Savoir-vivre w Kościele?

Co wolno, a czego nie należy robić w murach świątyni i poza nimi?

Bywa, że nie wiemy albo nie chcemy wiedzieć, jak się zachować, nie zawsze też poprawnie budujemy relacje między sobą. Wierni narzekają na niekulturalne zachowania księży, a księżą skarżą się na prymitywne zachowania wiernych. Jak to wszystko zmienić?

Mszalni rozrabiacy

Najpierw sprawy kultury w kościelnych murach, szczególnie podczas Eucharystii. Lista niewłaściwych zachowań niektórych wiernych jest długa. – Głośne rozmowy, spóźnianie się na Mszę św., przepychanie nawet w kolejce do Komunii Świętej, grające telefony – wylicza Anna Andrzejewska, socjolog, mama czworga dzieci.

Ksiądz Maciej, proboszcz jednej z parafii w dużym mieście: – Faktycznie, coś negatywnego dzieje się z nami. I widać to również podczas Mszy św. Odprawiam, modlę się, ale jednocześnie widzę i słyszę wiernych. Guma do żucia w ustach pana w pierwszym rzędzie czy nonszalancki wygląd i sposób siadania w ławkach – to dość częste zachowania. Dziwi mnie to i smuci, bo przecież te same osoby, gdyby poszły na eleganckie przyjęcie, raczej umiałyby się zachować. W kościele najwyraźniej nie chcą.

Także ubiór, jakże często nielicujący z miejscem. – Czy nie mamy świadomości, jak należy przyjść ubranym na Mszę św.? – zastanawia się A. Andrzejewska. – Latem krótkie spodenki, sukienki na ramiączkach, zimą niechlujstwo, jakby się szło na bazar. Dla mnie to nie jest znak dzisiejszych czasów, tylko oznaka lekceważenia.

W wielu kościołach wiszą „instrukcje” kulturalnego ubioru. Tymczasem większość zna podstawy dress code’u i stosuje je, jeśli chodzi o pracę, spotkania towarzyskie, biznesowe. Dlaczego depczemy zasady, które powinno się zachowywać w kościołach? Nie są to wymagania ponad możliwości przeciętnego Kowalskiego. Na Mszę św. powinniśmy ubierać się odświętnie, bez golizny, w sposób stonowany.

Między nami, wiernymi

Teraz trochę o relacjach między wiernymi. – Kościół jest miejscem, w którym najbardziej razi niedostrzeganie drugiego człowieka – mówi red. Weronika Zaguła, szefowa publicystyki Radia Plus. Przykłady? Można je mnożyć. – Kiedyś z oddali widziałam, jak w kolejce do spowiedzi stoi (a raczej opiera się o balkonik) pewna pani. Dlaczego nikt nie wpuścił tej kobiety bez kolejki? Dlaczego była niewidzialna?

Wydaje się, że mimo miejsca świętego nie potrafimy też w bliźnim dostrzec… bliźniego. Dlatego wciąż toczą się dyskusje, „czy zabierać dzieci do kościoła” lub słyszy się opowieści o „złośliwych babciach”. – Brak nam odrobiny dobrej woli. Po jednej stronie znajdują się starsi ludzie przychodzący na Mszę św. z kazaniem dla dzieci, którym przeszkadza, że dzieci płaczą, mówią, chodzą… Po drugiej są natomiast rodzice małych dzieci, którzy przychodzą na Mszę św. „dla dorosłych” i pozwalają swoim pociechom dosłownie na wszystko, nie wyłączając wchodzenia na ołtarz – opisuje A. Andrzejewska. – A tu wystarczyłaby zwykła zasada: szanuję siebie i innych.

