”Scali nas, ocali Jedno – Ty”, Miłosierny Pan!

Łagodność rzeczy i zgrzyt w człowieku

Wiersz Gerarda Manleya Hopkinsa, zatytułowany W dolinie rzeki Elwy, jest mi bliski nie (przede wszystkim) dlatego, że napisał go mój współbrat, wybitny poeta angielski. Szukałem go intensywnie w moich (jeszcze ręcznie czynionych) wypisach, ponieważ pięknie opisuje początek wiosny i „łagodność rzeczy”, z których składa się nie tylko świat Walii, ale i świat naszej Ojczyzny. Nie ukrywam, że najbardziej przejmujące jest rozpoznanie braku, zgrzytu w nas. Dziś też (nawet jeszcze bardziej niż wtedy) zagraża nam pustka, która czyni życie bezsensownym. Ratunkiem może być jedynie miłość, Boża miłość; dziś koniecznie trzeba dodać – za św. Faustyną i Sługą Bożym Janem Pawłem II: miłosierna miłość.

Pamiętam dom, gdzie wszyscy byli tak pełni przyjaźni
Byli dla mnie, Bóg wie, jak mało jej godnego.
Już od progu, otuchą tchnąc, nozdrzy dobiegał
Zapach świeżo rąbanych drew, krzepki i raźny.
Ciepło ludzkie czyniło ten dom tak wyraźnie
Osłoną: parą skrzydeł matczynych, co strzegą
Gniazda; nocą przedwiośnia, gdy kiełkom spod śniegu
Wzejść wolno, bez pytania, bez zbędnych wyjaśnień.
Miłe lasy, wód lustra, mgły łąk w dolin dali,
Łagodność rzeczy, z których składa się świat Walii:
Jedyny brak, zgrzyt – w mieszkańcu, w człowieku;
Boża miłości, pustkę dusz na czułej szali
Zaważ i wypełnij sobą; scali nas, ocali
Jedno – Ty, mocarz-mistrz, Ty ojciec i opiekun.

Tak, wiosną świat jest naprawdę piękny, szczególnie piękny. Wystarczy w dzień ciepły i bezwietrzny wejść do kwitnącego sadu, by „przypomnieć sobie”, jak wyglądał … raj na Ziemi. Niestety, raj bywa dla nas jedynie odległym (i pewno dość rzadkim) wspomnieniem. Naszym częstym doświadczeniem jest odczucie raczej jakiegoś radykalnego braku i zgrzytu. Poeta dobrze wie, co tu jest czego przyczyną i co jest ratunkiem, dlatego modli się żarliwie:

Boża miłości, pustkę dusz na czułej szali
Zaważ i wypełnij sobą; scali nas, ocali

Jedno – Ty, mocarz-mistrz, Ty ojciec i opiekun.

Poeta może nie mówić nic więcej; taki jest jego przywilej, że wypowiadając niewiele słów, mówi bardzo dużo. Wrażliwi na głębię przesłania zawartego w poezji też mogą się tu zatrzymać, by oddać się kontemplacji i żarliwemu błaganiu: „Boża miłości, pustkę dusz na czułej szali / Zaważ i wypełnij sobą”.

– A my? A ja? Nie chcę mówić zbyt wiele. Chciałbym jednak powiedzieć, że pustka dusz i wszelki zgrzyt oraz całe dręczące zło, które spada na ludzi w każdym pokoleniu, ma swe źródło w akcie nieufności.

Nieufność degeneruje

To pierwsi rodzice powiedzieli swemu Stwórcy: Nie mamy do Ciebie zaufania. To wąż-kusiciel, udający kogoś przyjaznego i lepiej wiedzącego, naprowadził ich na akt nieufności i nieposłuszeństwa wobec ich Stwórcy i Dobroczyńcy. Księga Rodzaju w rozdziale 3 opisuje, jak przebiegało kuszenie i upadek oraz jakie były jego następstwa. Wbrew obietnicy „węża”, że otworzą się im oczy i zyskają wiedzę zarezerwowaną dla Boga (por. Rdz 3, 5), doświadczyli czegoś zgoła przeciwnego. Zostali oszukani, ponieśli wielką stratę. Wskazuje na to doświadczenie nagości. Nie zbliżyli się do boskiego sposobu istnienia. Popsuły się ich relacje nie tylko z Bogiem, ale i między nimi nawzajem. Usunął się im grunt spod nóg. Znacznie zmalało ich poczucie bezpieczeństwa.

