PIĘKNO MIESZKA W SERCU CZŁOWIEKA

17 październik 2014 roku; ŚWIADECTWO WIARY – „Nie wyrzucono go na śmietnik”. Tylko łzy płynęły mi po policzkach. Ojciec Święty mówił, że piękne śpiewam pieśni. Mówił, żebym wykorzystał te łaski Boże, podróżował po świecie i dziękował za cudowne uzdrowienie. Rozmowa z Zygmuntem Romanowskim o jego niezwykłym uzdrowieniu, łasce Bożej i dziełach charytatywnych; Niedawno mieliśmy przyjemność gościć go w naszej parafii. Zawdzięczamy mu wysłuchanie koncertu, który długo pozostanie w naszej pamięci. Początek jego życia osnuty jest tajemnicą. Mimo wielu starań nie udało mu się ustalić prawdziwej daty urodzenia, a nawet miejsca, gdzie przyszedł na świat, nie mówiąc o tym jak wielka tęsknotę może mieć człowiek, który nie zaznał miłości rodzicielskiej.PIĘKNO MIESZKA W SERCU CZŁOWIEKA

Nie wie, ile dokładnie ma lat i czy jego korzenie są polskie, czy też nie. Nie zna także swoich rodziców. Jedynym rozwiązaniem w tej sytuacji było przyznanie mu z urzędu fikcyjnych danych. Zygmunt Romanowski, bo o nim mowa, wie jednak na pewno, że do życia powołał go Bóg, któremu jest wdzięczny za wszystkie dary i koleje życia.

Dziś w kościołach, domach dziecka, szpitalach, domach pomocy społecznej, więzieniach i innych placówkach całego kraju dzieli się świadectwem swojego niezwykłego życia.

Zostałem prawdopodobnie porzucony przez rodziców i to wówczas, kiedy najbardziej potrzebowałem ich miłości, wsparcia, opieki. We wczesnym dzieciństwie przebyłem nieuleczalną chorobę -wirusowe zapalenie rogów przednich rdzenia kręgowego (połiomyelitis anterior acuta). Doszło do paraliżu rąk i nóg na okres prawie trzech lat. Musiałem być wtedy podłączony do urządzeń podtrzymujących życie.

Były to m.in. sztuczne płuca, które pomagały mi oddychać, aby nie doszło do samouduszenia, wprowadzono mi także rurki do, żołądka, przez które podawano pokarm, gdyż nie potrafiłem samodzielnie połykać.

Groziło mi także, że nigdy nie będę mówił, ponieważ odłączenie aparatury, abym mógł uczyć się mówić, zagrażało życiu – wyznaje Zygmunt Romanowski.

Najistotniejsza była dla niego świadomość, że mimo iż rodzice go porzucili i nigdy nie powrócili, jednak Bóg go nie opuścił… W jego słabości mocą był i jest Bóg… i aby mocniej mu to uświadomić, cofnął nieuleczalny metodami ludzkimi paraliż, pozostawiając jedynie niedowład lewej nogi.

To, że został uleczony w niewytłumaczalny sposób ze śmiertelnej choroby, musiało być ogromnym zaskoczeniem dla lekarzy. Stał się cud! – Po przebytej chorobie zostałem jednak niemową i wszystko „wskazywało na to, że pozostanę nim do końca życia.

Bóg jednak postanowił ofiarować mi dar mówienia. Stało się to w dość dziwnej sytuacji, w ochronce prowadzonej przez siostry zakonne, gdzie ‚ przebywałem kilka lat – wyjaśnia pan Romanowski. Dzieci w różny sposób dokuczały mu, wiedząc, że nie może się bronić ani skarżyć.

– Któregoś dnia płacząc z powodu tak wielu smutków, krzyknąłem, co wprawiło siostrę w osłupienie. Natychmiast zostałem obdarowany za to olbrzymią ilością cukierków – wspomina. Naukę mówienia nie rozpoczął jednak, jakie dzieci, od słów „mama”, „tata”, ale od słów modlitwy. Miał wówczas 7 lat.

Niezwykły dowód, patrząc na tego człowieka, aż trudno uwierzyć, że jego ciało kilka lat było sparaliżowane, gdyż pan Zygmunt naturalnie porusza rękami, chodzi, śpiewa w różnych językach, a nawet gra na gitarze. Bóg, przewidując niedowierzanie ludzi w jego uzdrowienie, pozostawił niezwykły dowód. Jest nim całkowity niedowład lewej nogi.

– Dla tych, którzy chodzą, może nie jest niczym ciekawym to, że można chodzić, ale ci, którzy mają paraliż nóg, wiedzą, że nie można stanąć na niewładnej nodze – mówi Romanowski. Tymczasem pan Zygmunt może przejść przy pomocy kuł ortopedycznych nawet 20 m, tak by nogi cały czas były ok. 10 cm od ziemi.

