MOJA DROGA DO BOGA

Moja przyjaciółka wiedziała, że jestem ateistką, ale nie próbowała mnie nawracać, przekonywać na siłę. Ona sobą dawała świadectwo

Wzrastałam w rodzinie, jakiej mogłabym życzyć każdemu, i przez wiele lat byłam absolutnie o tym przekonana. Miałam kochających rodziców i dziadków, wspaniałe ciotki i starszą o dwa lata siostrę, która po trosze mi matkowała, była powiernicą moich małych tajemnic i dziecięcych „spisków”.

Rodzice nauczyli nas miłości i wzajemnego szacunku, byli dla nas oparciem i wzorem do naśladowania. Uwielbiałyśmy ich, a przede wszystkim naszego tatę, który dla nas, dziewczynek, był ideałem mężczyzny. W domu nie słyszałyśmy nigdy kłótni rodziców; gdy mieli różne zdania w jakiejś kwestii, siadali przy kawie i rozmawiali dotąd, aż któreś zostało przekonane do racji drugiego.

Z opowieści, które nieraz słyszałyśmy, jawił się obraz ich pięknej miłości, miłości od pierwszego wejrzenia, uczucia, które trwało nieprzerwanie przez lata. Rosłyśmy, patrząc, jak co chwilę przytulają się do siebie, jak z upływem czasu ich czułość nie malała, lecz rosła. To było po prostu piękne!

Gdy byłyśmy małe, naszym światem byli ukochani rodzice, niewielkie, przytulne mieszkanie w Gdyni, przydomowy plac zabaw, latem plaża i szum morza. Tata był oficerem, komandorem Marynarki Wojennej, wypływał i wracał, wypływał i wracał, a my, jego trzy kobiety, tęskniąc za nim ogromnie, wypatrywałyśmy jego powrotów, by potem przez wiele dni słuchać jego morskich opowieści.

Pierwszy dysonans odczułyśmy wraz z siostrą w momencie pójścia do szkoły. Rodzice uzyskali dla nas wtedy zwolnienie z lekcji religii, tłumacząc nam, że nie wierzą w istnienie Boga. Większość dzieci chodziła na religię, przygotowywały się do Pierwszej Komunii św., a my zazdrościłyśmy swym koleżankom białych sukienek, wianuszków i tego wszystkiego, co towarzyszy tej pięknej katolickiej uroczystości. Zetknęłyśmy się z jakimś innym, nieznanym nam światem.

Czułyśmy się wyobcowane i nie było to komfortowe uczucie. Ale miłość rodziców oraz wiara w to, że to inni się mylą, nie oni, rekompensowała nam wszystkie negatywne odczucia i przykrości, jakich doznawałyśmy od swoich rówieśników. Z upływem lat dowiedziałyśmy się, że nasi rodzice wywodzili się z katolickich rodzin. Tata w dzieciństwie był ministrantem, mama bielanką, ale porzucili „zabobonną wiarę” na rzecz „nauki i rozumu”.

Tata urodził się i dzieciństwo spędził na kieleckiej ziemi. Do snu kołysał go szum świętokrzyskich sosen, świerków i dębów, a powietrze pachniało tam żywicą. Ale jemu było ciasno, ciągnęło go w szeroki świat. Gdy był jeszcze dzieckiem, każda kałuża stawała się dla niego oceanem, po którym pływały jego maleńkie papierowe lub wydłubane z kory stateczki. Po skończeniu szkoły podstawowej wyruszył do Gdyni. Dostał się do Podoficerskiej Szkoły Marynarki Wojennej i tak spełnił swe marzenia. Od tej pory szumiały mu fale i pachniała słona, morska bryza.

Mama pochodziła z Wejherowa, w Gdyni kształciła się i rozpoczęła pracę. Tu los zetknął ich ze sobą. Tata miał już ugruntowany światopogląd ateisty i okazał się silniejszy od mamy. Zakochana do nieprzytomności przyjęła go z „całym dobrodziejstwem inwentarza”, z jego niewiarą włącznie. Postanowili się pobrać. Dla rodziców z obu stron, a naszych dziadków, stanowcze obwieszczenie, że ślubu kościelnego nie będzie, było dramatem. Nie pomogły rozmowy, perswazje, przekonywania. Oboje byli w swym postanowieniu nieugięci.

