MAŁY WIELKI ŚWIĘTY – ŚW. LEOPOLD MANDIĆ

Miał tylko 135 cm wzrostu i wadę wymowy. Nie pozostawił po sobie żadnych teologicznych dzieł. Podczas jego kanonizacji w 1983 roku św. Jan Paweł II powiedział, że jedyną rzeczą, którą robił doskonale, była posługa w konfesjonale.

Ojciec Leopold Mandić spowiadał od 12 do 15 godzin dziennie. Jego konfesjonałem była maleńka cela zakonna, którą nazwano „salonikiem gościnności”. Zanim zaczął spowiadać, długo się modlił. Gdy penitentów było wyjątkowo dużo, wówczas rezygnował z posiłków.

Przyjeżdżali do niego do spowiedzi ludzie z całych Włoch: robotnicy, rolnicy, inteligencja, a także arystokraci, kapłani i biskupi. Święty o. Pio często tak mówił do pielgrzymów, którzy przybywali do niego z północnej Italii:

„Po co przyjeżdżacie do mnie? Przecież macie u siebie świętego spowiednika”.

Myślał oczywiście o ojcu Leopoldzie.

Tych dwóch świętych spowiedników papież Franciszek ogłosił patronami Roku Miłosierdzia. Święty o. Leopold Mandić urodził się 12 maja 1866 roku w Castelnuovo w Dalmacji – obecnie to Harceg Novi w Czarnogórze – w gorliwie katolickiej rodzinie. Był najmłodszym z 12 dzieci Karoliny Zarević i Piotra Mandicia.

Choć matka o. Leopolda pochodziła z bogatej szlacheckiej rodziny, a ojciec sumiennie pracował, ich sytuacja ekonomiczna systematycznie się pogarszała. Kiedy Leopold się urodził, rodzina żyła w ubóstwie. Pomimo trudnych okoliczności ich głęboka wiara nie uległa zachwianiu.

Po latach siostra zakonnika wspominała:

„Nasz tato był świętym człowiekiem; każdego rana chodził na Mszę św. i przystępował do Komunii; mój brat natomiast, o. Leopold, towarzyszył mu zawsze”.

POWOŁANIE

Już w wieku 16 lat Leopold wstąpił do seminarium kapucynów w Udine – przyłączonym w 1866 roku do Królestwa Włoch.

Święcenia kapłańskie przyjął 20 września 1890 roku w Wenecji. Ojciec Leopold pragnął wrócić do swojej ojczyzny, by podjąć tam pracę misyjną na rzecz zjednoczenia chrześcijan i odbudowania dialogu z innymi religiami. Jednak nie takie były plany Boże względem niego…

Ojciec Leopold bez słowa skargi podporządkował się swoim przełożonym zakonnym, którzy nie pozwolili mu wyjechać na upragnione misje, gdyż był niskiego wzrostu, miał znaczną wadę wymowy oraz problemy zdrowotne. W 1906 roku został skierowany do klasztoru Świętego Krzyża w Padwie, by tam służyć wiernym w posłudze sakramentu pojednania.

Święty nie pozostawił po sobie autobiografii, ale z jego prywatnej korespondencji, zapisków czynionych pośpiesznie na obrazkach oraz z opowiadań jego współbraci wiemy, że pogodzenie się z niemożnością pracy misyjnej nie było dla niego łatwe. Jeszcze przez jakiś czas o. Leopold robił, co mógł, ażeby spełnić swoje marzenie. Intensywnie uczył się języków. Poza chorwackim znał nie tylko włoski i łacinę, ale potrafił również mówić po serbsku, słoweńsku oraz grecku.

  KAŻDA DUSZA BĘDZIE DLA MNIE WSCHODEM…

Pan Jezus w nadzwyczajny sposób potwierdził o. Leopoldowi, że powinien pozostać w klasztorze w Padwie, a nie wyjeżdżać na misje na Wschód. Otóż kiedy udzielał pewnej osobie Komunii św., ta, gdy już ją przyjęła, powiedziała:

„Ojcze, Pan Jezus kazał mi powiedzieć, że każda dusza, której tutaj pomożesz w spowiedzi, jest twoim Wschodem”.

W swoich zapiskach o. Leopold tamtego dnia zanotował:

„Odtąd każda dusza przychodząca do mnie będzie dla mnie Wschodem”.

Był to decydujący moment, w którym zrewidował on własną wizję powołania i w posłuszeństwie oraz z pokorą przyjął to, co przygotował dla niego Bóg.