Bo czy naprawdę w każdej gazetce parafialnej powinno umieszczać się wytyczne: „nie cwaniakujemy przy kolejce do spowiedzi, podchodząc cichcem z drugiej strony”, „ustępujemy miejsca kobietom w ciąży i starszym osobom”, „uczymy dzieci, że Msza św. to nie plac zabaw”, „nie wyjemy na całe gardło, udając gwiazdy operetki, lecz śpiewamy razem z wiernymi”, „wyciszamy komórki, żeby nie dawały koncertów”? Przecież to są sprawy jasne. A mimo to…

A co w sytuacji, gdy osoba obok nas przeszkadza innym? Upominać czy udawać, że nie widzimy? – Upominam, jeśli nie mogę kompletnie się skupić na Mszy św., bo np. ktoś gada za moimi plecami – mówi pisarka, dziennikarka i teolożka, dr Elżbieta Wiater. – Oczywiście grzecznie. Jedni cichną i przepraszają. Inni są impregnowani na prośby. W Krakowie, gdzie mieszkam, trzeba się przyzwyczaić, że poza nabożeństwami kościoły zwiedza wiele turystów, a to nie sprzyja ciszy.

– Wydaje mi się, że z interwencjami warto jednak uważać. W ogóle z pochopną oceną – uważa W. Zaguła. – Złowrogie spojrzenia na kogoś, kto po przystąpieniu do Komunii wyciąga telefon? Może otwiera modlitwę, którą chce odmówić. Nigdy też nie wiemy, dlaczego sąsiad z ławki decyduje się odpisać na SMS w kościele. Może dzieje się coś trudnego i bardzo poważnego w domu? Niech sobie już z Bogiem wyjaśni, czy to było na tyle ważne.

Italianizacja nabożeństw

Według ks. Wojciecha Szychowskiego, psychologa, brak szeroko rozumianej kultury w kościele wiąże się z tym, że traktujemy przestrzeń sakralną jak miejsce, w którym „znowu musimy o coś walczyć”.

– Przenosimy zachowania z codziennego życia w kościelne mury. Próbujemy więc walczyć o miejsce w ławce, o kolejkę w konfesjonale, o kolejkę do Komunii św. Jest to związane z faktem, że w codzienności mamy poczucie, że musimy „bić się o wszystko” – uważa kapłan. – Poza tym dziś część wiernych traktuje kościół jak każde inne miejsce. Jeśli do teatru można pójść w podartych jeansach, to do kościoła też. Inna sprawa, że to gospodarz w dużym stopniu odpowiada za kulturę w swoim domu.

Ks. prof. Marek Lis, Uniwersytet Opolski: – Przez wiele lat pracowałem we Włoszech. Obserwowałem przedziwne zachowania w czasie nabożeństw: wchodzenie, wychodzenie, rozmowy, wielu wiernych zachowywało się jak widzowie, a nie osoby modlące się. Takie postępowanie być może wynika z włoskiego temperamentu, innej kultury. W naszych kościołach było to kiedyś nie do pomyślenia. Od pewnego czasu także u nas obserwuję swego rodzaju „italianizację” nabożeństw. To oczywiście moje osobiste określenie. Nie jest to skala gigantyczna, ale zmianę zachowań części wiernych da się zauważyć. Rozumiem, że ktoś może się spóźnić, bo różnie w życiu bywa. Ale denerwują mnie momenty, gdy w takiej sytuacji zamiast cicho zająć miejsce, wchodzi procesyjnym przejściem przez główną nawę, rozgląda się na boki. Przykro mi też, gdy w okolicy ogłoszeń czy modlitwy pokomunijnej ludzie wychodzą z kościoła. Msza św. kończy się błogosławieństwem.

A dzieci? Wciąż toczą się dysputy: zabierać je na Eucharystię? Na co pozwalać? Zdaniem ks. prof. Marka Lisa dzieci są liturgią zainteresowane „na swój sposób”. Mają prawo (te małe) wyjść z ławki, popatrzeć na ołtarz, muszą poznać miejsce, ludzi, sytuację. – Ale jeśli większe dziecko biega po kratce wentylacyjnej i skacze jak na trampolinie, zachowania takiego nie lubię, bo to przekroczenie granic i niczemu nie służy. Wtedy warto zapytać rodziców, dlaczego nie reagują.

Przychodzi człowiek do księdza…

Kolejny wątek. – Niedawno byłam na ważnym spotkaniu z pewnym księdzem. Nie tylko przyszedł spóźniony, ale jeszcze cmokał resztkami kolacji wysysanymi spomiędzy zębów. To rażący przykład, który ukazuje stosunek części księży do wiernych – opowiada A. Andrzejewska. – Poczucie wyższości wielu z nich przytłacza. Co mnie również boli? Na przykład ograniczenie spotkań z wiernymi poza budynkiem kościoła do kolędy. Drażnią mnie również nieprzygotowane kazania – to oznaka lekceważenia wiernych.