Mijały lata, w naszym domu kultywowane były wszelkie tradycje wyniesione przez rodziców z ich własnych domów. W „święta zimowe” pachniała w domu pięknie ubrana choinka, w Wigilię jadło się postne potrawy, składało sobie życzenia, pod choinką leżały prezenty. Te prezenty przynosił Dziadek Mróz, bo Święty Mikołaj przecież nie istniał… Przed „świętami wiosennymi” malowałyśmy z siostrą piękne pisanki, na kredensie wśród puszystych, żółciutkich kurczaczków i małych króliczków stał oczywiście baranek, a w wazonie bazie. Jak w innych rodzinach, niby to samo, a jednak… Zawsze czułam, że czegoś w tym wszystkim brakowało. Ponieważ bardzo kochałyśmy swoich rodziców i byli oni dla nas niekwestionowanymi autorytetami, przyjęłyśmy ich światopogląd bezkrytycznie. Czasem tylko odczuwałam jakiś niepokój, ale gasiłam go w zarodku.

Dorastałyśmy, byłyśmy już młodymi kobietami. Czas było podjąć decyzję dotyczącą przyszłości, wyboru kierunku studiów, przyszłej pracy…

Po maturze siostra wyjechała do Wrocławia i została studentką wydziału zootechniki. Tam poznała swojego przyszłego męża i w tym duecie to moja siostra okazała się silniejsza. Roman, choć wywodził się z katolickiej rodziny, dla niej zaparł się wiary. Ślub odbył się w urzędzie stanu cywilnego; dzieci, które mają, nie były chrzczone i zostały wychowane w duchu ateistycznym. Nasi rodzice byli bardzo zadowoleni z zięcia, a moja siostra zyskała w ich oczach jeszcze bardziej.

Po dwóch latach ja również opuściłam Gdynię i podobnie jak siostra rozpoczęłam studia we Wrocławiu na tym samym wydziale. Tu poznałam Alicję, bardzo dobrą dziewczynę, wspaniałą koleżankę, mądrą, bezinteresowną, zawsze służącą radą i pomocą. Pokochałyśmy się jak siostry. Ta przyjaźń odegrała w moim życiu wielką rolę.

Alicja pochodziła z katolickiej rodziny i była osobą prawdziwie i głęboko wierzącą. Traktowała wiarę z powagą, to nie były dla niej jakieś „zwyczaje i tradycje”. Chodziła w niedzielę do kościoła i przystępowała do Komunii św. Uczestnictwo we Mszy św. było dla niej absolutnym obowiązkiem, bo Bóg po prostu istniał w jej życiu. Gdy coś ją trapiło, gdy coś bolało, fizycznie czy duchowo, gdy zbliżał się ciężki egzamin, w naturalny dla niej sposób zwracała się w modlitwie do Boga i Matki Najświętszej, zawierzając Im swoje problemy i prosząc Ich o pomoc. Gdy wydarzyło się coś dobrego i radosnego, w równie naturalny sposób zanosiła przed Boży tron modlitwę dziękczynną. Wiedziała, że jestem ateistką, ale nie próbowała mnie nawracać, przekonywać na siłę. Ona sobą dawała świadectwo. A ja bezwiednie chłonęłam promieniującą z niej wiarę.

Zdarzało się, że chciała iść na wieczorną Mszę św., a bała się potem wracać sama do domu, więc prosiła: „Chodź ze mną. Posiedzisz tę godzinkę, czas ci zleci, nawet nie będziesz wiedziała kiedy, a mnie będzie z tobą tak miło i w drodze bezpieczniej”. Czy mogłam odmówić? Wieczorna Msza św. w dniu powszednim miała swój szczególny klimat. Cisza i spokój, w półmroku światełko płynące od ołtarza, szeptem odmawiane modlitwy przez nielicznych wiernych, którzy po dniu pracy przychodzili tu szukać wytchnienia, pocieszenia i pokrzepienia, działały na mnie jakimś nieodgadnionym, tajemniczym urokiem…

Coraz częściej, zwłaszcza w chwilach udręki, myślałam:

„Boże, jeśli jesteś, jeśli istniejesz naprawdę, pomóż mi, proszę, rozwiej moje wątpliwości”.

Zaglądałam do modlitewnika Alicji, zaczęłam czytać i poznawać „ot tak, z ciekawości” piękne modlitwy i psalmy. Oswajałam się z wiarą i Bogiem. Ojcze nasz, Zdrowaś Maryjo –  słowa tych modlitw coraz częściej gościły na moich ustach. Bóg wkraczał niepostrzeżenie w moje życie, cichutko do mnie przemawiał i zamieszkał w moim sercu, choć jeszcze tego nie wiedziałam.