„Przy każdym penitencie, który klękał przy jego konfesjonale, odnawiał akt posłuszeństwa”.

To właśnie na drodze całkowitego posłuszeństwa i pokory o. Leopold osiągnął świętość. Zachowywał się nieraz w bardzo niekonwencjonalny sposób…  Pewnego dnia w jego celi zjawił się Jan Chivato, człowiek, który nie spowiadał się od wielu lat. Decyzja o przyjściu do sakramentu pokuty do o. Leopolda po tak długiej przerwie była dla niego bardzo trudna.

Chivato był tak zestresowany i zagubiony, że po wejściu do celi usiadł na miejscu ojca, ten natomiast – nic nie mówiąc – uklęknął i wysłuchał spowiedzi. Kiedy po pewnym czasie Jan zdał sobie sprawę z pomyłki, zaczął gorąco przepraszać zakonnika. Wtedy to o. Leopold, uśmiechając się do niego serdecznie, powiedział:

„Nic nie szkodzi. Idź w pokoju!”.

Jan przyznał, że tą postawą o. Leopold całkowicie zdobył jego zaufanie.

WIERZĘ, WIĘC MÓWIĘ I DZIAŁAM

Co sprawiało, że do jego celi ustawiały się długie kolejki ludzi z najróżniejszych warstw społecznych, pragnących pojednać się z Bogiem? Penitenci o. Leopolda podkreślają, że pomimo niewielu wypowiadanych słów potrafił on sprawić, że od jego konfesjonału ludzie odchodzili pełni pokoju, pociechy i umocnienia.

A jego współbracia wspominali, że każdego człowieka przychodzącego do jego celi o. Leopold traktował tak, jakby zbawienie całej ludzkości zależało od nawrócenia tego właśnie człowieka. Do osób, które miały wielkie trudności w wyznaniu swoich grzechów, mówił:

„Ja też jestem nędzny i grzeszny, chociaż jestem zakonnikiem i kapłanem. Gdyby nie pomoc Pana Boga, byłbym gorszy od wielu innych ludzi”.

Ojciec Leopold oddawał się powierzonej mu posłudze z wielkim poświęceniem. W zasadzie nie ruszał się ze swojej celki przyklejonej do kościoła. Nigdy nie miał wakacji, ani nawet dnia wolnego – nawet jeśli był chory i miał gorączkę. Nie zważał na nieznośny upał lata czy srogie zimy – choć nie miał tam jakiegokolwiek ogrzewania.

Wielu ludzi, widząc tak surowe zasady o. Mandicia, było zdumionych, że pomimo tego biła od niego Boża radość. Tak odpowiadał wszystkim, którzy dziwili się temu, że całymi dniami przebywał w konfesjonale:

„To całe moje życie. Ja nic tu nie znaczę, jestem naprawdę do niczego. Tylko Bóg działa”.

Święty Leopold Mandić był pewny, że jest z nim Jezus, kiedy spowiadał lub odprawiał Mszę św. Mówił:

„Jak mam stułę, nie boję się nikogo”.

Kiedy oskarżano go, że jest za łagodny i zbyt łatwo udziela rozgrzeszenia, odpowiadał:

„Ja łagodny? Przecież nie umarłem za grzechy, zrobił to Jezus. Czy można być bardziej łagodnym niż On dla łotra?”.

Ojciec Leopold był łagodny dla grzeszników, lecz bezkompromisowy wobec grzechów, które są źródłem wszystkich ludzkich nieszczęść, a szczególnie względem grzechów przeciwko życiu, czystości, małżeństwu i rodzinie.

Pewnego razu przyszedł do spowiedzi mężczyzna, który zdradzał swoją żonę i nie uważał tego za grzech. Ojciec Leopold w ostrych słowach uświadomił swemu penitentowi, jak wielkie cierpienie zadaje tym Chrystusowi, żonie, rodzinie oraz samemu sobie. Początkowo mężczyzna się bronił, ale po pewnym czasie ze łzami w oczach wyznał swoje grzechy i postanowił poprawę. Odtąd regularnie spowiadał się u o. Leopolda i był wzorowym katolikiem.

MOC EUCHARYSTII I MODLITWY

Co dawało o. Leopoldowi siłę i determinację, by przetrwać i realizować tak rygorystyczne zasady, jakie sobie narzucił? Jego „kluczem do sukcesu” była Msza św., którą określał mianem „broni w zwycięstwach nad duszami grzeszników”. Wstawał skoro świt, by zacząć dzień od odprawienia Eucharystii, do której zwykł przygotowywać się długą samotną modlitwą. Tuż po niej siadał w swojej celce-konfesjonale i pozostawał tam przez cały dzień do dyspozycji penitentów.

