JAKIE ŻYCIE, TAKA ŚMIERĆ

Nasze życie na ziemi jest tylko jedno i jest ono niepowtarzalne. Pan Bóg nam przypomina, że po śmierci człowiek nie ma już żadnej możliwości powrotu na ziemię: „Nie zapominaj, że nie ma on powrotu” (Syr 38,21); „Postanowione ludziom raz umrzeć, a potem sąd” (Hbr 9,27).

zycie

Wielu ludzi, którzy – tak jak Marino Restrepo – doświadczyli śmierci klinicznej, otrzymało od Boga dar poznania, że w chwili śmierci czeka nas sąd i że właśnie wtedy zadecyduje się nasze zbawienie (niebo lub czyściec) albo wieczne potępienie w przerażających cierpieniach piekła. Marino zdobył pewność, że w momencie śmierci „musimy stanąć przed trybunałem Chrystusa, aby każdy otrzymał zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre” (2 Kor 5,10). Dla Marina Restrepo stało się oczywiste, że teoria reinkarnacji, w którą dotychczas wierzył, jest jedną z najbardziej podstępnych pokus złego ducha, który fałszuje prawdę o Bogu, o tajemnicy Jego Wcielenia, Męki, Śmierci i Zmartwychwstania oraz o niepowtarzalności ludzkiego życia.

„Nie łudźcie się: Bóg nie dozwoli z siebie szydzić. A co człowiek sieje, to i żąć będzie: kto sieje w ciele swoim, jako plon ciała zbierze zagładę; kto sieje w duchu, jako plon ducha zbierze życie wieczne” (Ga 6,7-8).

„JESTEŚMY NAWZAJEM
DLA SIEBIE CZŁONKAMI” (RZ 12,5)

Wiemy, że Pan Bóg pozwala niektórym zmarłym kontaktować się z ludźmi żyjącymi na ziemi w ważnych sprawach dotyczących wiary i zbawienia. Wielu świętych miało specjalny charyzmat kontaktu ze zmarłymi, a szczególnie z duszami cierpiącymi w czyśćcu. Święta Faustyna tak opisuje spotkanie ze zmarłą zakonnicą: „W pewnej chwili wieczorem przyszła do mnie jedna ze zmarłych Sióstr, która już przedtem była u mnie parę razy; jak ją widziałam pierwszy raz w stanie bardzo cierpiącym, a później stopniowo w mniejszych cierpieniach, a w ten wieczór ujrzałam ją szczęściem promieniującą i powiedziała mi, że już jest w niebie (…) potem zbliżyła się do mnie i uścisnęła mnie serdecznie, i powiedziała – już muszę odejść. Zrozumiałam, jak ścisła jest łączność tych trzech etapów życia dusz, to jest ziemia, czyściec, niebo” (Dz. 594).

Zmarli, którzy w chwili swojej śmierci przyjęli dar zbawienia, żyją w Bogu (jedni w pełni szczęścia w niebie, a inni w czyśćcu, dojrzewając do nieba), w niewidzialnej dla nas rzeczywistości, ale są w ścisłej duchowej łączności z nami, żyjącymi na ziemi.

Jest tak, ponieważ „wszyscy razem tworzymy jedno ciało w Chrystusie, a każdy z osobna jesteśmy nawzajem dla siebie członkami” (Rz 12,5).

Natuzza Evolo, jedna z największych mistyczek i stygmatyczek w Kościele katolickim, otrzymała od Boga nadzwyczajny charyzmat bezpośredniego kontaktu ze zmarłymi, przebywającymi w niebie, w czyśćcu, jak również z potępionymi. Widziała osoby zmarłe, spotykała je i rozmawiała z nimi tak jak z ludźmi żyjącymi na ziemi.

