Nieznane wydarzenie związane ze śmiercią św. Jana Pawła II

Ks. Sławomir Oder –

Prawie każdy pamięta scenę, jak w czasie pogrzebu papieża, wiatr zamknął położony na jego trumnie ewangeliarz. Jednak w tym samym momencie, po drugiej stronie świata wydarzyło się coś, co trudno uznać za przypadek.                 

Scena, której świadkami byliśmy w dniu po­grzebu Jana Pawła II, przeszła już do historii: na trumnie papieża leżał ewangeliarz, a jego stronice przewracał wiatr, który rozwiewał szaty biskupów stojących na szczycie schodów do Bazyliki św. Piotra. Jak mówili potem uczestnicy liturgii, „wokół ołtarza wiał Duch Święty”.

Nieznane01

O wiele mniej znane jest inne wydarzenie, do którego – w tej samej ponoć chwili – doszło w mieście Meksyk. Wierni mieli śledzić pogrzeb papieża na ekranach telebimów ustawionych w bazylice Matki Bożej z Guadalupe. Wcześniej ulicami miasta przeszła procesja; towarzyszył jej papamobil, w którym umieszczono fotel używany przez Jana Pawła II w czasie jednej z jego pielgrzymek do Meksyku.

Kiedy fotel postawio­no w drzwiach bazyliki, nagle – w tym samym momencie, w którym na placu św. Piotra po­wiał silny wiatr – przysiadł na nim gołąb.

Źródło: ks. S. Oder, S. Gaeta, Dlaczego święty, www.deon.pl

Mało znana historia uzdrowienia za sprawą modlitwy Jana Pawła II

Nieznane02

Audiencja generalna w Rzymie. Papież Polak podszedł do kobiety, u której zdiagnozowano nieuleczalną chorobę, wspólnie się modlili. Lekarze dawali jej kilka godzin życia, ale to, co stało się potem, jest niewytłumaczalne.

Jeszcze za życia papieża Jana Pawła II wiele mó­wiono o mocy jego modlitwy. Opowiadano o cu­dach dokonywanych przez Boga za jego pośrednictwem.

O jednym z takich wydarzeń opowiada Arturo Mari: Ta kobieta miała przed sobą niewiele godzin życia.

Przetransportowano ją samolotem na rzymskie lotnisko, a następnie karetką na au­diencję. Papież został uprzedzony o jej obecno­ści, więc kiedy tylko wszedł do auli i przywitał się z gośćmi, podszedł do niej. Pamiętam, że po­wiedział do niej to, co zazwyczaj, czyli: „Pomódl­my się razem”.

Pamiętam, że modlili się, po­tem pogłaskał ją i pobłogosławił. Kobieta była umierająca, myślałem, że nie przeżyje podróży powrotnej, a jednak wróciła do domu, nazajutrz wstała z łóżka, zaczęła jeść i chodzić jak gdy­by nigdy nic. A później stworzyła w Londynie ośrodek walki z rakiem.

Źródło: A. Mari, Do zobaczenia w raju

Nieznana historia egzorcyzmu, jaki przeprowadził św. Jan Paweł II

Mało mówi się o tych wydarzeniach z Placu św. Piotra. Jan Paweł II przejeżdżał wśród wiernych. Nagle jedna kobieta zaczęła bluźnić i wyrywać się o wiele silniejszym strażnikom. Papież kazał zatrzymać samochód.

Świadkowie mówią o uzdrowieniach i nawróce­niach. A nawet o przypadkach wypędzania złych duchów…

W czasie audiencji generalnej na placu św. Pio­tra pewna dziewczyna nagle zaczęła bluźnić. Wyła przy tym tak głośno, że słychać ją było jak przez głośniki. Próbowano ją uspokoić – bez­skutecznie. Wyrywała się, pełna jakiejś nadludz­kiej siły – nie dało jej rady sześciu funkcjonariu­szy służb porządkowych.

Kiedy powiedziano papieżowi, co się dzieje, kazał zatrzymać samochód, wysiadł z papamobilu i zaczął się nad nią modlić. A ona krzyczała: „Idź sobie, pokrzywiony, przeklęty staruchu!”. W pewnej chwili, gdy on wciąż się modlił, jej głos zaczął cichnąć, wreszcie zabrzmiał jak la­ment: „Przecież wiesz, że wobec ciebie nic nie mogę, jesteś zbyt mocny”. Wreszcie dziewczyna zamilkła i opadła z sił, a jej wzrok stał się łagod­ny. Wtedy papież pogłaskał ją i pobłogosławił.

