają się ofiary połączone z zasługami Jezusa».

Nastąpił końcowy moment prefacji i kiedy wierni odmawiali Święty, Święty, Święty…, nagle wszystko, co znajdowało się z tyłu celebransów, zniknęło. Za lewą stroną arcybiskupa pojawiły się tysiące aniołów. Ubrani byli oni w tuniki, podobne do białych szat kapłanów czy ministrantów.

Wszyscy uklękli z rękoma złączonymi na modlitwie i skłaniali głowy, oddając cześć. Słychać było piękną muzykę, tak jakby liczne chóry z różnymi głosami śpiewały unisono razem z ludźmi: Święty, Święty, Święty…

Nastąpił moment konsekracji, moment cudu nad cudami.

Za arcybiskupem pojawił się tłum ludzi. Wszyscy mieli na sobie takie same tuniki, ale w kolorach pastelowych. Ich twarze były lśniące, pełne radości. Mogłoby się komuś wydawać (nie umiem powiedzieć, dlaczego), że byli ludźmi w różnym wieku, ale ich twarze miały szczęśliwy wyraz i były bez zmarszczek. Klęknęli, podobnie jak przy śpiewie Święty, Święty, Święty…

Matka Boża powiedziała: «To są wszyscy święci i błogosławieni. Pomiędzy nimi są dusze twoich krewnych, którzy już cieszą się oglądaniem Boga». Potem zobaczyłam Matkę Bożą, dokładnie po prawej stronie arcybiskupa, krok za celebransem. Była zawieszona lekko nad podłogą, klęcząc, ubrana w jasną, przeźroczystą, ale jednocześnie świetlaną niczym krystaliczna woda tkaninę. Najświętsza Panna, ze złożonymi rękoma, spoglądała uważnie i z szacunkiem na celebransa.

Mówiła do mnie stamtąd, ale cicho, prosto do serca, nie spoglądając na mnie: «Dziwi cię, że widzisz Mnie stojącą za arcybiskupem, nieprawdaż? Tak właśnie powinno być (…). Z całą miłością, jaką Mój Syn Mi daje, nigdy nie dał Mi godności, jaką obdarzył kapłanów – daru kapłaństwa do uobecniania codziennego cudu Eucharystii. Z tego powodu czuję głęboki szacunek dla księży i dla cudu, jaki Bóg czyni przez ich posługę. To właśnie zmusza mnie do klęknięcia tutaj, za nimi».

Przed ołtarzem pojawiły się cienie ludzi w szarych kolorach, ze wzniesionymi rękoma. Maryja powiedziała: «To są błogosławione dusze czyśćcowe, które czekają na wasze modlitwy, aby dokonało się ich oczyszczenie. Nie przestawajcie modlić się za nich. Oni modlą się za was, ale nie mogą modlić się za siebie. To wy macie się za nich modlić, aby pomóc im wydostać się z czyśćca, aby mogli być z Bogiem i cieszyć się wiecznie Jego obecnością»

Maryja dodała: «Teraz widzisz, że jestem tutaj cały czas. Ludzie udają się na pielgrzymki, szukając miejsc, gdzie się objawiłam. To dobrze ze względu na łaski, które tam otrzymają. Ale podczas żadnego z objawień, w żadnym innym miejscu, nie jestem bardziej obecna niż w czasie Mszy Świętej. Zawsze Mnie znajdziesz u stóp ołtarza, gdzie odprawia się Eucharystię. U stóp tabernakulum trwam z aniołami, ponieważ jestem zawsze z Jezusem».

Widząc to piękne oblicze Matki oraz wszystkich innych z promieniującymi twarzami, złączonymi rękoma, czekających na cud, który powtarza się nieustannie, czułam się, jakbym była w samym niebie. «I pomyśl, że są ludzie, którzy w tym momencie są rozproszeni na rozmowie. Przykro mi to mówić, że wiele osób stoi z założonymi rękoma, tak jakby składali hołd Panu jak równemu sobie. Powiedz wszystkim ludziom, że nigdy człowiek nie jest bardziej człowiekiem, niż kiedy upada na kolana przed Bogiem» – dodała Maryja.

Celebrans wypowiedział słowa konsekracji. Choć był człowiekiem normalnego wzrostu, nagle zaczął rosnąć i wypełniać się nadnaturalnym światłem, które otoczyło go i przybrało na sile wokół jego twarzy.

Z tego powodu nie mogłam zobaczyć jego rysów. Kiedy podniósł Hostię, zobaczyłam jego ręce. Na ich wierzchniej stronie miał jakieś znaki, które emanowały światłem. To był Jezus! W tym momencie Hostia zaczęła rosnąć i stała się wielka. Na niej ukazała się cudowna twarz Jezusa spoglądającego na swój lud.