.

Z wdzięczności Bogu za tę wielką, niezwykłą przemianę życia – z beznadziejnego stanu do wewnętrznej duchowej radości – postanowił wspierać dzieła w służbie ludziom cierpiącym i Kościołowi katolickiemu na świecie.

Za jego przyczyną wspartych zostało ponad 20 inwestycji.

Pan Zygmunt przyczynił się do budowy 5 kościołów, Hospicjum św. Brata Alberta w Dąbrowie Tarnowskiej, szkoły dla dzieci niepełnosprawnych w Wieliczce, Domu Samotnej Matki w Krakowie i wielu innych. Pewnie, dlatego przylgnęło do niego określenie „ambasador Bożej miłości”.

Napisał też książkę pt. „Ku Bogu i człowiekowi”, która jest, jak podkreśla, „wielkim dziękczynieniem Bogu za jego niestające Miłosierdzie, przemieniające moje trudne życie, oraz pomoc dla ludzi w potrzebie”. Dochody z publikacji przeznaczył także na cele charytatywne, podobnie jak dochody z autorskiej płyty z jego nagraniami. Jak sam mówi:

  • „Nie trzeba być pięknym, doskonałym cieleśnie, aby można było pomóc innemu człowiekowi. Piękno mieszka w sercu człowieka”. Żywy przykład dobroci Boga.

Występ w Castel Gandolfo na zaproszenie Ojca Świętego Jana Pawła II otworzył mu drzwi do wielu krajów świata, po których podróżuje, przekazując ludziom świadectwo o swoim życiu. Pan Zygmunt często podkreśla; „Jestem żywym przykładem dobroci Boga. To dzięki Niemu mogę tak wiele. Bez głębokiej wiary trudno byłoby mi zrozumieć sens cierpienia”. Romanowski nie ukrywa, że mimo upływu lat ciągle pragnie odnaleźć swoich rodziców, aby poznać swoje korzenie, prawdziwe nazwisko i datę urodzenia laby podziękować im za to, że zostawili go pod opieką lekarzy, a nie wyrzucili na śmietnik.

Zygmunt Romanowski zdał maturę w poznańskiej szkole dla niepełnosprawnych. Naukę kontynuował w Krakowie na Akademii Górniczo-Hutniczej i Akademii Ekonomicznej. Uzyskał absolutorium z cybernetyki, zaś jego pasją stało się śpiewanie.

Jeszcze podczas studiów zaczął pisać teksty piosenek i komponować do nich melodie. Świetnie opanował grę na gitarze. Jest też doskonałym rysownikiem. Uczestnicy jego koncertów zawsze wpadają w zachwyt i zdumienie, bo są świadkami niezwykłego spotkania, a raczej zwykłego spotkania z niezwykłym człowiekiem.

Wszystkie moje braki, a nawet w niektórych dziedzinach prześcignąłem rówieśników. W podstawówce, a potem jeszcze w zawodówce radiowo-telewizyjnej w Poznaniu, gdzie uczyłem się naprawiać telewizory i inne tego typu urządzenia, miałem dużo ocen niedostatecznych.

Ale już w szkole średniej, w technikum w Poznaniu, byłem – ku własnemu zdumieniu – prymusem, co pozwoliło mi dostać się bez egzaminów wstępnych na Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie, a później na Akademię Ekonomiczną. Dodatkowo wziąłem też sobie niektóre zajęcia, jak np. z radiobiologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Zajmowałem się też trochę biocybernetyką, jak choćby zastępowaniem kończyn prawdziwych, np. uciętej ręki, ręką sztuczną sterowaną z mózgu, która zapewnia samodzielność.

JL: Nosi! Pan już różne imiona. Z bycia Józefem zrezygnował Pan dowiedziawszy się, że tak miał na imię Stalin…

ZR: Przez pewien czas byłem Józkiem, Tomkiem, a potem przez prawie 10 lat na studiach – Zbigniewem. Kiedy miałem już ok. 24 lata, dowiedziałem się, że mogę przybrać na stałe jedno nazwisko i imię, imiona rodziców oraz datę urodzenia, tylko trzeba to ~ załatwić urzędowo.

Dla rodziców za namową higienistki wybrałem imiona Genowefa i Jerzy, a dla siebie – Zygmunt. Z książki telefonicznej, którą podsunęła mi urzędniczka, wybrałem nazwisko Romanowski.

  • Bardzo chciałbym poznać swoich rodziców; wędruję już tyle lat po świecie l mam nadzieję, że może kiedyś o mnie usłyszą, przypomną sobie, podejdą do mnie…

JL: jak to się stało, że niegdyś bezwiedne, sparaliżowane ręce dziś tak wirtuozersko grają na gitarze, że śpiewa Pan i komponuje, choć przez wiele lat był Pan kompletnie niemuzykalny? Ma Pan też piękne brzmienie głosu i staranną dykcję.

ZR: To prawda, w tym moim procesie dziwacznego zdobywania wiedzy z różnych dziedzin, największy problem miałem z muzyką. Do tego stopnia, że nie potrafiłem powtórzyć najprostszego dźwięku ani zagrać go na fortepianie. Moi rówieśnicy śmiali się, że jestem kompletnym beztalenciem. A ja widziałem, że człowiek muzykalny jest bardziej lubiany w swoim środowisku – szczególnie ci, którzy śpiewają na chwałę Bożą, Chciałem być lubiany i postanowiłem coś z tym zrobić.

W moim umuzykalnieniu pomogła mi wtedy bardzo siostra zakonna, która była organistką w pobliskiej kaplicy. Przez dwa lata waliłem uparcie w klawisze fortepianu, ćwicząc wytrwale, czasem nawet płacząc – tak bardzo chciałem nauczyć się grać. Cierpliwa siostra znosiła to z pokorą.

A dla mnie wtedy gama była czymś zupełnie niezrozumiałym.

Po dwóch latach takiego, wydawało się beznadziejnego treningu, coś się nagłe w moim mózgu odblokowało i zacząłem rozpoznawać dźwięki, zacząłem w nie trafiać. Ale trudno wziąć fortepian na plecy i wędrować po świecie, co innego z gitarą. Andrzej Piaskowski nauczył mnie najpierw na tym instrumencie trzech akordów. Potem Henryk Piecuch, który też ładnie grał, przekazał mi inne tajniki. Tak, więc jeszcze w podstawówce nauczyłem się gry na gitarze.

JL: jednakże na studiach wydawało się, że będzie Pan raczej naukowcem, tymczasem ostatecznie został Pan artystą i to śpiewającym na chwałę Pana Boga…

ZR: Zauważyłem, że choć coraz więcej wiem i rozumiem, i coraz lepiej sobie radzę, to ocean wiedzy jest tak ogromny, że nigdy go nie zgłębię. Doszedłem do wniosku, że najważniejsza jest wiedza teologiczna, wiedza o Panu Bogu, żeby móc iść ku Niemu, ku Światłości, bo to jest fantastyczna droga, która wiedzie ku szczęściu wiecznemu.

Doszedłem też do wniosku, że umknie mi życie na zgłębianiu cybernetyki i innych trudnych zagadnień, a gdzie podziękowanie Panu Bogu, gdzie dobre uczynki wobec bliźnich? Chociaż przez zdobywanie wiedzy człowiek też zbliża się ku Bogu, bo wszelka wiedza przecież od Niego pochodzi, to gdzie indziej widziałem swoje powołanie.

Tak, więc jeżdżę od wielu lat po Polsce i świecie, i dziękuję Panu Bogu za dary, które od niego otrzymałem, a także za to, że dzięki tym moim muzycznym tournée, podczas których sprzedaję płyty z moimi nagraniami – nazywam je cegiełkami Miłosierdzia – tyle pięknych dzieł udało mi się już sfinansować.

J L: Podobno wielki wpływ na Pańskie decyzje i w ogóle na Pańską drogę życiową miał Ojciec Święty Jan Paweł II?

ZR: Moje życie też toczyło się w pewien sposób wokół osoby kard. Karola Wojtyły i później Jana Pawła li. Miałem szczęście spotykać go w 2 połowie lat 70-tych u karmelitów bosych w Krakowie na ul. Rakowickiej, dokąd, podobnie jak do jezuitów na ul. Kopernika, przychodził wówczas, jako kardynał. Bardzo chętnie uczęszczałem tam na studenckie spotkania duszpasterskie, by poszerzać i uzupełniać wiedzę teologiczną, religijną, która wtedy była u mnie powierzchowna.

Wcześniej wiele lat spędziłem w państwowych domach dziecka i sanatoriach, a tam tylko wyjątkowo pozwalano na chodzenie na Mszę św. To m.in., dlatego miałem duże braki w wiedzy i praktykach religijnych. W czasie studiów mogłem wreszcie regularnie chodzić do kościoła. Z tamtego okresu zapamiętałem mądre słowa kard. Wojtyły, że póki rzecz będzie ważniejsza niż człowiek, zło na ziemi będzie niestety triumfować.

W 1985 r. we wrześniu pojechałem wraz z karmelitami bosymi na pielgrzymkę do Rzymu. Wtedy też spotkałem się z Ojcem Świętym na Mszy św. odprawianej przez niego Castel Gandolfo.

 

19 października 2014|