Może zacofana, ale szczęśliwa

27 stycznia 2014 roku; Świadectwo wiary pewnej sanoczanki – mamy trójki dzieci; Chciałabym odnieść się do pewnego tekstu, nawołującego do apostazji z Kościoła. Nie jest to polemika, tylko osobiste świadectwo przedstawicielki „ciemnego ludu” – jak nazywają ludzi wierzących różni „postępowcy”. Może i jestem ciemna, niezbyt rozgarnięta i daję sobą manipulować przez podstępnych księży, biskupów, papieża – ale jestem szczęśliwa.

Może zacofana - ale szczęśliwaPatrząc na swoje życie z perspektywy czterdziestu kilku lat, mogę powiedzieć jedno: ani małżeństwo, ani macierzyństwo (choć kocham swoje dzieci nad życie), ani sukcesy zawodowe, stabilizacja materialna, podróże, przyjaźń, obcowanie ze sztuką – nie dały mi takiego szczęścia, jak wiara.

Sama tego nie rozumiem, bo Boga nigdy nie widziałam, nie dotknęłam, bo jest dla mnie kimś niewyobrażalnym, powiedziałbym nawet abstrakcyjnym. Bo modląc się i chodząc do kościoła, często „nic nie czuję”, bo męczy mnie ciągła praca nad sobą (czego wymaga wiara), bo wkurzają mnie ludzie, również ludzie Kościoła. Jednak chwile największego szczęścia związane są właśnie z wiarą. To momenty – fakt, bardzo rzadkie – kiedy serce wzbiera nieziemską wręcz radością podczas procesji rezurekcyjnej w Niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego; kiedy człowiek ma ochotę paść na twarz i leżeć krzyżem, mając świadomość OBECNOŚCI; kiedy doświadczając dobroci od ludzi ma stuprocentową pewność, że źródłem tej dobroci jest właśnie ON.

Wiara jest dla mnie źródłem życiowego optymizmu. Nie jest to tani i łatwy optymizm w amerykańskim stylu „it’s ok”.  Zazwyczaj nie jest ok – ciężko pracuję, nie dosypiam, jestem zmęczona, nie mam czasu na przyjemności, każdego dnia oplątuje mnie sieć drobnych problemów, niedogodności, pechów; spotykam się z krytyką, podłością, itd. A jednak świadomość każdej chwili jako daru Bożego, jako szansy, zmienia sposób patrzenia na codzienność. Największe „doły”, największe porażki, rozczarowania – mają sens! I nie łamią człowieka jak zapałki.

Wiara nie jest łatwa. Nie jest ekscytacją, przyjemnym uczuciem. Nie daje poczucia siły, wyjątkowości, kontaktu z Absolutem. Czasem jest wręcz ciemnością, niepewnością. A jednak – jeśli człowiek stara się być wierny – przynosi owoce, jak choćby dojrzałość, cierpliwość, wielkoduszność, umiejętność wybaczania, a nawet… poczucie humoru i dystans wobec siebie.

Ciekawe, że nawet badania psychologiczne mówią o tym, że ludzie wierzący są bardziej szczęśliwi i zdrowi niż niewierzący. Oczywiście, jest to „wtórna” korzyść, bo wiara, podobnie jak miłość nie polega na tym, że ma być fajnie. Nie chodzi w niej o przyjemne doznania czy otrzymywanie wsparcia psychicznego. Jest świadomością istnienia Boga i naturalnego porządku świata, obowiązków wobec innych ludzi i siebie. Brzmi to może nudnie, ale – zapewniam – może być fascynującą „jazdą” i dostarczać większej adrenaliny niż skoki na bungee. Bóg nie jest nudziarzem!

Pozytywne spojrzenie na życie, ludzi i świat zawdzięczam Kościołowi. Zdumiewają mnie twierdzenia, że to ponura, opresyjna instytucja, pazerna na władzę i pieniądze. Dla mnie Kościół jest autentycznie Matką, skarbcem duchowych i intelektualnych bogactw. Prawda, tworzą go niedoskonali ludzie. Słabi, nieraz głupi, mierni, wyrachowani. Ale jest w nim też rzesza ludzi szczerze szukających SENSU, zmieniających siebie i swoje życie na lepsze. A także zmieniających świat. Przykładem choćby święci, naukowcy, artyści. W ciągu ponad 2000 lat Kościół wydał ich niezliczone rzesze. Cudownych, nietuzinkowych ludzi, Bożych szaleńców. Dlaczego facet o imieniu zakonnym Maksymilian chciał umrzeć za innego, nieznanego mu faceta, Franciszka Gajowniczka? Gajowniczek wyszedł żywy z Oświęcimia i przeżył 94 lata!

Człowiek poza wspólnotą – bo Kościół jest wspólnotą – staje się indywidualistą i egocentrykiem. I zaczyna błąkać się w życiu. Dowodzą tego historie ludzi, którzy odeszli od Kościoła, twierdząc, że nie potrzebują żadnego pośrednika między sobą a Bogiem. Dlatego jestem wdzięczna, że czasem ktoś mną potrząśnie, choćby w sakramencie pokuty. Tak, jestem „owieczką” i chcę nią być.

Odejście od Kościoła to skok w nicość. Wprost w objęcia ZŁA. Nie chcę w jakikolwiek sposób pouczać autorki tekstu o apostazji, ani straszyć piekłem, bo pewnie uważa, że wiara w piekło jest symbolem ciemnoty i zniewolenia. Ale, w jej intencji, zrezygnuję z filiżanki mojej ulubionej kawy z Tanzanii i czekoladek, które uwielbiam. Odmówię wiele „Zdrowaś Mario” i zamknę gębę, zamiast powiedzieć komuś coś przykrego.

Nie potrafiłabym odpowiedzieć, czy zrobię to z miłości bliźniego. Skłamałabym, gdybym twierdziła, że los nieznanej, obcej osoby aż tak bardzo mnie obchodzi. Ale mój Kościół „każe” mi interesować się losem i zbawieniem innych. Pokutować. Ja, jak na „moherowy beret” przystało, słucham Kościoła. I dobrze mi z tym.

Sanoczanka, mama trójki dzieci

27 stycznia 2014|