Nadzieja dla wygnanych
Echo Księgi Izajasza

V Niedziela Wielkiego Postu

W Amazonii żyje plemię Piraha, które nie zna pojęcia czasu. Nie wie, co to jest teraźniejszość, przeszłość i przyszłość. Nie zna też liczebników, kolorów i wspólnej przeszłości. Nam może się wydawać to niemożliwe, bo jak można żyć bez tak podstawowych rozróżnień. Przecież „to, co jest” nie jest jeszcze „tym, co może być”, a już nie jest „tym, co było.” Mówiąc prościej: „teraz” nie jest ani „jutrem” ani „wczoraj.” Pojęcie przeszłości tworzy pamięć, pojęcie przyszłości jest domeną wyobraźni, bo historii nie można sobie wyobrazić. Według najnowszych obliczeń „teraz” trwa zaledwie 30 milisekundy (0,030 sek.). Jeśli to prawda, to plemię Piraha żyje wiecznym dziś, a więc w sposób bardzo bliski chrześcijańskiej koncepcji czasu!

Izajasz-3Czy to oznacza, że historia jest nieważna albo że przyszłość nie powinna nas obchodzić i ciekawić? Bynajmniej! Grozi nam natomiast paraliż egzystencjalny, polegający na ucieczce od teraźniejszości. Najtrudniej żyć dniem dzisiejszym. Bezpieczną kryjówką, swoistym azylem może stać się dla człowieka historia albo projekty na przyszłość, mylnie kojarzone z nadzieją. Zakładnicy historii przeważnie ją idealizują. Mit o „starych, dobrych czasach” zna każde społeczeństwo na Ziemi, oczywiście z wyjątkiem plemienia Piraha. Nigdzie nie brakuje tych, którzy chętnie opowiedzą, „jak to zawżdy bywało”.

Zakładnicy jutra nie chcą wracać do przeszłości. Widzą w niej same błędy i klęski. Nie chcą grzebać w popiołach i to bynajmniej nie z szacunku dla nich, ale na skutek rozczarowań tym, co było. A może wystarczyłoby zastosować właściwą metodologię, czyli klucz interpretacyjny, by sensownie i mądrze przeżywać teraźniejszość, owo „teraz”, owe 0,030 sekundy, wciśnięte między jutrem a wczoraj!

Kościół w swojej misji ciągle czyta historię biblijną. Ciągle mówi, jak człowiek ma żyć tu i teraz. Ciągle przypomina, czego ma się spodziewać. Sukcesja wiary i Tradycja stanowią dla Kościoła życiodajne źródła. Kościół nie może zrezygnować ani z historii, ani z eschatologii. Musi natomiast inaczej je opowiadać. Musi zacząć używać innego języka, żeby to, co ma do powiedzenia, nie było nudne ani śmieszne. Potrzebny jest inny typ narracji, aby był dialog zamiast dwóch monologów.

Bóg przez proroka Izajasza mówi:

„Nie wspominajcie wydarzeń minionych,
nie roztrząsajcie w myśli dawnych rzeczy.
Oto ja dokonuję rzeczy nowej:
pojawia się właśnie. Czyż jej nie rozpoznajecie?”

Czy to oznacza, że Bóg chce dla swoich wyznawców zbiorowej amnezji? Bynajmniej! Chodzi o to, żeby ze wspomnień coś wynikało dla nas na dzisiaj, a może nawet i na przyszłość.

Kościół w Polsce wspomina w tym roku 1050 rocznicę Chrztu. A ja bym chciał się dowiedzieć, jaka była frekwencja na niedzielnych Mszach Świętych w Roku Wielkiego Millenium (1966 )? Chciałbym, żeby ktoś porównał ją z frekwencją 50 lat później. Chciałbym, żeby ktoś postawił diagnozę lub chociażby upomniał się o nią, byśmy wiedzieli, jakie nurty drążą podskórnie nasz katolicyzm. W jakim kierunku następują zmiany, jaka jest ich natura i dynamizm? Podobnie: dlaczego spada frekwencja na katechezie? Dlaczego maleje liczba powołań? Dlaczego jest kryzys demograficzny? Dlaczego lawinowo rośnie liczba rozwodów i związków nieformalnych? Dlaczego tyle przemocy w rodzinach? Dlaczego taka korupcja i złodziejstwo publicznych pieniędzy? Dlaczego jest taka niska moralność w pracy? Dlaczego nawet praktykujący katolicy tworzą swoiste protokoły rozbieżności z nauczaniem moralnym Kościoła? Itp. Można wspominać, warto wspominać, trzeba wspominać, ale tak, żeby nie zaczadzieć od rocznic i jubileuszy. Medycyna oprócz amnezji wstecznej, czyli utraty pamięci w odniesieniu do zdarzeń minionych, zna również pojęcie amnezji następczej, która polega na utracie zdolności zapamiętywania nowych informacji.

Słusznym wydaje się więc pytanie, które zadaje nam prorok: „Czyż nie poznajecie?”. Samo wspominanie czegokolwiek nie ma sensu tak długo, jak długo nie rodzi się w nas głęboka refleksja nad sensem wszystkiego, co się zdarzyło. Jak długo nie zastanawiamy się nad przyczynami i skutkami zdarzeń, które nas dotyczą. To, co się stało, było owocem wcześniejszych przyczyn, ale jest też lub może być przyczyną późniejszych następstw. Nikomu nie wolno wychodzić poza logiczność: każda przyczyna wywołuje skutek, każdy skutek ma swoją przyczynę. Nic mądrzejszego nie da się pomyśleć.