Kiedy nie spowiadał, każdą wolną chwilę wykorzystywał na modlitwę. Jak wspominają jego współbracia i przełożeni:

„Zachował ten styl życia przez prawie 40 lat, bez jednego słowa skargi”.

Ojciec Leopold mógł tak żyć, gdyż zakochał się w Bogu, bezgranicznie zaufał Jego miłosierdziu. Mówił:

 „Nasze działania mają wartość o tyle, o ile są czynione z miłości do Pana Boga”.

Po wielu godzinach w konfesjonale o. Leopold kończył swój dzień modlitwą, bo jak podkreślał:

„Głębokie refleksje religijne są owocem żarliwego trwania w nocy na modlitwie przed Jezusem Eucharystycznym”.

Jego współbracia często znajdowali go w kaplicy, kiedy na kolanach wyraźnie walczył ze snem. Jednak gdy mówili mu, żeby wreszcie poszedł odpocząć, ten odpowiadał:

„Tym, których spowiadam, daję lekkie pokuty, dlatego sam muszę za nich resztę pokuty odprawić”.

Ojciec Leopold często powtarzał, że cokolwiek robimy na ziemi, powinniśmy to robić w obecności Boga, a wtedy całe nasze życie będzie nieustanną modlitwą. I taki właśnie ślub złożył – ślub pozostawania ciągle w obecności Boga, stale myśląc o Nim.

Gorąco zachęcał penitentów do żarliwej modlitwy. Przypominał:

 „Ewangelia święta opowiada, że jedno skinienie Chrystusa Pana wystarczyło do uciszenia burzy na morzu. Po dwóch tysiącach lat nasz Pan nie stracił tej mocy, On jest wieczny i to wystarcza”.

Kiedy przychodzili do niego ludzie, którzy stracili już nadzieję, mówił:

„Kiedy wydaje się, że wszystko przepadło, Jezus podaje rękę Piotrowi, który przez nieufność pogrąża się w odmętach, i mówi: »Małej wiary, dlaczego zwątpiłeś?«”.

Ojciec Leopold nieustannie podkreślał:

„Według porządku ustalonego przez Boga i zwyczajnego działania opatrzności Bożej każde dobro powinno być nam dane za sprawą modlitwy”.

NIEZWYKŁE DARY

Ojciec Leopold miał pewne niezwykłe dary. Jednym z nich, który bardzo ułatwiał mu posługę w sakramencie pojednania, był dar „wglądu w ludzkie sumienie”. Jego penitenci wspominają, iż odnosili wrażenie, że o. Leopold zna ich grzechy, zanim je wobec niego wypowiedzą, i często naprowadzał ich, pomagając im wyrazić te, o których zapomnieli lub które były dla nich trudne do wyznania.

Znamienna jest następująca historia:

„Kiedyś [o. Leopold] mijał się na ulicy z nieznajomym na rowerze. Popatrzył na niego tak przenikliwie, że tamten odezwał się: »Coś się stało, ojcze? Mogę jakoś pomóc?«. »Chodź ze mną do kościoła!« – odparł mu na to o. Leopold. I ten człowiek, który od 40 lat się nie spowiadał, wręcz chwalił się tym, że nie wierzy w Boga, deprecjonując Kościół i duchownych, poszedł za nim, wyspowiadał się i od tamtej pory żył jak przykładny chrześcijanin. Opowiadał wszystkim, że spojrzenie o. Leopolda przeszyło go na wylot, jak szpada, uniemożliwiając odpowiedź odmowną na jego zaproszenie”.

Znane są też przykłady uzdrowień spowodowanych interwencją św. Leopolda dokonywanych za pośrednictwem Najświętszej Maryi Panny, do której zakonnik miał wielkie nabożeństwo i zawsze do Niej odsyłał penitentów potrzebujących szczególnej łaski, proszących w trudnych intencjach.  Jedna z historii tych uzdrowień jest następująca:

 „W 1928 roku powiedziano mu, że pewna dziewczynka umiera na mózgowo-rdzeniowe zapalenie opon. Bardzo poruszyło to o. Leopolda, poprosił więc o jabłko, pobłogosławił je i powiedział: »Daj je dziewczynce, a Matka Boża ją uzdrowi«. Ona, skoro tylko je zjadła, wyzdrowiała. Wrócili do niego szybko, by mu o tym powiedzieć. A on odparł: »To Matka Boża. O Panno przebłogosławiona! Jakaś Ty dobra!«”.

