Nadzieja w czasie beznadziei

Zachowanie uczniów Chrystusa po Jego zmartwychwstaniu dobitnie pokazuje, jak bardzo byli zaskoczeni tym, co się wydarzyło. Nie było w nich wielkiej radości, lecz raczej niedowierzanie, wątpliwości, strach…

Można powiedzieć, że to, co się wydarzyło, uznali za zbyt piękne, żeby było prawdziwe: „(…) z radości jeszcze nie wierzyli i pełni byli zdumienia (…)” (Łk 24,41). A przecież Jezus tak wiele razy mówił im o tym, co ma się stać. I nie tylko On, ale także Prorocy i Pisma, których wypełnieniem jest właśnie wydarzenie Jezusa Chrystusa.

Uczniowie idący do Emaus, o których opowiada fragment Ewangelii dzisiaj czytany, nie byli wyjątkiem. Dla nich sprawa Jezusa była po prostu wielkim rozczarowaniem: „A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela” (Łk 24,21). Obietnica duchowego wyzwolenia, czyli zbawienia, o której Jezus mówił otwarcie, musiała się im wydawać tak wspaniała, że aż niemożliwa do zrealizowania. Za bardziej prawdopodobną uznali obietnicę wyzwolenia politycznego, którego miał rzekomo dokonać oczekiwany Mesjasz.

Człowiek jest istotą, która żyje nadzieją. Mamy nadzieję na spełnienie marzeń, mamy nadzieję na szczęśliwe życie, mamy wreszcie nadzieję, że naszych bliskich nie spotka nic złego. Niejednokrotnie jednak na naszych nadziejach się zawiedliśmy. Poczucie zawodu, które temu towarzyszy, może sprawić, że staniemy się ludźmi bez nadziei. A żyć bez nadziei to znaczy żyć bez odniesienia do przyszłości – to znaczy już na nic w życiu nie czekać. Beznadzieja pozbawia przyszłości (a zatem i teraźniejszości, bo każda przyszłość stanie się naszym teraz) barw – pozostają jedynie odcienie szarości, które zupełnie nie pociągają. Pozostaje egzystencjalna nuda, która odbiera radość życia. Potem jest już jedynie dogłębna rozpacz, czarna rozpacz, która jest w stanie zburzyć całe nasze życie.

Nadzieja to spodziewanie się. Uczniowie, których Zmartwychwstały spotkał w drodze do Emaus, spodziewali się, że Jezus wybawi Izraela w sensie politycznym, że uwolni ich naród spod rzymskiej okupacji. Jezus ich nadzieję zawiódł bardzo mocno – nie stanął na czele powstania, nie ogłosił się królem izraelskim, nie wzywał do walki, a do tego dał się zabić na krzyżu. Czuli się zawiedzeni, ich życie się zawaliło. A dokładniej: Jezus swoją śmiercią na krzyżu zburzył ich życie, które zbudowali na nieodpowiednim fundamencie. Swoim zmartwychwstaniem położył pod ich życie fundament nowy – samego siebie.

Nadzieja wyznacza cel, dając siłę, by do niego dążyć. Nadzieja nadaje życiu kierunek, dając wskazówki, by nie zabłądzić. Nadzieja porządkuje życie, dając środki do utrzymania ładu. Nadzieją jest Jezus. Ta Nadzieja nie umiera nawet ostatnia. Ta Nadzieja nie jest matką głupich, lecz tych, którzy pragną Wieczności. Dlatego też nadzieja na wieczne szczęście jest czymś, co porządkuje całe życie Kościoła, czyli wspólnoty wierzących w Zmartwychwstałego. To nadzieja jest przyczyną sprawowania sakramentów. To nadzieja popycha nas do tego, żeby czytać Słowo Boże, słuchać go, starać się je zrozumieć i wypełniać. To nadzieja nie pozwala nam zachować naszych duchowych doświadczeń tylko dla siebie.

Trudno nam jednak czasem odróżnić prawdziwą chrześcijańską nadzieję od zwykłych ludzkich, przyziemnych oczekiwań. Wtedy pojawia się, jak mantra, zdanie wypowiedziane przez uczniów idących do Emaus: „A myśmy się spodziewali (…)” (Łk 24,21). Niestety, niekiedy zbyt wiele jest w Kościele, wśród chrześcijan, tego, co „mi się wydaje”, co „ja uważam”, co „ja myślę”, czego „ja się spodziewam”. Niejednokrotnie potrafimy się o to bardzo kłócić, zapominając o tym, że wszyscy stanowimy jedno Mistyczne Ciało Chrystusa. Uczniowie Mistrza z Nazaretu byli zawiedzeni, nie rozumieli ani Pism, ani Proroków, ani dość jasnych zapowiedzi Jezusa mówiącego o swoim zmartwychwstaniu, ponieważ zbyt wiele było w nich wcześniejszych oczekiwań i z góry przyjętych założeń. Stąd ich rozgoryczenie. Dlatego też „oczy ich były jakby przesłonięte, tak że Go nie poznali” (Łk 24,16).

Z nami jest podobnie. Tak bardzo oczekujemy i spodziewamy się różnych rzeczy od Boga, od Kościoła, od innych, że nasze oczy nie są w stanie dostrzec Zmartwychwstałego, który jest z nami w drodze. Czujemy się opuszczeni, zostawieni sami sobie, nie rozumiemy tego, co się dzieje w naszym życiu, a On cierpliwie idzie z nami. Czas epidemii koronawirusa może być dla wielu z nas smutną i pełną zawiedzionych nadziei – bo przecież „nie tak miało być” – drogą do Emaus. Możemy pytać, gdzie jest Jezus. Możemy dać się zwieść wielu zbyt prostym odpowiedziom, które często rodzą w nas jednak niepokój i wprowadzają zamęt w naszych wspólnotach. Warto przypomnieć sobie wówczas słowa V modlitwy eucharystycznej, bo w nich znajdziemy odpowiedź: „On, podobnie jak uczniom w Emaus, wyjaśnia nam Pisma i łamie dla nas chleb”. Odpowiedź na każdą ciemność znajdziemy w świetle Zmartwychwstałego, które rozbłyska dla nas w sakramentach, zwłaszcza w Eucharystii.

Powstanie Chrystusa z martwych przerosło oczekiwania uczniów tak bardzo, że Jezus musiał dawać im wiele dowodów na to, że żyje – nie wystarczało zwyczajne ukazanie się i rozmowa. I tak, Zmartwychwstały pokazuje swoje rany, spożywa posiłek czy, jak w przypadku spotkania ze zdążającymi do Emaus, łamie chleb. Każdy znak, który czyni, odwołuje się do znanej im przeszłości, do wydarzeń, których byli świadkami. Po tym właśnie rozpoznają i powoli dopuszczają do świadomości, że to, co wydaje się wręcz nieprawdopodobne, naprawdę jest możliwe – i naprawdę się dzieje. A oni mają być tego świadkami aż po krańce ziemi. I my też mamy być tego świadkami.

Źródło: www.deon.pl
26 kwietnia 2020|