Warto przeczyta również inna historię, bardziej przyziemną,
ale w pełni oddającą to czego szukamy w życiu, niedowierzając, że mamy to tak blisko…
 

Byłem świadkiem cudu

To miała być prosta, codzienna Msza święta. Kościółek na uboczu. Mało ludzi. W połowie myślałem, że usnę. Nagle coś w powietrzu drgnęło. Spojrzałem przed siebie i nie mogłem uwierzyć w to, co zobaczyłem.

Czasem to się zdarza. Bywa tak, że idąc na codzienną Mszę świętą, nie spodziewamy się „fajerwerków”. Nie oczekujemy, że stanie się coś wyjątkowego – bo co miałoby się stać? Modlitwa, czytanie, psalmy, ewangelia, czasami homilia (a czasami niestety nie), ofiara, modlitwa, komunia, błogosławieństwo, do domu. Msza odhaczona, wracam do obowiązków.

Być może niektórzy mają tak jak święci widzący rozmaite wizje w czasie Mszy. Może niektórym zdarza się doświadczać ekstazy lub czegoś wyjątkowego, gdy patrzą na Hostię w rękach kapłana. Przeżywają coś w rodzaju tego, czego doświadczał Ojciec Pio podczas swojej ostatniej Mszy świętej (widać to na tym filmie).

Nieoczekiwane postanowienie

Nieznane03

W czasie Wielkiego Postu postanowiłem uczestniczyć jak najczęściej we Mszy świętej. Nie kierowało mną pragnienie doświadczenia cudu czy zarezerwowanych dla świętych przeżyć mistycznych. Wręcz przeciwnie, do podjęcia takiego postanowienia zmotywowała mnie znajoma Syryjka, muzułmanka. Podczas zwiedzania Krakowa po raz pierwszy na dłużej wstąpiła do kościoła. Patrząc na poruszający witraż Boga Ojca (autorstwa S. Wyspiańskiego), zapytała, jak często możemy tu przychodzić.

 „Właściwie to codziennie – usłyszała odpowiedź. – Każdy katolik może uczestniczyć we Mszy świętej, która jest uobecnieniem Ofiary Chrystusa, realnym znakiem Jego miłości codziennie”. „To dlaczego tego nie robicie?” – nasza przyjaciółka odparła zdziwiona.

To pytanie wróciło do mnie przed Wielkim Postem i sprawiło, że zacząłem chodzić na Mszę świętą o wiele częściej. Przestałem przejmować się obowiązkami, zmęczeniem czy rozmaitymi potrzebami. Zacząłem dopasowywać swój dzień do Mszy, a nie Mszę do dnia. Właściwie do samego końca Wielkiego Postu nie zdawałem sobie sprawy, jak to – mimo wszystko wpisujące się w rutynę codzienności – postanowienie zmieniło moje życie. Pozwoliło nie tylko patrzeć na obowiązki z innej perspektywy, ale też nieoczekiwanie zacząłem budować relację z Bogiem w zupełnie nowy sposób.

Miłość to też rutyna

To właśnie podczas jednej z Mszy zdarzył się mały cud. Uświadomiłem sobie, jak wielkim skarbem obdarzyła mnie przyjaciółka z Syrii, dając mi tę inspirację. I jak ważne jest to, by pamiętać, że relacja, jaką jest miłość, opiera się właśnie na tych codziennych działaniach. Na tym, żeby wstając, powiedzieć Panu Bogu „dzień dobry”, ucałować żonę i uśmiechnąć się do siebie. Oraz na tym, by w ciągu dnia wstąpić do kościoła lub nawet w domu uklęknąć i posiedzieć w ciszy, ofiarując ten czas Bogu. By znaleźć nawet chwilę dla najbliższych – rodziny i przyjaciół – aby porozmawiać, wysłać SMS-a, zadzwonić. A wieczorem powiedzieć Bogu i żonie „dziękuję, dobranoc”.

Być może dla niektórych Msza święta wiąże się z tzw. głębokimi duchowymi przeżyciami. Inni skupią się na formie: na tym, żeby muzykę grał organista, a nie gitarzysta. I żeby kapłan nosił odpowiedni kolor szat. Tym małym cudem, który przeżyłem pewnego popołudnia w kościółku na uboczu, było właśnie odkrycie, że sednem mojej obecności na Mszy jest spotkanie. Ten mały gest w kierunku Pana Boga, który – choć przecież tak niewiele zmienia – warto robić jak najczęściej. Bo miłość nie polega tylko na tych wielkich i mistycznych przeżyciach, nie tylko na formie, ale na dbaniu o relację.