Jak pomóc człowiekowi czy jakiejś wspólnocie, jeśli nie przez logiczne rozwikłanie zawikłanych losów? Jeśli nie przez analizę przyczyn, przebiegu zdarzeń, powstałych skutków, aż po szukanie właściwej odpowiedzi. Przecież leczenie zaczyna się od stawiania diagnozy i wykonania koniecznych badań. Nawet znachorzy to wiedzą! „Czyż nie poznajecie?”

Proroctwo Izajasza podzielone jest na trzy części: Księgi gróźb, Księgi wyzwolenia i odnowy oraz Księgi triumfu. Omawiany przez nas fragment pochodzi z księgi drugiej, gdy Izraelici na dobre utknęli w niewoli babilońskiej. To była prawdziwa katastrofa. Nie ma jednostki ani skali, które pozwalają zmierzyć ogrom zniszczenia, jakie zostawia w ludziach niewola. Wtedy wielu Izraelitów zwątpiło w sens wszystkiego. Wielu popadło w nostalgię. Wielu zaczęło wspominać minioną chwałę Jerozolimy, „stare, dobre czasy” jeszcze sprzed rozłamu królestwa, panowanie Dawida, czyli najdłuższy w historii czas pokoju i dobrobytu. Ale ta nostalgia nie była niczym dobrym. Pogłębiała jedynie gorycz, że ten wspaniały sen skończył się tak bolesnym przebudzeniem: wolność zamieniła się w niewolę, chwała zamieniła się w upokorzenie, nastał czas wielkiej, narodowej smuty. Rozdrapywanie ran, szukanie winnych i wspomnienia pogrążały ich w odmętach absurdu i rozpaczy.

Wtedy prorok mógł ulec pokusie, by w imię źle pojętego współczucia dołączyć do chóru frustratów. Ale Izajasz miał dar rozeznania i niewyczerpane pokłady nadziei, bo jakby w opozycji do wszystkich malkontentów zachował i przekazywał nadzieję. Mówił, że Bóg zainwestuje w pustynię i otworzy na niej drogę. Ile jest w tym Dobrej Nowiny, ile wiary, że Bóg przywróci ich z powrotem do „swojego dziedzictwa”, do ziemi „…mlekiem i miodem płynącej”. Powrót, który dla wielu wydawał się kompletną mrzonką, totalną utopią, będzie możliwy. Do tego Bóg się zobowiązał i prosił, by Izajasz przekazał ludowi tę gotowość. Każdy chce usłyszeć, że dla Boga jest ważny i niezapomniany. Każdy chce się czuć adresatem Bożych obietnic i Jego miłości.

Bardzo często prorocy porównywali powrót z wygnania do wyjścia z domu niewoli. Niekiedy między Egiptem a Babilonią stawiali znak równości. Wprawdzie wygnanie było krótsze i w pewnym sensie łatwiejsze, ale brakowało Mojżesza. Z Egiptu wychodzili w nieznane, z wygnania wracali, mając w pamięci niezwykle konkretny obraz Ziemi Obiecanej. Jednak wspólnym mianownikiem obu niewoli było to, że z każdej mógł wydobyć jedynie Pan Bóg.

Bardzo potrzeba ludzi, którzy zachowują nadzieję w chwilach, wydających się beznadziejnymi. Bardziej współczesnym i bliższym nam mogą być męczennicy II wojny światowej. Jednym z nich jest bł. Michał Kozal (1893 -1943), biskup, męczennik Dachau. Obóz koncentracyjny to coś wielokrotnie gorszego niż pustynia. W obozie hitlerowskim śmierć była zadawana planowo i metodycznie, w sposób wyrafinowany. Ale nawet tam Pan Bóg otwierał drogę: jedni umierali z wiarą, że Bóg nie opuścił ich, inni doczekali się wolności, przeżyli nie tracąc wiary ani sensu życia. Pięknie i z wiarą przemawiał biskup Kozal. Do końca był pasterzem owiec zastraszonych, strzyżonych, znakowanych, prowadzonych na zabicie. Oto kilka jego myśli:

„Bo jak nie uląkłem się bomb i pocisków,
a potem innych rzeczy, tak i teraz dobrowolnie nie pójdę.
W ręce Boże złożyłem losy swojego życia i z tym bardzo mi dobrze”.

(słowa do współwięźniów w Lądzie nad Wartą).

*

„Pamiętacie nasze piątkowe drogi krzyżowe.
Tam wam przewodziłem w sutannie, w komży i stule.
Dziś tu przewodniczę wam w pasiaku.
To cała różnica. Trzeba byśmy to specjalnie przeżyli.
Bóg ma specjalne zamiary”.

(słowa do współwięźniów w Dachau)

*

„Prawdziwą wielkość człowieka mierzy się miarą jego zjednoczenia
z Bogiem, mierzy się jego umiejętnością i gorliwością wykonywania planów Bożych.
Obiektywnie najwięcej znaczy ten, który nosi w sobie życie Boże
i potrafi to życie budzić w innych i doprowadzać do pełnego rozwoju.
Wobec tej prawdy nie może ulegać wątpliwości, że kapłan Chrystusowy
mocą swego powołania i swej godności kapłańskiej wyrasta
ponad zwykłych ludzi, bo Bóg powierza mu najważniejsze zadanie
i w tym celu dopuszcza go do najściślejszego zjednoczenia z sobą”.

(fragment kazania, za: Bł. ks. bp Michał Kozal:
W ręce Boże złożyłem, zrodlo.krakow.pl)

 

Przesłanie omawianej lektury jest takie: szukajmy dobrej nowiny w każdej sytuacji, zwłaszcza w tej, która wydaje się być beznadziejna. Bóg możliwym czyni to, co wydaje się niemożliwe. Tylko w piekle nie ma nadziei, a poza tym wszędzie jest.

Ks. Ryszard K. Winiarski

 
12 marca 2016|