Instynktownie chciałam skłonić głowę, ale Matka Boża powiedziała: «Nie patrz na dół. Podnieś swój wzrok i kontempluj Go. Wpatruj się w Niego i powtarzaj modlitwę z Fatimy: Panie, wierzę, adoruję, ufam i kocham Ciebie. Proszę o przebaczenie za tych, którzy nie wierzą, nie adorują, nie ufają i nie kochają Ciebie. (…) Teraz powiedz Mu, jak bardzo Go kochasz, i składaj hołd Królowi królów».

Wydawało mi się, że byłam jedyną osobą, na którą patrzył z ogromnej Hostii, ale zrozumiałam, że On w ten sposób, tj. z bezgraniczną miłością, patrzy na każdą osobę. Celebrans położył na ołtarzu Hostię i natychmiast wrócił do normalnych rozmiarów.

18Kiedy wypowiedział słowa konsekracji wina, pojawiła się światłość, a ściany i sufit kościoła zniknęły.

Nagle zobaczyłam zawieszonego w powietrzu Jezusa ukrzyżowanego. Byłam w stanie kontemplować Jego twarz, pobite ramiona i pokaleczone ciało. Z prawej strony piersi miał ranę, z której w lewym kierunku wytryskiwała krew oraz coś, co przypominało wodę, ale było bardzo błyszczące – w prawym kierunku. Wyglądało to jak strumienie światła spływające na wiernych. W tym momencie Matka Boża powiedziała: «To jest cud nad cudami. Powiedziałam wcześniej, że Pan nie jest skrępowany ani czasem, ani miejscem. W momencie konsekracji całe zgromadzenie jest zabierane do stóp Kalwarii, w chwili ukrzyżowania Jezusa».

Kiedy mieliśmy odmawiać Ojcze nasz, Jezus, po raz pierwszy podczas celebracji, odezwał się do mnie: «Poczekaj, chcę, abyś modliła się z najgłębszego wnętrza, z jakiego tylko możesz wołać.

Przypomnij sobie osobę czy osoby, które najbardziej cię w życiu zraniły i wyrządziły ci krzywdę, tak abyś mogła objąć je swoim sercem i powiedzieć im: W imię Jezusa Chrystusa przebaczam wam i życzę pokoju. W imię Jezusa proszę, abyście mi przebaczyli i życzyli pokoju. Jeśli osoba zasłużyła na ten pokój, otrzyma go i poczuje się lepiej. Jeśli nie jest w stanie się nań otworzyć, powróci on do twojego serca.

Ale nie chcę, abyś otrzymywała czy ofiarowała pokój, kiedy nie jesteś w stanie przebaczyć i doświadczyć tego pokoju najpierw w swoim sercu». «Uważaj, co czynisz – mówił Pan Jezus – powtarzasz w Ojcze nasz: odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Jeśli możesz przebaczyć, ale nie możesz zapomnieć, jak wiele osób mówi, stawiasz warunki Bożemu przebaczeniu. Mówisz: Przebacz mi tylko tak, jak ja jestem w stanie przebaczyć, ale nie więcej».

Arcybiskup powiedział: «obdarz nas pokojem i jednością», a potem «pokój Pański niech zawsze będzie z wami». Nagle zobaczyłam, że pomiędzy niektórymi ludźmi przekazującymi sobie znak pokoju znajdowało się bardzo intensywne światło.

Prawdziwie odczułam uścisk Jezusa w tym świetle. To On uściskał mnie, dając mi swój pokój, ponieważ w tym momencie byłam w stanie przebaczyć i wyrzucić z mojego serca wszystkie żale przeciwko innym ludziom. Jezus pragnie dzielić ten moment radości, uściskać nas i życzyć nam swojego pokoju.

Nastąpił moment Komunii Świętej celebransów. Kiedy arcybiskup przyjął Komunię Świętą, Matka Boża powiedziała: «Powtarzaj ze mną: Panie, błogosław kapłanom, pomóż im, oczyść ich, kochaj ich, opiekuj się nimi i wspieraj ich swoją miłością».

Ludzie zaczęli opuszczać ławki, aby przystąpić do Komunii Świętej. Nastąpił wielki moment spotkania. Pan powiedział do mnie: «Poczekaj chwilę, chcę, abyś coś zobaczyła». Wewnętrzny impuls kazał mi skierować wzrok na pewną osobę, która wyspowiadała się przed Mszą Świętą.

Kiedy ksiądz umieścił Świętą Hostię na jej języku, błysk światła, podobnego do czystego złota, przeszedł prosto przez tę osobę – najpierw przez jej plecy, potem otoczył ją z tyłu, następnie dookoła jej ramion, a na końcu głowy. Pan powiedział: «Oto jak raduję się, obejmując duszę, która przychodzi z czystym sercem, aby Mnie przyjąć».

