Powołanie do leczenia i powołanie do cierpienia

Badanie to nieodzowny element pracy lekarza. Kiedy osłuchuję pacjentów, zastanawiam się nieraz, dlaczego jestem akurat po tej stronie stetoskopu. Wierzę, że takie powołanie dał mi Bóg, a kluczem do jego właściwego wypełniania jest traktowanie każdego tak, jakby był samym Jezusem Chrystusem. Niektórzy pacjenci mają tak wiele chorób, że można by je sprawiedliwie rozdzielić na kilkoro ludzi i każdy z nich czułby się zmiażdżony. Mam ochotę uklęknąć przed takimi osobami.

W poszukiwaniu sensu cierpienia
Nie zawsze jednak tak było. Jako student medycyny nie zdawałem sobie sprawy z tego, że cierpienie to wielka łaska i że przez cierpienie dusza upodabnia się do Zbawiciela (por. Dzienniczek, 57). Diagnozowanie wydawało mi się rozwiązywaniem zagadek, a leczenie prostą sprawą.
Dopiero kiedy bliska mi osoba zachorowała, poznałem prawdę. Okazało się, że nawet gdy – dzięki zażywaniu właściwych leków – wyniki laboratoryjne wrócą do normy, nie jest to koniec choroby przewlekłej.
Przekonałem się bowiem, że każda długotrwała choroba wiąże się z tym, że człowiek znajduje się w permanentnej sytuacji kryzysowej. Ma wrażenie, że jest „skrzywdzony przez los”, niezdolny do pełnienia swoich obowiązków, miewa poczucie beznadziei i bezsensu. Czuje się niekiedy bardzo osamotniony, nikomu niepotrzebny, nie zrozumiany, zawstydzony.
Gdy spotkało to kogoś z moich najbliższych, poczułem bunt i złość na Pana Boga. Doświadczyłem przecież w swoim życiu tego, że On jest miłością, że troszczy się o swoje dzieci, że Jezus rzeczywiście umarł na krzyżu i zmartwychwstał, abyśmy mogli być wolni i mieć życie w obfitości (por. J 10,10). Dlaczego taka „kara” spadła na niewinną osobę? To mi się nie zgadzało.
Zacząłem szukać odpowiedzi; pytałem księży, czytałem książki na ten temat. Wiele razy usłyszałem, że Pan Bóg w swej mądrości dopuszcza na kogoś zło, jakim jest choroba, dlatego że prowadzi to do większego dobra, którego my możemy nie widzieć. Jednak ta odpowiedź mi nie wystarczyła…
Bóg nie zapomniał o tobie
W pewnym momencie odnalazłem fragment Listu do Kolosan, w którym św. Paweł mówi, że raduje się w cierpieniach, w swoim ciele dopełniając braki udręk Chrystusa dla dobra Kościoła (por. Kol 1,24). Bardzo mnie to zaintrygowało. Jak można radować się w cierpieniach i jak może to być dobre dla Kościoła?
Komentarzem do tego fragmentu jest list apostolski św. Jana Pawła II Salvifici doloris oraz właściwie każdy z papieskich listów pisanych z okazji Światowego Dnia Chorego.
Papież nie tylko zachęcał do akceptacji swojego krzyża, ale także zapewniał, że każdy z nas, duchowo łącząc swój ból z męką Pana Jezusa na krzyżu, przyczynia się do odkupienia.
Każde cierpienie może być ofiarowane w jakiejś intencji. Dla przykładu pacjenci przykuci do łóżka, ofiarowując swoje trudności za misjonarzy, przyczyniają się do powodzenia ich misji.
Z tych właśnie powodów każde cierpienie ma nie tylko sens, ale i wielką wartość. Pacjenci obłożnie chorzy czy niepełnosprawni bynajmniej nie są bezużyteczni, ale pełnią niezastąpioną służbę! Jan Paweł II zwrócił się do chorego:
„Odwagi! Bóg nie zapomniał o Tobie. Chrystus cierpi razem z Tobą. Ty zaś, ofiarując swe cierpienia, możesz z Nim współpracować w odkupieniu świata!” (Orędzie na XIII Światowy Dzień Chorego, 2005 rok).
Ofiarować cierpienie
Czy jest to nowy pomysł, aby tak interpretować cierpienie? Siostra Łucja dos Santos zapisała w swoich wspomnieniach, że w Fatimie niecałe 100 lat temu usłyszała:
„Ze wszystkiego, co możecie, składajcie Bogu ofiary jako akt zadośćuczynienia za grzechy, którymi jest obrażany, oraz za nawrócenie grzeszników. Przede wszystkim przyjmujcie i znoście z poddaniem cierpienia, które Bóg wam ześle”.
W tych samych latach co siostra Łucja żył św. ojciec Pio. W jego listach możemy znaleźć następujący fragment:
„Pan Jezus wybiera sobie dusze i wśród nich wybrał – bez jakiejkolwiek zasługi z mej strony również moją, aby Mu pomagać w wielkiej sprawie zbawienia ludzkości, i im więcej te dusze cierpią bez chociażby tylko jednej pociechy, tym więcej lżejsze stają się cierpienia dobrego Jezusa” (Epistolario di Padre Pio I, 335).
Nie brak też i innych świętych nawiązujących do tego tematu, jak chociażby św. Teresa Benedykta od Krzyża, która pisała:
„Istnieje powołanie do cierpienia z Chrystusem i przez nie do współdziałania w Jego zbawczym dziele. Złączeni z Panem, stajemy się członkami Jego Ciała Mistycznego” (Pisma, t. 2, s. 163).
Lekarze i pacjenci w kościele
Dzisiaj daje się słyszeć echa tego myślenia w różnych inicjatywach. W Polsce działają grupy czy stowarzyszenia katolickie wspierające chorych i pomagające im odczytywać pozytywny sens cierpienia.
W Poznaniu istnieje Niewidzialny Klasztor Jana Pawła II, w Głogowie Centrum Ochotników Cierpienia (apostolat założony przez Błogosławionego Luigiego Novaressego), w Katowicach – Apostolstwo Chorych. To tylko niektóre z tego typu inicjatyw.
Zatem każdy chory znajdzie swoje miejsce w Kościele. A miejsce lekarza? Wiadomo – przy pacjencie. Każdy z nas czasami pełni rolę lekarza, choć i nam nie brak momentów bycia pacjentami.
Kościół pokazuje nam to każdego dnia. Wystarczy ponownie przywołać postać św. Jana Pawła II. Jego umęczone przez chorobę Parkinsona oblicze jest tym samym, któremu przypisuje się uzdrowienia wielu.
Liczby nie kłamią
Nawet gdybym zapomniał o roli Kościoła, to czasem usłyszę pacjenta, który do pielęgniarki zawoła „siostro”. To znak, że u źródeł opieki nad chorymi znajdowały się zakonnice. Obecnie wydaje się, że działa dużo mniej placówek medycznych prowadzonych przez Kościół niż kiedyś, ale to tylko pozory.
Przyjrzyjmy się następującym liczbom: według agencji Fides na dzień 21 października 2011 roku na świecie prowadzonych przez Kościół było około 5,5 tys. szpitali, blisko 18 tys. przychodni, 561 leprozoriów, 16 tys. domów dla osób starszych, przewlekle chorych i niepełnosprawnych oraz 10 tys. sierocińców!
Niektóre z tych placówek są owiane sławą, jak np. Dom Ulgi w Cierpieniu Ojca Pio w San Giovanni Rotondo. Istnieje również podobna placówka prowadzona przez kapucynów w Krakowie oraz Stowarzyszenie „Lekarze Nadziei” w Warszawie.
Nie sposób policzyć, ilu chorym pomagają inne organizacje zakładane i prowadzone przez chrześcijan. Można tu wymienić Caritas, poznańską Fundację Redemptoris Missio oraz statek-szpital „Ship of Mercy”, na którym operuje się u wybrzeży Afryki tysiące chorych.
Obecności Kościoła w służbie zdrowia nie trzeba nawet daleko szukać. W niemal każdym polskim szpitalu, często mimo wielkich przeciwności, jakiś odważny ksiądz kapelan wędruje od sali do sali i przynosi Chrystusa najbardziej potrzebującym.
Coraz więcej osób świeckich, wolontariuszy, ukończywszy różnego rodzaju kursy opieki duszpasterskiej, pomaga księżom w tej posłudze.
W jedności z misjonarzami
W Kościele są i chorzy, i zdrowi, lekarze i ci, którzy się źle mają. Polscy misjonarze w Ameryce Południowej czy w Afryce – dosłownie i w przenośni –- czynią ofiarę z samych siebie, ze swojego trudu i odwagi.
Przez większą część roku pomagają oni chorym i ubogim, a czasami przylatują do domu, aby podreperować swoje zdrowie w klinice chorób tropikalnych…
Na zakończenie przytoczę fragment encykliki Jana Pawła II pt. Redemptoris missio:
„Z modlitwą trzeba łączyć ofiarę. Zbawcza wartość każdego cierpienia, przyjętego i ofiarowanego Bogu z miłością, wypływa z Ofiary Chrystusa, który wzywa członków swego Ciała Mistycznego do współudziału w swych udrękach […].
Przez taką ofiarę [osoby cierpiące] stają się również sami misjonarzami […]. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego – początek misji Kościoła – jest obchodzona w niektórych wspólnotach jako »dzień cierpienia w intencji misji«” (RM 78).
Maciej Klimasiński
milujciesie.org.pl
29 września 2018|