Na co powinno się zwracać uwagę, gdy mówimy o kulturze bycia między księżmi i wiernymi? – Przede wszystkim na godność drugiego człowieka i jego odrębność. Parafianie nie są własnością proboszcza, który za „Bóg zapłać” może zajmować ich wolny czas. Duchowny nie jest natomiast maszyną, dostępną 24 godziny na dobę na nasze wezwanie i który powinien podporządkowywać czas trwania homilii do widzimisię wiernych – twierdzi W. Zaguła. – Chciałabym, żeby księża nie zapominali, że przy konfesjonale klęczy człowiek. Że zdjął maskę, na głos wypowiedział swoje słabości. Właśnie wtedy zdarza się, że sypią się na niego gromy. Większość z nas przynajmniej raz przeżyła w życiu poniżenie przy spowiedzi. Na wzór kogo to się odbywa? Na pewno nie Jezusa. W takich momentach zawsze zaczynam się modlić: „Panie, proszę Cię, by tu nie trafił nikt poraniony, nikt, kogo to zachowanie zrazi do Ciebie”.

Kaziu i Aniu, czyli o „tykaniu”…

Kiedy i w jakich okolicznościach możliwe jest – lub wręcz wskazane – by wierny i kapłan mówili sobie na „ty”, a kiedy może to rodzić problemy? – Współpracuję z wieloma księżmi: młodszymi i starszymi. Jeśli znamy się długo, to z czasem w sposób naturalny przechodzimy na „ty” – opowiada pani Monika, pracownik instytucji kościelnej. – Jednak irytują mnie młodsi księża, którzy niejako wymuszają takie zachowanie. A już najbardziej denerwująca jest sytuacja, gdy ksiądz zaczyna „tykać” – i jest to jednostronne. W zasadzie powinnam zaprotestować: „jestem panią Moniką, szanowny księże, w dodatku mogłabym być księdza matką”, ale jakoś nie potrafię…

Ksiądz Wojciech Szychowski, psycholog: – W obecnych czasach kapłan przestaje być autorytetem z samej racji bycia księdzem. Ten autorytet musi być wsparty faktami, które będą budowały szacunek. Jeśli duchowny zwraca się do swoich parafian po imieniu, to musi liczyć się z tym, że ci bardziej asertywni zaczną do niego mówić również na „ty”. Jest to naturalna konsekwencja takiego zachowania.

Kiedy więc „tykać”, a kiedy nie? – Trzeba zachować ostrożność. Nie dlatego jednak, że „ksiądz to ksiądz”, ale z racji, że wiele osób chce w kapłanie widzieć ojca, nie kolegę – mówi ks. Szychowski. – Moim zdaniem nie ma żadnej zasady dotyczącej przechodzenia na „ty”. Wszystko zależy od sytuacji, konkretnych osób, ich wrażliwości.

Ksiądz prof. Marek Lis zwraca uwagę, że dystans pozwala zachować… uważne spojrzenie. Gdy jest się w relacji zbyt blisko, często wszystko jest dla nas jasne, bywa że błędnie. Tymczasem, gdy zachowujemy odległość, trzeba się drugim zainteresować, popatrzeć i niejako „wyjść z siebie”. – Zdarza się, że z „tykaniem” łączy się tendencja do lekceważenia. Mały Książę oswajał lisa powoli. „Oswajanie się” z ludźmi wymaga czasu. Nie należy udawać, że ktoś jest naszym bliskim znajomym, gdy znam go za krótko – uważa ks. prof. Lis. – Czasem zachowanie form „pan”, „pani”, „ksiądz” ułatwia wspólne działania. Oczywiście jeśli obie strony znają się długo, lubią się, to nic nie stoi na przeszkodzie, by zaczęły mówić do siebie po imieniu. Rzecz jasna za obopólną zgodą.

Źródło: www.kosciol.wiara.pl
24 marca 2019|