Poprzez Natuzzę Pan Jezus pozwalał zmarłym komunikować się z ich rodzinami, przyjaciółmi i znajomymi. Zmarli przekazywali żyjącym na ziemi niezwykle ważne orędzie, że śmierć ciała jest tylko przejściem do pełni życia w Bogu. Największą tragedią człowieka jest trwanie w grzechach śmiertelnych, w stanie duchowej śmierci, co prowadzi do wiecznej kary piekła. Całe ziemskie życie ma być przygotowaniem do spotkania się z Bogiem twarzą w twarz w chwili śmierci, gdyż wtedy będzie miał miejsce sąd, na którym zadecyduje się zbawienie albo wieczne potępienie. Zmarli modlą się za nas i przypominają nam, abyśmy zachowywali Boże przykazania, pielęgnowali miłość bliźniego, codziennie wytrwale się modlili, bezgranicznie ufali Bożemu Miłosierdziu, regularnie przystępowali do sakramentu pokuty, aby zawsze być w stanie łaski uświęcającej, oraz jak najczęściej uczestniczyć w Eucharystii. To był niesamowity Boży dar dla ludzi, którzy w obecności Natuzzy mogli nawiązać bezpośredni dialog ze swoimi bliskimi zmarłymi.

ORĘDZIE Z NIEBA

Doktor Nicola Valente regularnie przychodził do Natuzzy na modlitewne spotkania, podczas których słyszał i skrupulatnie spisywał wypowiedzi osób zmarłych.

Tak w jednym z orędzi mówiły dusze przebywające w niebie: „Słyszycie nas dzięki specjalnemu pozwoleniu udzielonemu nam przez Boga. Natuzza jest tylko narzędziem. Pamiętajcie, że istnieje niebo, czyściec i piekło. Wystarczy jeden grzech śmiertelny popełniony ze złej woli, nie wyznany na spowiedzi, lub też wyznany bez żalu i z pogardą do Bożego Miłosierdzia, aby w chwili śmierci pogrążyć się w wiecznym cierpieniu piekła. Do popełnienia grzechu śmiertelnego konieczna jest wewnętrzna zgoda.

Od momentu całkowitego duchowego przyzwolenia na grzech człowiek jest już za niego odpowiedzialny, zanim popełni konkretny grzeszny czyn. Ze szczerym żalem proście Miłosiernego Boga o przebaczenie wszystkich śmiertelnych grzechów, które obciążają Wasze sumienia. Jeżeli tego nie uczynicie, będziecie trwać w niewoli szatana, który zaprowadzi was do wiecznego potępienia. Kto prosi Boga o przebaczenie grzechów, uniknie kary piekła, ale będzie musiał cierpieć z powodu konsekwencji swoich grzechów. Jeżeli nie dokona całkowitej ekspiacji za swoje grzechy tu, na ziemi, to wtedy będzie musiał cierpieć w czyśćcu. (…)

Kto neguje istnienie Boga i przed śmiercią nie opamięta się, nie będzie szczerze żałował za swoje grzechy, nie będzie chciał przyjąć daru Bożego Miłosierdzia, to wtedy sam wybiera wieczne potępienie. (…) Pomagajcie duszom w czyśćcu cierpiącym przez Msze św., Komunie św., modlitwę, post, jałmużnę. Jest to wyraz wielkiej miłości bliźniego do zmarłych, którzy odwzajemnią się Wam szczególnym wsparciem i pomocą zarówno w potrzebach duchowych, jak i materialnych. Matki i ojcowie, troszczcie się o wychowanie swoich dzieci, a szczególnie o ich edukację religijną, o przekazanie im największego skarbu, jakim jest wiara w Chrystusa głoszona w Kościele katolickim, gdyż w przeciwnym razie będziecie współodpowiedzialni za ich błędy. Małżonkowie, nie zamykajcie swoich serc na Boże plany powołania do życia kolejnych dzieci. Sprzeciwiając się Bogu w tej dziedzinie, popełniacie śmiertelny grzech. Pamiętajcie, że czas Waszego życia na ziemi jest krótki, a tu, w niebie, jest wieczność. Proście o przebaczenie wszystkich swoich grzechów i wytrwale idźcie drogą wiary do pełni szczęścia w niebie”.