Święty Leopold otrzymał od Boga dar proroczej wizji dotyczącej tragicznych wydarzeń II wojny światowej. Sam komentuje to widzenie w następujący sposób:

„Tej nocy – mówił 23 marca 1932 roku, gorzko płacząc – podczas modlitwy Pan otworzył mi oczy i zobaczyłem Włochy w morzu ognia i krwi”.

A już w trakcie trwania wojny, gdy zapytano go o to, czy Padwa zostanie zbombardowana, odpowiedział:

„Zostanie zbombardowana, i to silnie. Również ten kościół i klasztor ucierpią, lecz nie ta cela. W niej bowiem okazał Bóg duszom ludzkim tak wiele miłosierdzia, że pozostanie nietknięta, jako widomy znak Jego dobroci”.

I tak też się stało. 14 maja 1944 roku pięć wielkich bomb zniszczyło kościół i część klasztoru, oszczędzając tylko celkę o. Leopolda.

ŚMIERĆ BRAMĄ DO NIEBA

W 50. rocznicę swoich święceń kapłańskich o. Leopold powiedział do swych zakonnych współbraci:

„Urodziliśmy się do wysiłku. Wielką radością jest mieć zajęcie. Proście Pana Boga, aby móc umrzeć z trudów apostolskich”.

On sam, wyczerpany trudami apostolskimi, zmarł w Padwie, mieście św. Antoniego, 30 lipca 1942 roku. W ten dzień o. Leopold dodatkowo wydłużył modlitwę przygotowującą go do Mszy św. Kiedy poszedł się przebrać w szaty liturgiczne, zasłabł. Odzyskał przytomność w momencie ostatniego namaszczenia.

W procesie kanonizacyjnym superior, o. Benjamin, zeznał:

„Ja, który towarzyszyłem mu w jego ostatnich chwilach, jestem przekonany, że w jego przejściu do wieczności towarzyszyła mu Matka Boża. Umarł, powtarzając modlitwę Salve Regina. Kiedy doszedł do słów: »O łaskawa, o litościwa, o słodka Panno Maryjo!«, podniósł się i z radością wyciągając ręce ku górze, jakby chciał dotknąć czegoś przedziwnego, odszedł…”.

Dla o. Leopolda śmierć stała się bramą do nieba. W biografii Świętego czytamy:

„Bezpośrednią przyczyną śmierci o. Leopolda był rak żołądka. Profesor Henryk Rubaltelli, jego lekarz, stwierdza, że w ostatnich dniach życia musiał wiele cierpieć, ponieważ z powodu choroby układu pokarmowego nie mógł przyjmować żadnego pożywienia, a system nerwowy miał bardzo wrażliwy. Praktycznie więc umarł z głodu. Mimo to do końca pozostał pogodny i cierpliwy”.

Niech niezwykły przykład o. Leopolda wlewa w nasze serca ufność w nieskończone Boże miłosierdzie – którego możemy doświadczyć za każdym razem, kiedy klękamy przy konfesjonale i z żalem wyznajemy swoje grzechy – oraz w siłę ufnej modlitwy. Niech będzie on wzorem całkowitego oddania się powierzonym nam zadaniom i pokornego szukania oraz przyjmowania woli Bożej w naszym życiu – niezależnie od naszych własnych planów.

Przede wszystkim niech będzie nauką dochodzenia do świętości tam, gdzie Bóg nas postawił, poprzez ludzi, wśród których jesteśmy, w naszym codziennym, zwyczajnym życiu. Wskazówką niech będą dla nas słowa św. o. Mandicia:

„Nie są potrzebne nadzwyczajne pokuty. Wystarczy, że znosimy z cierpliwością zwykłe zmartwienia naszego mizernego życia: niezrozumienia, niewdzięczności, upokorzenia, cierpienia spowodowane zmianami pór roku lub środowiska, w którym żyjemy. One tworzą krzyż, który grzech włożył nam na plecy i którego Bóg chciał jako środka dla naszego zbawienia”.

W momentach trudnych prośmy tego „wielkiego-małego świętego” o wstawiennictwo, bo jak powiedział św. o. Leopold:

„Także z nieba będę kontynuować swoją pracę dla ratowania dusz”.

Źródło: www.milujciesie.org.pl
11 stycznia 2019|