Miejsce niedawnych serdecznych dialogów ze Stwórcą-Przyjacielem wypełniła głucha cisza. Ktoś do niedawna najbliższy i najserdeczniejszy jawił się jako zagrożenie, przed którym lepiej się skryć, choćby i wśród drzew ogrodu. Pojawił się strach przed Bogiem. Znikła radość istnienia. Zniknął też subtelny duchowy smak, znajdywany w zażyłej więzi ze Stwórcą; doszedł do głosu niepohamowany głód życia i posiadania. Duchowa radość i rozkosz, czerpana z religijnej relacji, została zastąpiona grą pożądań i ulotnych spełnień. Pismo święte nazywa to, co się dzieje w sercu człowieka – doświadczaniem pożądliwości (por. 1 J 2, 16), która czyni człowieka zaborczym i brutalnym do dochodzeniu swego. Raz „uruchomiony” dynamizm zaborczego pożądania nie daje się, tak naprawdę, niczym nasycić; nie można go też przezwyciężyć o własnych siłach, poddając go prawu bezinteresownej miłości, która nie szuka swego (por. 1 Kor 13, 5).

Człowiek nie widzi motywu, dla którego miałby odstąpić od zaborczego pożądania i zagarniania dla siebie, ile się tylko da! Nie mogąc liczyć na rozkoszne dobra płynące z więzi z Bogiem, człowiek szuka namiastek w postaci różnych przyjemnych doznań – na poziomie (pięciu) zmysłów, wrażliwości estetycznej i wartości intelektualnych.

Człowiek, mający pustą duszę i wielkie głody oraz napór pożądań, jest od środka popychany do tego, żeby zlekceważyć Boży Dekalog i stworzyć sobie antydekalog, który „wyrozumiale” przyzwoli na dynamizmy i logikę człowieka, który narodził się w akcie nieufności do Boga, nieposłuszeństwa i praktycznego odstępstwa. Jest w ludzkiej historii taki wyraźny nurt myślenia (dziś osiąga ono swoiste apogeum), które walczy o to, by człowiek nie musiał liczyć się ze swoim Stwórcą i wymogiem czynienia dobra moralnego; „wyzwolony”, wyemancypowany człowiek może żyć jedynie podług zasady przyjemności i doczesnej korzyści. W ten proceder stwarzania zlaicyzowanego człowieka nowego wprzęga się obecnie coraz śmielej struktury ustroju demokratycznego. Wyrafinowane techniki manipulacji – przy użyciu środków masowego przekazu – konsekwentnie wiodą miliony, całe narody na manowce niewiary, utraty sensu życia. Tę ostatnią stratę ma jakoś łagodzić i „osładzać” oferta coraz silniejszych doznań zmysłowych, aż po narkotyczne oszołomienie.

Finalny produkt

Niestety, finalnym „produktem” tego, co zaczęło się w akcie podejrzewania i nieufności do Boga Stwórcy, jest dezintegracja osoby. Nie rozkwit osoby, ale jej rozbicie stanowi zwieńczenie procesu odstępstwa i oddalania się od Boga. Człowiek oderwany od Boga wie o sobie coraz mniej i ceni siebie coraz mniej. Miota się między ubóstwiającym samowywyższeniem i pogardą do siebie samego i do wszystkich wokół!

Degeneracji i degradacji ulegają także więzi międzyosobowe. Muszą one stać się coraz bardziej przykre i nieznośne, skoro ich „duszą” przestała być miłość, wzajemne zaufanie i wierność. Pozostaje zatem maksymalnie ułatwić sobie rozwiązywanie dotychczasowych przykrych związków, aby móc wejść (na trochę) w nowe, także te sprzeczne z naturą…

W świecie budowanym na grzechu zwątpienia, nieufności i odstępstwa od Boga pojawia się w końcu, i to na masową skalę, to, co profesor Victor Frankl nazwał triadą neurotyczną. Składa się na nią agresja zwrócona przeciw innym lub agresja zwrócona przeciw sobie samemu; ta ostatnia w języku psychologii nazywa się depresją. Drugie masowe chorobliwe zjawisko to nałogi, które odbierają wolność i degradują – fizycznie i psychicznie. Jest w nich komponenta przyjemności (np. alkohol, tytoń, narkotyki, hazard), która ma łagodzić ból nieznośnego istnienia. Trzeba jakoś oszołomić siebie, by nie bolało życie nazbyt poważne czy nazbyt lekkie i banalne. Swoistego „smaku” życiu – pozbawionemu trwałego sensu, Boga i Nieba – przydają lęki, które są trzecim elementem triady neurotycznej.

Na pokrótce opisanej drodze nieufności i niewiary w miłość Boga są do wskazania jeszcze dwa etapy: jeden to zadeklarowanie przez człowieka ateizmu. Stworzony człowiek mówi swemu Stwórcy: ‘Nie ma Cię!’ Człowiekowi wydaje się, że jego bezsensowna i przykra egzystencja stanie się trochę znośniejsza, gdy zadeklaruje nieistnienie Stwórcy i w ten sposób uwolni się od wewnętrznego Głosu, który oskarża z powodu odstępstwa od swego Stwórcy.