Trosce o to, by ten Drugi o nas pamiętał. Każdy cud eucharystyczny – ten duży i ten mały – sprowadza się właśnie do tego: znaku Miłości.

Chcemy Wam pokazać, że miłość jest przeznaczeniem każdego chrześcijanina, a Wielki Post, który już przeminął w tym roku w czasie, do dobry czas, by ją odkrywać.

Bez względu na to czy jesteś w związku czy nie, znajdziesz tutaj coś dla siebie. Masz w owym czasie zawsze aż 40 dni. Do dzieła!

Na deser proponujemy rozważanie,
dlaczego Jezus Chrystus cierpiał i umarł na krzyżu,
przecież jest Bogiem… czy niemógł tego rozwiązać inaczej…

Jezus cierpiąc, przerzucił dla nas most

Po co Jezus cierpiał i umarł na krzyżu? W tym czasie Bóg pierwszy wyciągał rękę do obrażonego, bojącego się i uciekającego przed Nim człowieka.

„W Chrystusie Bóg jednał ze sobą świat” (2 Kor 5, 19).

Nieznane04

W średniowieczu uznano, że męka Jezusa była konieczna, aby zadośćuczynić nieskończenie obrażonej sprawiedliwości Boga. Joseph Ratzinger we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo” pisze, że wyobrażenie tak „surowo sprawiedliwego Boga, który wymagał złożenia w ofierze człowieka, złożenia w ofierze własnego Syna” jest zupełnie fałszywe. Krzyż nie jest narzędziem do wyrównywania rachunków między człowiekiem a Bogiem. I Jezus nie zapłacił Ojcu „odszkodowania” za krzywdy wyrządzone Mu przez ludzi.

Właściwy trop znajdziemy w formule rozgrzeszenia, kiedy to prezbiter wypowiada następujące słowa: Bóg Ojciec miłosierdzia (…) przez krzyż i zmartwychwstanie swojego Syna pojednał świat ze sobą”. 

Nie ma tu mowy o żadnym zadośćuczynieniu, lecz sprowadzeniu tych, którzy byli daleko, odrzuceni, odcięci od Ojca, na powrót do domu.

Pojednanie jest wtedy, gdy znikają podziały i obozy, a w ich miejsce pojawia się jedność. Trzeba nadto dodać, że chodzi o pojednanie tych, którzy zamordowali Syna, a Ojciec zamiast wylać na nich czarę gniewu i wszelakich plag, wyciąga do nich rękę. Pojednanie z jednej strony uwalnia od pęt, wydobywa z ciemności, z drugiej strony uzdalnia człowieka, by mógł żyć według miłości.

Zwróćmy uwagę, że według Nowego Testamentu to nie Bóg jedna się ze światem, lecz Bóg jedna świat ze sobą. Na pozór wydaje się, że to nieznaczne przestawienie szyku słów. A jednak w tym precyzyjnym sformułowaniu kryje się sama istota Ewangelii: To nie Bóg oddalił się od człowieka, lecz człowiek od Boga. I to „nie człowiek przychodzi do Boga i przynosi Mu dar pojednawczy, tylko Bóg przychodzi do człowieka, by mu dać siebie (…) przywracając życie umarłemu” (J. Ratzinger).

Bóg pierwszy przychodzi do obrażonego, bojącego się i uciekającego przed Nim człowieka.

Kiedy Jezus naucza na temat konfliktów i nieprzebaczenia we wspólnocie Kościoła, zaleca uczniom, by wobec krzywdzicieli czynili dokładnie to samo, co Ojciec uczynił względem nich. W Ewangelii według św. Mateusza czytamy o tym dwukrotnie.

Najpierw Jezus uczy, jak szukać zabłąkanych owiec we wspólnocie, mówiąc:

„Gdy twój brat zgrzeszy przeciwko tobie, idź i upomnij go w cztery oczy” (Mt 18, 15).

Podobny nakaz pojawia się w kontekście składania Bogu ofiary:

„Jeśli tam przypomnisz sobie, że twój brat ma coś przeciwko tobie, zostaw tam dar swój przed ołtarzem, a najpierw idź  i pojednaj się z bratem swoim” (Mt 5, 23-24).

To zadziwiające. Mamy iść do kogoś, kto zawinił przeciw nam, a nie do kogoś, przeciwko komu my zawiniliśmy. Jakiego spojrzenia wymaga tutaj od nas Chrystus?