SĄD W CHWILI ŚMIERCI

Pani Ida Marino z Włoch opowiadała o swoim bracie, który prowadził bardzo frywolny tryb życia. Wyjechał do Francji i tam się ożenił. Po kilkunastu latach grzesznego życia zostawił żonę z czwórką swoich dzieci i wrócił do Italii, gdzie po kilku dniach umarł na zawał serca. Pani Ida udała się do Natuzzy, aby zapytać się jej o wieczny los swojego zmarłego brata. Mistyczka powiedziała jej, że w chwili śmierci jej brat był w wielkim niebezpieczeństwie wiecznego potępienia. Dopiero w ostatnim momencie swojego życia uwierzył w Chrystusa i otworzył się na dar zbawienia.

Uznał przed Bogiem, jak bardzo zgrzeszył, i szczerze żałował za całe zło, które popełnił w swoim życiu. Ida zapytała Natuzzę: „A co takiego złego uczynił?”. Mistyczka odpowiedziała: „Zostawił żonę i czworo dzieci!” i dodała, że brat pani Idy w ciągu ziemskiego życia pomagał biednym – i to bardzo pomogło mu otworzyć się na Boże Miłosierdzie w momencie śmierci.

W chwili śmierci człowieka dokonuje się sąd, podczas którego decyduje się nasze zbawienie albo potępienie. Pan Jezus wyjaśnia, na czym będzie ten sąd polegał: „A sąd polega na tym, żświatło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu” (J 3,19-21).

Tak więc ci ludzie, którzy w czasie ziemskiego życia „umiłowali ciemność” – czyli grzech – „znienawidzą światło”, to znaczy znienawidzą Boga – i to jest piekło. Ci natomiast, którzy spełnili „wymagania prawdy” – „zbliżą się do światła”, czyli zbliżą się do Boga i przyjmą dar Jego Miłosierdzia. Tak więc Stwórca stawia „przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to będzie ci dane” (Syr 15,17).

W momencie śmierci w każdym człowieku kończy się proces kształtowania się jego człowieczeństwa. Każde świadome i dobrowolne opowiedzenie się za prawdą, w czasie życia na ziemi, trud wiary i modlitwy, zmaganie się z własnym egoizmem i grzechami – wszystko to otwiera człowieka na moc Ducha Świętego, który przemienia człowieka, wyzwala go z egoizmu, uzdalnia go do bezinteresownej miłości, do uczestniczenia w życiu Boga w Trójcy Świętej Jedynego. W ten sposób Bóg dopełnia dzieło stworzenia człowieka, czyli przebóstwia go, oczywiście za jego pełną zgodą i przy czynnej jego współpracy.

Natomiast każdy grzech, każde zaniedbanie dobra i kierowanie się egoizmem w myśleniu i postępowaniu zniewala i zamyka człowieka na życie i miłość Boga, deformuje jego człowieczeństwo, pogrążając go w piekle egoizmu. Brak nawrócenia i zatwardziałość w grzechu do tego stopnia może zniszczyć człowieka, że stanie się on absolutnym egoistą, który kocha siebie miłością posuniętą aż do nienawiści Boga. Życie na ziemi może być dla człowieka czasem dojrzewania do wiecznej miłości w niebie lub czasem degeneracji i staczania się w kierunku absolutnego egoizmu i zguby wiecznej.

Kiedy w chwili śmierci, podczas sądu szczegółowego, człowiek stanie przed Chrystusem twarzą w twarz, wtedy – widząc w całej prawdzie siebie i całe swoje ziemskie życie – będzie musiał podjąć ostateczną decyzję opowiedzenia się za Chrystusem lub przeciwko Niemu. „Tak” powiedziane Chrystusowi stanie się niebem lub czyśćcem, natomiast odrzucenie Jego miłości stanie się piekłem.

„Dlaczego wszyscy nie będziemy zbawieni? Dlatego, że nie wszyscy będą tego chcieli. Łaska, która jest darmowa, zbawia tylko pragnących dostąpić zbawienia, a tych, którzy tego nie chcą, nie zbawia” (św. Jan Chryzostom: homilia na temat Listu do Rzymian XVIII, 5).

Tak mówił Pan Jezus św. Faustynie: „Są dusze, które gardzą Moimi łaskami i wszelkimi dowodami Mojej miłości; nie chcą usłyszeć wołania Mojego, ale idą w przepaść piekielną. Ta utrata dusz pogrąża Mnie w smutku śmiertelnym. Tu duszy nic pomóc nie mogę, chociaż Bogiem jestem, bo ona Mną gardzi; mając wolną wolę, może Mną gardzić albo miłować Mnie. Ty, szafarko Mojego miłosierdzia, mów światu całemu o Mojej dobroci, a tym pocieszysz serce Moje” (Dz. 580).

Pan Jezus objawił św. Faustynie, że niektóre dusze obdarza szczególnymi łaskami i powołuje do wyjątkowej jedności ze sobą. „Dusza taka rozumie to wezwanie – pisze św. Faustyna – bo jej Bóg daje to wewnętrznie poznać, ale jednak może za tym pójść, a może nie pójść, od duszy zależy być wierną pociągnięciom Ducha Świętego, albo stawić temu Duchowi Świętemu opór. Jednak poznałam, że jest miejsce w czyśćcu, gdzie dusze będą się wypłacać Bogu za tego rodzaju przewinienia; jest to najcięższa męka z rodzaju mąk. Dusza szczególnie nacechowana przez Boga odznaczać się będzie wszędzie, jak w niebie, tak w czyśćcu czy w piekle. W niebie odznaczy się od innych dusz większą chwałą, jasnością i głębszym poznaniem Boga; w czyśćcu – głębszą boleścią, bo głębiej zna, gwałtowniej pożąda Boga; w piekle będzie cierpieć więcej niż inne dusze, bo głębiej zna, Kogo utraciła; ten stygmat wyłącznej miłości Bożej w niej się nie zaciera. O Jezu, utrzymuj mnie w bojaźni świętej, abym nie marnowała łask. Dopomóż mi być wierną natchnieniom Ducha Świętego, dozwól, niech raczej mi pęknie serce z miłości ku Tobie, aniżelibym miała opuścić choćby jeden akt tej miłości” (Dz. 1556-1557).


Porwany przez kolumbijską mafię

25 grudnia 1997 r. bogaty producent filmowy z Hollywood, Marino Restrepo, został porwany dla okupu przez kolumbijską mafię i wywieziony do amazońskiej dżungli. Czekając na egzekucję, przeżył doświadczenie, które uświadomiło mu, co się dzieje podczas sądu szczegółowego, na jakim staje każdy człowiek w chwili śmierci…

por

Marino Restrepo urodził się w kolumbijskim miasteczku Anserma, w 1950 roku, w zamożnej rodzinie właścicieli plantacji kawy wysyłanej na eksport do Hiszpanii. Miał dziewięcioro rodzeństwa. Potężny klan żył wiarą katolicką, którą Marino porzucił w wieku 15 lat, kiedy został wysłany do szkoły w Bogocie. Po latach wspomina, że chociaż od tamtej pory przez 33 lata żył coraz dalej od Boga, nigdy nie zapomniał widoku swojej babci odmawiającej różaniec.

Były lata 60. XX w. Oderwany od rodziny nastolatek w Bogocie zaczął brać narkotyki i uprawiać tzw. wolny seks, którym był zniewolony aż do czasu swojego nawrócenia się w 1997 r. W wieku 20 lat ożenił się z dziewczyną, która zaszła z nim w ciążę. Ponieważ chciała wbrew woli swoich rodziców urodzić dziecko, młodzi uciekli do Niemiec i przez sześć lat mieszkali w Hamburgu. Tam przyszli na świat dwaj synowie Marina Restrepo. Rodzina wyjechała do Stanów Zjednoczonych i osiedliła się najpierw w Nowym Jorku, a następnie w Hollywood w Kalifornii, gdzie Marino zaczął robić karierę w show-biznesie. Podróżował, zarabiał coraz większe pieniądze jako aktor, kompozytor, producent filmowy, scenarzysta itp., regularnie odwiedzał swoich krewnych w Kolumbii i wspierał ich finansowo. Czuł się spełnionym i zadowolonym panem swojego życia.

Marino Restrepo uważał siebie za człowieka wierzącego, bo „wyznawał” wszystko, co było modne: wierzył w reinkarnację, wywoływał duchy i stawiał karty tarota, czytał literaturę New Age, interesował się nowymi nurtami filozoficznymi i wydał krocie na urządzenie domu według zasad feng shui. Jak wspomina:

„Nie wiedziałem, a raczej zapomniałem, że w dzieciństwie uczono mnie, iż nie wszystkie duchy przychodzą do nas od Boga. Przez długie lata zadawałem się z duchami ciemności, aż w końcu stałem się kompletnym poganinem. «Ja» stało się centrum mojego życia.

Stworzyłem sobie własną wiarę, własne wewnętrzne «królestwo», a ludzi wokół traktowałem jak służbę. Jedynym, co się wówczas dla mnie liczyło, było odniesienie sukcesu. Żyłem zupełnie zawładnięty mentalnością tego świata: zarobić jak najwięcej pieniędzy, zostać sławnym i korzystać z życia. Nie chcę przez to powiedzieć, że świat i to, co się na nim znajduje, godne jest potępienia. Na świecie stworzonym przez Boga jest wiele dobrych rzeczy. To moje podejście do dóbr tego świata i sposób, w jaki żyłem, był demoniczny, bo żyłem zupełnie odcięty od Boga”.

Prezent na Boże Narodzenie

W 1997 r. Marino pojechał na święta Bożego Narodzenia do Kolumbii. Był to szczególnie trudny czas dla jego rodziny, która wciąż nie mogła poradzić sobie z żałobą po stracie pięciu członków w ciągu niespełna pięciu lat. W 1992 r. zmarła na raka żona Marina, potem dwóch  jego braci i oboje rodzice.

„Każdy zadawał sobie pytanie: Kto będzie następny?” – pisze Marino Restrepo. „Chociaż wierzyłem w reinkarnację, jednej z moich sióstr udało się namówić mnie na pójście 16 grudnia do kościoła, gdzie zaczynała się popularna w Ameryce Łacińskiej i na Filipinach nowenna do Dzieciątka Jezus. (…)

Postanowiłem poprosić, by Dzieciątko Jezus zmieniło moje życie na jeszcze lepsze. Miałem na myśli coś zupełnie innego niż moja siostra, dlatego nie przyznałem się jej do mojej intencji. Wiedziałem, że ona, jak i reszta rodziny modlili się od lat o moje nawrócenie. W głowie aż roiło mi się od okropnych pomysłów na to, jak osiągnąć jeszcze więcej pieniędzy, sławy i przyjemności. Moja siostra zachęcała mnie, żebym modlił się gorąco, na co z ironicznym uśmiechem przytakiwałem. O, gdybym wtedy wiedział, o co proszę!”.

Pan Jezus nie zawiódł.

Dokładnie 24 godziny po zakończeniu nowenny, o północy 25 grudnia 1997 r., Marino Restrepo po świątecznej kolacji odwoził na farmę jednego z wujów. Nagle z zarośli tuż przed maskę samochodu wyskoczyło sześciu uzbrojonych mężczyzn, którzy wywlekli kierowcę z auta, związali go, założyli mu worek na głowę i pętlę na szyję, po czym ciągnąc go na powrozie jak zwierzę, zaprowadzili w głąb dżungli. Było to typowe porwanie dla okupu. Porywacze okazali się bezwzględni. Mieli dokładnie rozpracowaną rodzinę Restrepo, znali wszystkie adresy i zajęcia jej członków.

Zapowiedzieli porwanemu, że po otrzymaniu okupu i tak go zabiją. Marino wiedział, że nie żartują i że to nie był film… O świcie dotarli do jakiejś chaty, gdzie Marino został zamknięty w pomieszczeniu w piwnicy pełnym nietoperzy, ich odchodów i robactwa. Ciało uwięzionego zamieniło się w jedną wielką spuchniętą, bolącą i swędzącą od ukąszeń ranę. Dzięki temu, że miał ciągle związane ręce, nie pogorszył sprawy drapaniem się.

Nie takiego prezentu się spodziewał! A jednak dziś Marino Restrepo wspomina te okropności jako największą łaskę swojego życia.

„Wtedy, siedząc w ciemnościach, na gnoju, żywcem zjadany przez robactwo, głodny i przerażony, zacząłem szukać w sercu czegokolwiek, czego mógłbym się uczepić. Przez głowę przelatywały mi wszystkie poznane filozofie, magiczne obrzędy, mantry itp. Nie znajdowałem niczego, co mogłoby mi w tych okolicznościach pomóc! A przecież przez lata wiedzą tajemną pomagałem rozwiązywać problemy innych ludzi. Teraz nic nie działało. Doszukałem się w sobie zaledwie nikłego knotka wiary katolickiej z dzieciństwa. Był tak słaby, że mimo usilnych starań nie zdołałem przypomnieć sobie absolutnie żadnej modlitwy. Zrozumiałem, że to tam, w wierze moich dziadków i rodziców, była prawda i potęga, które utraciłem! Ogarnął mnie przejmujący smutek”.

„Stanąłem na sądzie”

Przed oczami Marina przesunęły się obrazy z całego życia:

„Pierwszym wspomnieniem było umyślne niszczenie roślin w ogrodzie rodzinnego domu, które łamałem, jeżdżąc po nich na rowerku. Miałem wtedy trzy latka. Służąca biegała za mną i wołała, żebym przestał, ale jej nie słuchałem”.

Za tym obrazem przesuwały się kolejne jego dobre i złe czyny z dzieciństwa. Dobro przesuwało się szybko i bezboleśnie, zło jakby zatrzymywało się w kadrze. Kiedy akcja „filmu” doszła do wieku, kiedy Marino miał około 12 lat, zaczął on odczuwać ogromny ból na widok własnych grzechów.

„I to ja – wspomina – człowiek, który nie wierzył w ogóle w istnienie grzechu! Wyśmiewałem ludzi, którzy wypowiadali to słowo, dowcipkowałem na ten temat. A teraz czułem przejmujący ból z powodu własnych grzechów, chociaż nie był to ani ból fizyczny, ani psychiczny. To był ból czysto duchowy”.

Marino zdał sobie sprawę z tego, że jego dusza w stanie grzechu śmiertelnego nie miała prawa zbliżyć się do Boga. Dostrzegł, że nawet to, co robił w życiu, a co wydawało mu się dobre (działalność charytatywna, członkostwo w Amnesty International i organizacjach obrony praw człowieka, pomoc finansowa rodzinie itp.), wynikało z pobudek czysto egoistycznych i próżnych.

„Ludzie mówili, że byłem dobrym człowiekiem, naśladowali mnie. Rosłem we własnych oczach. Tak naprawdę byłem wielkim kłamcą, oszustem i rozpustnikiem. Mało tego, miałem czelność uważać się za przyzwoitego człowieka! Z tego wszystkiego zdałem sobie sprawę w jednej chwili, gdy Pan zawołał mnie po imieniu. Ujrzałem mroki własnej duszy i tak wielką zatwardziałość serca, że nie byłem w żaden sposób w stanie otworzyć go na Miłość, która objawiła się przede mną. Nie miałem klucza do własnego serca, bo nigdy tak naprawdę nikogo w życiu nie kochałem”.

Marino Restrepo zrozumiał, że tylko miłość Boża ma znaczenie w życiu, a konkretnie jej przyjmowanie i obdarowywanie nią innych ludzi. Na tym sąd się zakończył.

„Kiedy głos Boga wołającego mnie po imieniu umilkł, odczułem nieprawdopodobną, niewyobrażalną samotność. Byłem sam i czułem, że pogrążam się w otchłani śmierci bez Boga. Paląca potrzeba Miłości rozrywała mi serce. Miałem wrażenie, że moja dusza za chwilę udusi się z braku Miłości, która jest dla niej tym samym co tlen dla ciała. Wokół mnie zapadła przerażająca cisza”.

Podróż po tamtym świecie

Marino spojrzał pod nogi i ujrzał, że rozwiera się pod nimi wielka przepaść, z dna której dochodziły nieludzkie krzyki i wycia. Nie chciał na to patrzeć, ale czuł się przymuszony. Oczom przerażonego człowieka ukazało się piekło i co gorsza miał on pełną świadomość, że na nie zasłużył.

„Zobaczyłem w nim nie setki, nie tysiące, ale miliony dusz! W każdej chwili wpadają tam kolejne. Zdałem sobie sprawę, że jako katolicy mamy wszystko, czego nam potrzeba, żeby nie trafić do piekła. Pan Bóg wyposażył nas lepiej niż najpotężniejszą armię tego świata”.

Marino Restrepo zobaczył sceny podobne do tych, jakie przeraziły św. siostrę Faustynę, św. Franciszka i św. Hiacyntę, a także wielu innych świętych. A co znamienne, był w sprawach teologii zupełnym ignorantem.

Następnie Pan Bóg znów do niego przemówił i zapytał, czy zechce być Jego narzędziem, by głosić ludziom potrzebę nawrócenia się. Marino z prostotą dziecka odpowiedział:

„Tak, jeśli nie będę musiał się do tego przygotowywać przez czytanie jakichś uczonych książek”.

Zaskoczyło go, gdy Pan powiedział, że wystarczy codzienna lektura Pisma św., bo jego systematyczne czytanie oczyszcza zmysły człowieka: oczy, uszy i język, oraz obdarowuje Bożym spojrzeniem na człowieka, które nazywamy wyczuciem ludzi, nie wiedząc, że jest to wielki dar Ducha Świętego.

Po wizji piekła Marino ujrzał kolejno czyściec, wraz z jego stopniami oczyszczenia i duszami żebrzącymi o naszą modlitwę i ofiarowanie, oraz niebo, pełne dusz zbawionych i aniołów. Zdał sobie też sprawę, jak wielką tajemnicą jest świętych obcowanie, ich pomoc nam, żyjącym na ziemi, oraz pomoc aniołów.

„Bóg nie chce, aby czyjakolwiek dusza znalazła się w piekle, ani nawet w czyśćcu” – pisze Marino. „Jego pragnieniem jest zabrać każdego człowieka z ziemi prosto do nieba. Niebo jest naszym prawdziwym domem”.

O sakramencie pojednania

Marino Restrepo poznał, jak wielką moc ma sakrament pojednania, który jest dosłownym zerwaniem z człowieka kajdan zła. Dobrym obrazem tego sakramentu jest scena z Ewangelii wg św. Marka (5,1-17), kiedy to Jezus spotkał opętanego w kraju Gerazeńczyków, który podbiegł do Niego i błagał o uwolnienie. Wyrzucony „legion” złych duchów został posłany w świnie, które potopiły się w jeziorze. W duszy oswobodzonego pozostała jednak rana po grzechu. Jedynym lekarstwem, które może tę ranę zabliźnić, jest Eucharystia: mała, niepozorna Hostia, pod postacią której kryje się prawdziwe Ciało Chrystusa. Dlatego tak ważne jest, by po spowiedzi najszybciej, jak to możliwe, przyjąć Komunię św.

Podczas swojego mistycznego doświadczenia skazany przez porywaczy na śmierć Marino Restrepo poznał z niezbitą pewnością, że przez 33 lata żył w stanie grzechu śmiertelnego i poruszał się wyłącznie po terenie rządzonym przez „księcia tego świata”. Wiedział, że bez sakramentu pojednania jego dusza pozostanie na tym terenie na całą wieczność. Tym Marino tłumaczy cud swojego uwolnienia, który okazał się prawdziwym prezentem od Pana Jezusa i łaską Bożego Miłosierdzia, gdyż dał mu przede wszystkim okazję do skorzystania z sakramentu pojednania.

Łaska powrotu na ziemię

Marino już wiedział, że jego dusza była w tak opłakanym stanie, że nie mogłaby wejść do nieba, ani nawet do czyśćca.

„Niebo stało przede mną otworem i wszyscy tam zapraszali mnie do środka, lecz zło popełnione i brak jakiejkolwiek skruchy za nie działały jak siła odśrodkowa, która odpychała mnie na zewnątrz i zatrzymywała w drodze do domu Ojca. Czułem ogromne ciśnienie tego zła. Wiedziałem, że to nie demony były moimi największymi wrogami, ale ja sam! Potrzebowałem ratunku i uwolnienia od własnego «ja», które było moim nieprzyjacielem numer jeden. (…) Moja pycha była tak wielka, że ściągała mnie w dół, jakby mi ktoś uwiązał u szyi ciężki kamień. A jednocześnie widziałem, jak bardzo Bóg chce mi wszystko wybaczyć. W akcie wielkiego, niepojętego miłosierdzia odesłał mnie z powrotem na ziemię, do piwnicy”.

Okoliczności się nie zmieniły. Zmieniło się tylko wewnętrzne nastawienie skazańca, który uspokoił się i o nic innego się nie modlił jak tylko o to, by nie umrzeć bez sakramentu pojednania. Marino zaczął każdy dzień przeżywać w duchu pokuty, każde swe cierpienie fizyczne i psychiczne ofiarowywał za swoje grzechy, ale wiedział, że i tak reszty życia by mu nie starczyło na zadośćuczynienie. Miał 47 lat i żebrał już tylko o Boże Miłosierdzie.

Uwolnienie i misja

Marino był zakładnikiem partyzantów jeszcze przez sześć miesięcy. Pewnej nocy, całkiem niespodziewanie i bez podania przyczyny, porywacze wyprowadzili go z piwnicy i kazali mu iść prosto przed siebie drogą, nie oglądając się za siebie.

„Myślałem, że nadeszła godzina egzekucji. Szedłem i czekałem, aż w plecy ugodzi mnie śmiertelna kula. Szedłem dalej i dalej, ale strzał nie padał. Na zakręcie drogi kątem oka spojrzałem za siebie. Porywaczy nie było, wycofali się do lasu. Nie miałem pewności, że jestem wolny. Przez pół roku życia jako więzień nie miałem własnej woli. Przywykłem do tego, że zawsze ktoś mówił mi, co mam robić, i utraciłem zdolność samodzielnego podejmowania decyzji.

Szedłem bezmyślnie przed siebie, aż o świcie minął mnie autobus i zatrzymał się kilka metrów dalej. Wysiadła z niego jakaś kobieta, a ja podbiegłem, lecz kierowca zamknął mi drzwi przed nosem. Udało mi się zaklinować je kolanem i otworzyć na siłę. Ludzie spojrzeli na mnie z odrazą. Byłem zarośnięty, śmierdziałem z brudu, a ubranie, które miałem na sobie od pół roku, było podarte w strzępy. Musiałem wyglądać jak jaskiniowiec. W milczeniu przeszedłem wzdłuż siedzeń, odprowadzany wzrokiem zdumionych pasażerów, i zająłem miejsce na samym końcu, przy otwartym oknie. Dojechaliśmy do miasta, gdzie zgłosiłem się na policję. Rodzina natychmiast po mnie przyjechała i zabrała do domu”.

Kiedy Marino Restrepo doszedł do siebie fizycznie, poprosił o spowiedź w klasztorze Ojców Franciszkanów. To była bardzo długa spowiedź… Przeor, włoski kapłan, zgodził się zostać jego kierownikiem duchowym. Po jakimś czasie Marino wrócił do Kalifornii, do swoich dorosłych synów. Tam od podstaw uczył się bycia katolikiem. Na Mszy św. czuł się początkowo jak dziecko, które nie wie, co się wokół niego dzieje. Strasznie się lękał, że zło wciągnie go na powrót, bał się swojego dawnego ja, które śniło mu się po nocach. Wiedział, że jedynym sposobem uniknięcia jeszcze większego nieszczęścia jest przylgnięcie całym sercem do Jezusa i do Kościoła.

Półtora roku później Marino przyjechał do Kolumbii, by spędzić Wielkanoc w gronie swoich krewnych. W Niedzielę Palmową kościół był tak wypełniony ludźmi, że nie udało mu się wejść do środka. Przez otwarte drzwi środkowej nawy, nad głowami wiernych, widział tylko wielki krucyfiks zawieszony nad ołtarzem. Wpatrując się w niego, poczuł, że Jezus zaprasza go do podjęcia misji ewangelizacyjnej, do tego, by dawać ludziom świadectwo o tym, co przeżył i co widział oczyma duszy podczas swojego uwięzienia. Pan Jezus do niczego go nie zmuszał, tylko prosił, żeby podjął się tego zadania dla ratowania dusz, na których Mu tak zależy.

Marino nie wahał się długo. