Niezły duet

Ponad 80 lat po śmierci siostry Faustyny i dwa tysiące lat po śmierci Jezusa na krzyżu ciągle mamy problem z Bożym Miłosierdziem.

Pamiętam falę hejtu, jaka mnie zalała, gdy po raz pierwszy napisałam, że miłosierdzie Boże jest za darmo i dla wszystkich; kiedy cytowałam Pana Jezusa, mówiącego, że to celnicy i nierządnice wejdą przed nami do królestwa niebieskiego, a najwięksi grzesznicy mają przed innymi prawo do miłosierdzia.

Ponad 80 lat po śmierci siostry Faustyny i dwa tysiące lat po śmierci Jezusa na krzyżu ciągle mamy problem z Bożym miłosierdziem. Możemy się na to zżymać, ale wiem jedno: Pan Bóg to rozumie i cierpliwie prowadzi nas do przyjęcia prawdy o Jego niezgłębionym miłosierdziu.

Nic dziwnego, że trudno nam, ludziom wychowywanym metodą kar i nagród, funkcjonującym w klimacie „kija i marchewki”, ciągle zasługującym na czyjąś miłość i akceptację, zrozumieć logikę Bożego miłosierdzia. Gorszy nas „skandal Bożego miłosierdzia” – jak mawia abp Grzegorz Ryś. Oburza nas możliwość, że największy grzesznik, jeśli nawet tuż przed śmiercią zwróci się ku Bożemu miłosierdziu, może tak łatwo otrzymać paszport do Nieba. A przecież sam Jezus wręczył go na krzyżu łotrowi. Wystarczyło, że ten wyszeptał: „Wspomnij na mnie grzesznika”, by usłyszeć „Jeszcze DZIŚ będziesz ze mną w raju”.

Nic dziwnego, że mamy taki problem z Bożym miłosierdziem, skoro miał go nawet spowiednik świętej siostry Faustyny – błogosławiony ks. Michał Sopoćko. Po spotkaniach z zakonnicą szczerze notował: „Nie rozumiałem i nie mogłem się zgodzić, że miłosierdzie Boże jest najwyższym przymiotem Stwórcy, Odkupiciela i Uświęciciela. Dopiero trzeba było prostej, świątobliwej duszy, ściśle zjednoczonej z Bogiem, która – jak wierzę – z natchnienia Bożego powiedziała mi o tym i pobudziła do studiów, badań i rozmyślań na ten temat”.

Potrzeba było czasu, modlitwy i mądrego rozeznania, by ks. Sopoćko został pociągnięty mocą miłosierdzia Bożego i wśród cierpień szerzył je do końca swojego życia. Zresztą mistyczka zapowiedziała mu, na samym początku ich znajomości, że łatwo nie będzie. „Przepowiedziała dość szczegółowo trudności i prześladowania, jakie mnie spotkają w związku z szerzeniem kultu Miłosierdzia Bożego. Łatwiej było znieść to wszystko w przeświadczeniu, że taka była w całej tej sprawie wola Boża od początku”.

„To był niezwykły duet – opisuje relację siostry Faustyny i księdza Michała Sopoćki Marcin Jakimowicz w najnowszym numerze GN. – Żadne z nich nie przypuszczało, że połączy ich silna więź, a po kilkudziesięciu latach ich nazwiska będzie wymieniało się na jednym oddechu”.

Więcej o tej niesamowitej duchowej przyjaźni i o tym, jaki wpływ miała na losy świata i Kościoła, przeczytacie w tekście Marcina Jakimowicza


Bez taryfy ulgowej

„Raz widziałem ją w ekstazie. W szpitalu na Prądniku ujrzałem ją zatopioną w modlitwie w postawie siedzącej, ale prawie unoszącą się nad łóżkiem” – notował. Doskonale znamy go z „Dzienniczka”, bo Faustyna opisywała szczegółowo rozterki, próby wiary i zalecenia swego spowiednika. A jak widział Faustynę ks. Sopoćko?

Spaceruję po jesiennym Antokolu, gdzie na cmentarzu wśród zasp liści bezskutecznie szukam grobu pradziadka, i myślę o nich. O ich pierwszym spotkaniu. To tu, przy ul. Senatorskiej 25, ks. Michał spotkał Faustynę.

Nie było jak w filmie Hitchcocka. Nie rozpoczęło się od trzęsienia ziemi. Zazwyczaj pamiętamy przełomowe daty. Moi znajomi obudzeni w środku nocy są w stanie wskazać dzień, w którym doświadczyli Bożej łaski. Jak bardzo wileńskie spotkanie „na szczycie” musiało być zwyczajne i normalne, skoro ks. Sopoćko nie zapamiętał nawet jego daty. „Siostrę Faustynę poznałem w lecie (lipcu czy sierpniu 1933 roku)” – notował po 15 latach.

Historycy ustalili, że było to wcześniej. Jeszcze wiosną. W czwartek, 1 czerwca. W Dzień Dziecka.

Nie zaczęło się sielankowo. Historia kultu Bożego Miłosierdzia rozpoczęła się, jak to zwykle bywa, od drobnostki, małego zaczynu. Od… upomnienia.

Gdy nowo przybyła ruda, piegowata zakonnica ujrzała 45-letniego księdza, jej serce mocniej zabiło. Nie potrafiła ukryć emocji i zaczęła się do niego szeroko uśmiechać. Nieprzywykły do takiego zachowania „niespotykanie spokojny kapłan” upomniał ją. „Tak nie można zachowywać się w kościele!”.

To była pierwsza reakcja! Żadne z nich nie przypuszczało, że połączy ich silna więź, a po kilkudziesięciu latach ich nazwiska będzie wymieniało się na jednym oddechu.


To wszystko musiało się stać

Ksiądz Michał Sopoćko, spowiednik świętej Faustyny

Zobaczył ją przez kratki konfesjonału. Średniego wzrostu, ruda, piegowata. Podeszła i szepnęła: „Znam księdza od dawna. Pokazał mi księdza dwukrotnie sam Pan Jezus”.

Ztrudem przełknął ślinę. A zakonnica ciągnęła: „Jezus powiedział mi o Księdzu: »Oto wierny sługa mój, on ci pomoże spełnić wolę moją na ziemi« i zapewnił, że to ksiądz właśnie ma ogłosić światu o Miłosierdziu Bożym”. Nastała kłopotliwa cisza.

W takiej właśnie sytuacji znalazł się w 1933 roku ks. Michał Sopoćko. Zakłuło go serce, a zimny pot oblał plecy. Wątpliwości rozsadzały mu głowę. A jednak zaufał słowom siostry Faustyny. Prosił, by spisywała swoje wizje. Tak powstał „Dzienniczek”, jedna z najbardziej rozchwytywanych lektur duchowych na świecie.

Ksiądz Michał przyczynił się do namalowania obrazu „Jezu, ufam Tobie,”, niestrudzenie głosił tajemnice Bożego miłosierdzia. Był często wyśmiewany, poniżany. Raz nawet oskarżono go publicznie o herezję. On jednak pamiętał o słowach Faustyny, że „to wszystko musi się stać, aby się wypełniła wola Boża”.

Ksiądz Sopoćko założył zgromadzenie sióstr, o które prosił Faustynę sam Jezus. Początki były trudne: „Kiedyśmy klęczały naokoło ołtarza, ksiądz Michał zapłakał, patrząc na nas, sześć małych i nędznych, wybranych na służbę Miłosierdzia”, pisały mniszki. Zmarł 15 lutego, w dniu imienin Faustyny, trzydzieści jeden lat temu. Wszystko, co przepowiedziała mu Faustyna, WYKONAŁO SIĘ.

Źródło: www.gosc.pl
6 października 2019|