Zdecydowanie innego niż dyktuje to nam natura. Zazwyczaj sądzimy, że jeśli ktoś nas skrzywdzi, to on pierwszy powinien zdobyć się na odwagę, ukorzyć się i przeprosić. To wrodzone zachowanie każdego z nas. Jednak na taki krok ze strony krzywdziciela moglibyśmy się nigdy nie doczekać. Ale co by się stało, gdyby nasz winowajca zobaczył i doświadczył, że to my pierwsi wyciągamy do niego rękę?

Nie jest to łatwe. Musimy przyjąć moc, która pozwoli nam przekroczyć urażoną dumę i poczucie niesprawiedliwości, a potem zobaczyć w sobie podobnego drania, równie sprawnego w krzywdzeniu innych, choć może nieco inaczej. Owszem, może zdarzyć się i tak, że winowajca mimo wszystko w pierwszym odruchu odwróci się do nas plecami i nie poda ręki, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że przynajmniej zdziwi się naszym postępowaniem. I może się nad tym nietypowym zachowaniem zastanowi.

To recepta Boga na przerwanie spirali zła.
Na krzyżu Jezus zatrzymując na sobie falę zła,
zaczął stwarzać na nowo.

Św. Katarzyna Sieneńska w „Dialogu o Bożej Opatrzności”, rozmawiając z Ojcem słyszy, że Jego Syn jest mostem, który łączy ziemię z niebem.

Jego budowa rozpoczęła się już przy Jego poczęciu w łonie Maryi, a skończyła w czasie męki i śmierci na krzyżu.

„Dobroć moja, widząc, że w inny sposób nie możecie być pociągnięci, posłała Go, aby został wzniesiony na drzewie krzyża (…)

Oto jak pociągnął wszystko do siebie, okazując miłość niewypowiedzianą, którą żywię ku wam; bo serce człowieka jest zawsze pociągane przez miłość”.

To nie żadna boska obraza i chęć naprawienia naruszonego ładu była głównym motorem cierpienia Chrystusa. I to nie groźba kary zmienia dogłębnie serce człowieka, lecz miłość Ojca, która na krzyżu działała jak magnes.

Krzyż jako narzędzie tortury odpycha, z wiszącym na nim Chrystusem przyciąga.

Skoro Bóg tak potrafi ukochać, że bierze na siebie niezasłużone zło i karę, to czy można się Go bać i w nieskończoność uciekać od Niego, jakby był największym zagrożeniem dla człowieka? Jakież to szczęście, że wolność człowieka nie jest absolutna! Ktoś może wziąć naszą winę na siebie. I zastąpić nas. Taki ciężar zdjął z nas Chrystus.

Możemy jednak zapytać:

  • Czy Bóg nie mógł pojednać nas ze sobą przez ogłoszenie dekretu uniewinniającego?
  • Dlaczego musiało to pociągnąć za sobą tyle okrutnego cierpienia?
  • Czy nie można było inaczej tego załatwić?

Św. Jan Paweł II w adhortacji „Reconciliatio et paenitentia” pisze:

„Zachęcam do spojrzenia na misterium krzyża jako na najwyższy dramat, w którym Chrystus pojmuje i przeżywa aż do dna dramat oddalenia człowieka od Boga, wołając słowami Psalmisty: „Boże mój, Boże: mój, czemuś Mnie opuścił?” i w tym samym czasie dokonuje naszego pojednania (7).

  • Ojcowie Kościoła byli przekonani, że tylko to mogło zostać uzdrowione przez Chrystusa, co zostało przez Niego przyjęte.
  • Jeśli Adam i Ewa skosztowali owocu z drzewa poznania dobra i zła, to wskutek tego na własnej skórze doświadczyli, czym jest zło.
  • Punktem docelowym, do którego grzech popycha człowieka, jest odłączenie od Boga, radykalna samotność.
  • Nie potrzeba już żadnych innych wymyślnych kar, ponieważ bycie poza Bogiem jest już wystarczającą udręką. Nic gorszego nie może się człowiekowi przytrafić.

Dlatego Jan Paweł II pisze, że Chrystus „pojmuje i przeżywa aż do dna” skutki zła. Musi przejść całą tę drogę, aby wyjść zwycięsko.

Nawet psychologia rozwojowa zaleca, że proces wyzwolenia z różnych traumatycznych doświadczeń zakłada ponowne skonfrontowanie się z nimi, przywołanie ich z pamięci, dotknięcie stłamszonych uczuć, ale z pomocą drugiego człowieka.

I najbardziej nieprawdopodobne jest to, że Jezus robi to w tym celu, abyśmy nie musieli doświadczyć tego okropnego cierpienia – bycia z dala od Boga.

8 maja 2017|