Głos Jezusa był głosem szczęśliwej osoby. Kiedy poszłam przyjąć Komunię Świętą, Jezus powiedział do mnie: «Ostatnia Wieczerza była momentem największej bliskości ze Mną. W tej godzinie miłości ustanowiłem coś, co mogło być pojęte, jako największy akt obłędu w oczach człowiekauczyniłem siebie więźniem miłości, ustanowiłem Eucharystię. Chciałem pozostać z wami do końca świata, ponieważ Moja miłość nie mogła znieść, że zostalibyście sierotami, wy, których kocham bardziej niż własne życie».

Kiedy wróciłam na swoje miejsce i uklęknęłam, Pan powiedział: «Słuchaj!». Chwilę później usłyszałam modlitwę siedzącej przede mną kobiety, która właśnie przyjęła Komunię Świętą Jezus powiedział smutnym głosem: «Zanotowałaś jej modlitwę? Ani razu nie powiedziała, że Mnie kocha. Ani razu nie podziękowała Mi za dar, jaki jej dałem, zniżając swoją Boskość do jej biednego człowieczeństwa, po to by przyciągnąć ją do siebie. Ani razu nie powiedziała: dziękuję Ci, Panie. To była litania próśb. I tak robią prawie wszyscy, którzy przychodzą Mnie przyjąć. Umarłem z miłości i zmartwychwstałem. Z miłości czekam na każdego z was i z miłości zostaję z wami (…). Ale wy nie zdajecie sobie sprawy z tego, że potrzebuję waszej miłości. Pamiętajcie, że jestem Żebrakiem miłości w tej wzniosłej godzinie dla duszy».

Kiedy celebrans miał udzielać błogosławieństwa, Matka Boża powiedziała: «Bądź pilna i uważaj (…). Robisz jakiś stary znak zamiast znaku krzyża. Pamiętaj, że to błogosławieństwo może być ostatnim, jakie otrzymujesz z rąk kapłana. Kiedy wychodzisz z kościoła, nie wiesz, czy umrzesz czy nie. Nie wiesz, czy będziesz miała okazję otrzymać błogosławieństwo od innego kapłana. Te konsekrowane ręce dają ci błogosławieństwo w Imię Świętej Trójcy. Dlatego zrób znak krzyża z szacunkiem, tak jakby miał być on ostatnim w twoim życiu».

Jezus poprosił mnie, abym została z Nim kilka minut po zakończeniu Mszy Świętej. Powiedział: «Nie wychodź w pośpiechu, kiedy Msza jest skończona. Zostań na moment w Moim towarzystwie, ciesz się nim i pozwól Mi cieszyć się twoim„. Zapytałam Go: «Panie, jak długo zostajesz z nami po Komunii?». Odpowiedział: «Przez cały czas, póki ty chcesz zostać ze Mną. Jeśli będziesz mówić do Mnie przez cały dzień, zwracając się do Mnie w czasie wypełniania swoich obowiązków, będę cię słuchał. Jestem zawsze z tobą. To ty Mnie opuszczasz. Wychodzisz po Mszy i uważasz, że dzień obowiązku się skończył. Nie myślisz, że chciałbym dzielić twoje życie rodzinne z tobą, przynajmniej w Dniu Pańskim. (…) Wiem wszystko. Czytam nawet największe sekrety ludzkich serc i umysłów. Ale cieszę się, kiedy Mi mówisz o swoim życiu, kiedy pozwalasz Mi uczestniczyć w nim, jako członek rodziny czy najbliższy przyjaciel. O, jak wiele łask człowiek traci, nie dając Mi miejsca w swoim życiu!».

Jezus powiedział: «Powinniście przewyższać w cnocie aniołów i archaniołów, ponieważ oni nie mają radości przyjmowania Mnie, jako pokarmu, jak to jest w waszym przypadku. Oni piją kroplę ze źródła, ale wy, którzy macie łaskę przyjmowania Mnie, macie cały ocean».

Inna rzecz, o której Pan mi powiedział z bólem, dotyczyła ludzi, którzy spotykają się z Nim z przyzwyczajenia. Ta rutyna sprawia, że niektórzy ludzie są tak obojętni, że nie mają nic do powiedzenia Jezusowi, kiedy przyjmują Go w Komunii Świętej. Powiedział również, że jest także wiele dusz konsekrowanych, które utraciły swój entuzjazm bycia zakochanym w Panu i traktują swoje powołanie jak zawód.

Potem Jezus mówił o owocach, które muszą się pojawić po każdej przyjętej Komunii Świętej. Zdarza się, że są ludzie, którzy przyjmują codziennie Pana, spędzają wiele godzin na modlitwie i wykonują liczne dzieła, ale mimo to nie dokonuje się przemiana ich życia. Dary, jakie otrzymujemy w Eucharystii, powinny przynieść owoce nawrócenia, wyrażające się w postawie i czynach miłosierdzia wobec braci i sióstr.

Catalina, świecka misjonarka eucharystycznego Serca Jezusa

(tłum. i oprac. Maria Zboralska)