Ostatnim etapem w degenerowaniu się człowieka jest piekło. Życie staje się piekielne i piekielnie nieznośne, gdy człowiek – opuściwszy krąg Miłości Boga – odkrywa, że wszystko jest przesycone nieufnością, nienasycalnymi pożądaniami, nieustannymi wzajemnymi walkami, agresją lub depresją, a także lękiem i po prostu samodestrukcją, szaleńczą i demoniczną (bo pełną smutku i nienawiści) „dekonstrukcją”.

Chrystus nas regeneruje

Zobaczmy w świetle powyższego rozważania, gdzie my jesteśmy: czy na drodze pogłębiającej się degeneracji, czy też coraz wyraźniej na drodze regeneracji?

Tylko ufna wiara w Miłość Boga Ojca, objawioną nam i daną przez Jezusa Chrystusa, stwarza nas na nowo, właśnie regeneruje, odradza, przywraca to, co było w raju, przed fatalnym zwątpieniem w miłość Boga Stwórcy.

Niech ten tak ważny punkt pozostanie tak krótki (bez usprawiedliwień). Czegóż tu nie można by czy nie należałoby powiedzieć?

Z Dzienniczka s. Faustyny – „na chybił trafił”

W bliskości Niedzieli Święta Miłosierdzia najwłaściwiej będzie zakończyć odesłaniem (siebie i Czytelników) do Dzienniczka świętej siostry Faustyny. W szkole tej wybitnej polskiej mistyczki już tak wiele osób odzyskało zdolność ufania Bogu i radowania się w Bogu Zbawcy. Tak wielu zostało zatrzymanych na drodze staczania się i degeneracji; tak wielu dzięki misji św. Faustyny zawróciło i weszło na drogę zbawienia.

Zatem przytoczę fragment z Dzienniczka, który otwarł mi się dość „przypadkowo”.

Sami zobaczmy, ile taka jedna strona niesie wiedzy o Bogu, smaku Innego Świata i rozbudzonych pragnień za żywą wiarą. Za życiem (dziecięco) uproszczonym w tym akcie strzelistym, który Miłosierny Jezus kazał wypisać na – dziś już tak licznych – obrazach i obrazkach: Jezu, ufam Tobie.

27 XI [1936]. Dziś w duchu byłam w niebie i oglądałam te niepojęte piękności i szczęście, jakie nas czeka po śmierci. Widziałam, jak wszystkie stworzenia oddają cześć i chwałę nieustannie Bogu; widziałam, jak wielkie jest szczęście w Bogu, które się rozlewa na wszystkie stworzenia, uszczęśliwiając je, i wraca do źródła wszelka chwała i cześć z uszczęśliwienia, i wchodzą w głębie Boże, kontemplują życie wewnętrzne Boga – Ojca, Syna i Ducha Świętego, którego nigdy ani pojmą, ani zgłębią.

To źródło szczęścia jest niezmienne w istocie swojej, lecz zawsze nowe, tryskające uszczęśliwieniem wszelkiego stworzenia. Rozumiem teraz św. Pawła, który powiedział: Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani weszło w serce człowieka, co Bóg nagotował tym, którzy Go miłują. – I dał mi Bóg poznać jedną jedyną rzecz, która ma w oczach Jego nieskończoną wartość, a tą jest miłość Boża, miłość, miłość i jeszcze raz miłość – i z jednym aktem czystej miłości Bożej nie może iść nic w porównanie. O, jakimi niepojętymi względami Bóg darzy duszę, która Go szczerze miłuje. O, szczęśliwa dusza, która się cieszy już tu na ziemi Jego szczególnymi względami, a nimi są dusze małe i pokorne.

Ten wielki majestat Boży, który głębiej poznałam, który wielbią duchy niebieskie według stopnia łaski i hierarchii, na które się dzielą; widząc tę potęgę i wielkość Boga, dusza moja nie została przerażona grozą ani lękiem, nie, nie – wcale nie. Dusza moja została napełniona pokojem i miłością, i im więcej poznaję Boga, tym więcej się cieszę, że takim On jest. I cieszę się niezmiernie Jego wielkością, i cieszę się, że jestem taka maleńka, bo dlatego, że jestem mała, nosi mnie na ręku swym i trzyma mnie przy Sercu Swoim.

O mój Boże, jak mi żal ludzi, którzy nie wierzą w życie wieczne, jak się modlę za nich, aby i ich promień miłosierdzia ogarnął, i przytulił ich Bóg do łona ojcowskiego. O miłości, o królowo. – Miłość nie zna bojaźni, przechodzi przez wszystkie chóry anielskie, które przed Jego tronem trzymają straż. Ona się nie zlęknie nikogo; ona dosięga Boga i tonie w Nim jako w jedynym skarbie swoim. Cherubin z mieczem ognistym, który strzeże raju, nie ma władzy nad nią. O czysta miłości Boża, jakżeś wielka i nieporównana. O, gdyby dusze poznały moc Twoją (Dzienniczek, numery 777-781).

Krzysztof Osuch SJ
Źródło: www.katolik.pl
21 kwietnia 2016|