Podobnie jak siostra, poznałam we Wrocławiu miłość swojego życia. Grześ pochodził z Sosnowca, z górniczej śląskiej rodziny, gdzie na pierwszym miejscu był Bóg, potem Honor i Ojczyzna. Nie wyobrażał sobie przysięgi małżeńskiej przed urzędnikiem. Dla niego było oczywiste, że albo Bóg pobłogosławi nasz związek i przed Nim powiemy sobie sakramentalne „tak”, albo będziemy musieli się rozstać.

Wiadomość o moim ewentualnym małżeństwie z katolikiem i ślubie kościelnym była dla moich rodziców nie do przyjęcia. Opór ich był tak silny, a ja ich bardzo kochałam, więc poddałam się i zerwałam ze swym ukochanym Grzesiem. Było to straszne dla nas obojga. Zwłaszcza że studiowaliśmy razem, widywaliśmy się na uczelni, serca rwały się do siebie, uczucie płonęło nadal. Nie dało się wyrwać serca, zdławić miłości i zapomnieć o niej.

Po kilku tygodniach męczarni padliśmy sobie w ramiona i podjęłam decyzję: będziemy razem i rodzice muszą się z tym pogodzić. Nawet dziś, po wielu latach, ciężko mi o tym pisać, bo w sercu odzywa się niezagojona rana. A wtedy? Z jednej strony ukochani rodzice i ponad 20-letnie przywiązanie do nich, z drugiej – ukochany mężczyzna, z którym pragnęłam przeżyć resztę życia, mieć z nim dzieci, być z nim na dobre i na złe, dopóki śmierć nas nie rozdzieli.

W tym czasie przeszłam przyspieszoną katechezę, przygotowywałam się do sakramentu chrztu św. Bez Alicji jednak nie byłoby to możliwe. Dzięki niej i niekończącym się z nią rozmowom, powoli i systematycznie poznawałam Boga i Jego prawa. Zaczynałam rozumieć naukę Chrystusa i mieć świadomość, jak wielką poniósł On ofiarę dla zbawienia ludzi. To Alicja była moją pierwszą katechetką, było więc oczywiste, że zostanie moją chrzestną matką.

Dnia, w którym zostałam ochrzczona, nigdy nie zapomnę. Świadomość, że zostałam dzieckiem Bożym, że moja dusza stała się jak śnieg biała… Serce waliło mi jak młotem, gardło ściśnięte, łzy płynące po policzkach. Nie umiem opisać tego, co czułam. Czy można znaleźć odpowiednie słowa?

Potem, wtedy jeszcze obowiązkowy, ślub cywilny w USC, zaraz po nim uroczysta Msza św. i ceremonia ślubna w kościele parafialnym. Bóg, ksiądz i my! Reszta świata, rodzina, przyjaciele, goście – wszyscy przestali istnieć. Widzieliśmy tylko ołtarz i wzruszonego nie mniej od nas księdza. Później kościół wypełnił się przepiękną muzyką, pod niebo wzbiło się Ave Maria. To siostra mamy, śpiewaczka Opery Warszawskiej, pokonując wzruszenie i łzy, śpiewała dla nas. Mój ukochany tata przez cały ten czas chodził przed kościołem jak lew w klatce, w tę i z powrotem. Dopiero pod koniec Mszy św. przełamał się i wszedł do kościoła.

Rodzice nigdy nie zaakceptowali mojego Grzesia i nie pogodzili się z tym, że wyłamałam się i „podeptałam ich ideały”. Gdy jeszcze mieszkałam z nimi, bywaliśmy na ślubach, komuniach i chrzcinach, które miały miejsce w dalszej rodzinie czy u znajomych. Wtedy byli pełni wyrozumiałości i szczycili się swoją tolerancją, bo to nie dotykało ich bezpośrednio. A teraz cierpiała ich ambicja, ich ego.

Moi rodzice złamali serca naszym dziadkom, ja i Grześ – im. Moi dziadkowie cierpieli, bo ich dzieci odwróciły się od Boga, dały się uwieść księciu tego świata, żyły w grzechu i swoje dusze prowadziły ku zatraceniu. Moi rodzice natomiast cierpieli z zupełnie innego powodu. Zostali urażeni w swej dumie. I tego nie potrafili nam darować. Obydwoje już nie żyją i nie ma dnia, bym o nich nie myślała, bym się za nich nie modliła.

Boże, odpuść moim rodzicom, okaż swe miłosierdzie dla nich. Dopomóż nam wytrwać w wierze, daj nadzieję, przymnóż miłości.

Źródło: www.milujciesie.org.pl
10 lutego 2019|