SŁOMIANY ZAPAŁ NA KOLANACH

11 październik 2015 roku; XXVIII Niedziela zwykła Rok B; Echo Ewangelii Mk 10, 17-30; Wychwalanie „siły woli”, jako takiej jest błędem. Wszyscy znamy określenie: „słomiany zapał”. Wiemy, że oznacza ono niezwykle emocjonalną reakcję na fakt lub propozycję, które wymagają o wiele więcej niż tylko chwilowa fascynacja. Owszem, niektóre decyzje jak kupno kawy czy pójście do kina na konkretny film mają charakter jednostkowy i wyczerpują się same w sobie. Jednak większość decyzji angażuje nas w przedsięwzięcia długofalowe, niektóre wiążą nas do śmierci, wymagają pokonywania możliwych przeszkód, wytrwałości i ponawiania raz podjętej decyzji.

SŁOMIANY ZAPAŁ NA KOLANACHJuż sama konfrontacja z czasem jest wystarczającym wyzwaniem. Wtedy może dojść do niestałości.

Brak wytrwałości to porażka, ale nie mniejszą porażką może okazać się również jej przeciwieństwo: nieustępliwy upór.

 

 

 

Siła woli sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła, ponieważ najważniejsze jest rozeznanie godziwości celu, ku któremu wola prowadzi! Trudno o bardziej wytrwałych ludzi jak szaleńcy lub fanatycy! W pewnych profesjach upór jest szczególnie niszczycielski np. u polityków, duchownych czy wojskowych. Ci ostatni znani są z tego, że szczególnie trzymają się raz obranych strategii, choć z biegiem czasu ich bezużyteczność staje się oczywista. Podczas I wojny światowej, co udowodniła chociażby bitwa pod Verdun, gdzie zginęło 800 tysięcy ludzi, okazało się, że bezpośredni atak na okopy jest nie tylko skazany na klęskę, ale doprowadzi do prawdziwej jatki. A jednak w bitwie nad Sommą generał Douglas Haig (1861 – 1928), nie bacząc, że w ciągu kilku godzin stracił 50 tysięcy żołnierzy, kontynuował atak, ponosząc dalsze straszliwe straty. Haig mógł mieć poczucie bezkarności, gdyż prywatnie był wieloletnim przyjacielem króla Jerzego V. Jego upór miał, więc oparcie i alibi wysoko, w królewskim patronie. O dziwo, po wojnie otrzymał od monarchy tytuł szlachecki, zaś od weteranów i rodzin poległych przydomek „Rzeźnik”. Zatem zarówno „słomiany zapał”, „nieustępliwy upór”, jak i inne skrajności musimy odrzucać jak najdalej od siebie.

Spróbujmy stworzyć portret Jezusowego rozmówcy, o którym czytamy w omawianej Ewangelii. Ów anonimowy człowiek zgłasza się na ochotnika i jako jeden z nielicznych pada na kolana przed Jezusem. Niewątpliwie trudno nie zauważyć jego spontaniczności. Na pierwszy rzut oka wygląda to na prawdziwy radykalizm. I te komplementy w stronę Jezusa… Jednak przy bliższym poznaniu to wszystko okaże się jakąś pozą. Jezus widząc spontaniczność, gotowy jest powołać tego człowieka, ale najpierw zbada jego gotowość oraz intencje jego serca.  Jezus chce mu pokazać, jak akt strzelisty ma się do cnoty. Mniej więcej tak, jak punkt do linii. Akt strzelisty jest jednorazowym porywem woli, w cnocie zaś chodzi o stałą powtarzalność tych samych wyborów. Rozmówca Jezusa zdolny był tylko do jednego aktu strzelistego. Perspektywa, którą ukazał mu Jezus, wymagała konsekwencji, najwyraźniej pozostającej poza jego możliwościami.

 

Zastanawia mnie, jak to możliwe, że młody człowiek jest równocześnie bardzo bogaty. To rodzi moje najgłębsze podejrzenia. Za figurę retoryczną niech nam posłuży jeden z najbogatszych Polaków, rocznik 1962. Nazwisko utajnimy, bynajmniej nie ze strachu, ale dlatego, że również Ewangelia przemilcza tożsamość rozmówcy Jezusa. Nasz quasi bohater studia ukończył w 1986 i natychmiast założył firmę zajmującą się pracami podwodnymi. Kto wtedy przed rokiem 1989, przed wyborami 4 czerwca, mógł robić interesy? Jacy ludzie? Z jakimi powiązaniami?

W ciągu 15 lat nasz quasi bohater dorobił się firmy, którą sprzedał bankowi Credit Agricole za 900 ml zł (!). Potem już tylko zarządzał kolejnymi spółkami bankowymi. Od 2006 r. jest prezesem jednego z największych banków komercyjnych. Tysiące Polaków deponują w jego banku swoje oszczędności lub zaciągają niezwykle drogie kredyty. Obecnie jego majątek wyceniany jest na ponad 5 mld zł. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że mamy do czynienia z geniuszem. Ale gdy przyjrzymy się jego biografii, z łatwością odkryjemy mało chwalebne fakty, które bezspornie pomogły mu zostać milionerem.

Z ogólnodostępnych stron internetowych oraz materiałów przechowywanych w Instytucie Pamięci Narodowej wynika, że mając zaledwie 18 lat, podpisał zobowiązanie do współpracy ze Bezpieczeństwa, jako TW „Ernest” nr rej 42601. Był wtedy uczniem liceum. W połowie 1982, gdy trwał stan wojenny, nasz quasi bohater podpisał zobowiązanie do współpracy, tym razem z wywiadem PRL. W październiku 1983 założono mu teczkę pod numerem, 15538 jako kontakt operacyjny o pseudonimie Ternes. Nasz quasi bohater przyznał się do podpisania zobowiązania, nie potwierdził jednak przekazywania SB informacji. Nie słyszałem, żeby media roztrząsały jego współpracę z bezpieką. Nie słyszałem, by stał się ofiarą lustracyjnych psów gończych. Politycy i media obdarowały go łaską milczenia, wychodząc z przekonania, że człowiekowi sukcesu się ufa! Dzisiaj uchodzi za filantropa, stawiany jest za wzór przedsiębiorczości. Wielu próbuje go naśladować. Bogaty i młody zarazem wydaje się trudne do pogodzenia?

Jeszcze raz podkreślam, że nie chodzi o konkretną osobę, ale o mechanizm szybkiego bogacenia się i towarzyszące temu stwarzanie wizerunku uczciwego człowieka. Znam setki ludzi, którzy w podobnym wieku, dysponują niewielkim ułamkiem wspomnianego bogacza. Pracują uczciwie, żyją skromnie, płacą podatki, dzielą się z ubogimi, szanują prawo i opanowują skłonności do rozrzutnego życia lub hazardu. Nie chcą wydawać więcej niż mogą lub powinni. Pozostają wolni wobec powracających pragnień.

 

Paradoks bogatego rozmówcy polega na tym, że pojawiają się w nim pytania, o jakie nie podejrzewamy ludzi bogatych. Patrzymy na nich jak na ludzi spłyconych, powierzchownych, bezmyślnie rozkochanych w doczesności. Czasem wręcz gardzimy bogatymi i ich bogactwem podejrzewając, że każdy banknot, którym obracają, splamiony jest potem, łzami albo krwią niewinnych. Właściwie bogaty znaczy dla nas tyle, co „niemoralny”, a więc „winny”. To schematyczne podejście nie pozwala nam ewangelicznie przyjaźnić się z bogatymi, bo boimy się, że nas kupią i będziemy postrzegani, jako ci, którzy sprzedali się za jakieś symboliczne soczewice lub srebrniki.

I oto niespodzianka, zaskoczenie, niemal szok: bogaty pyta o kwestię najważniejszą, czyli życie wieczne. Czyżby dostrzegał całą iluzoryczność i ulotność bogactwa? Czyżby odkrył, że pieniądz nie jest żadnym zabezpieczeniem, nawet dla milionera? Nie wiemy! Ślad po nim ginie i już go nie odnajdujemy na kartach Ewangelii.

Perspektywa rozstania z wielkimi pieniędzmi, z licznymi posiadłościami, niezależnie, czy są to winnice czy jachty, stajnie rasowych koni czy garaże pełne limuzyn, markowe ubrania czy drogie używki, niejednego przeraża i zniechęca, by pójść za Jezusem. Tym cenniejsze jest świadectwo tych, którzy to zrobili na oczach i ku zdumieniu wspólników, rodziny, salonu czy konkurencji.

Jeszcze jedna rzecz rzuca się w oczy: subiektywizm. Ów tajemniczy rozmówca Jezusa poprzestaje na subiektywnym odczuciu, że zachowuje wszystkie przykazania. Czy to wystarcza? Czy wystarczy, że człowiek sam o sobie wyda świadectwo, w dodatku chwalebne? Starożytna zasada prawa rzymskiego mówi: „Nemo testis idoneus in propria causa Nikt nie powinien być świadkiem w swojej sprawie.”, a tym bardziej: „Nemo iudex in causa suaNikt nie może być sędzią w swojej sprawie.” I trudno się z tym nie zgodzić. Pozwólmy innym wydawać świadectwo o nas. Wszędzie, nie tylko w sądach.

Opracowano na podstawie publikacji przekazanej przez Ks. Ryszarda Winiarskiego

11 października 2015|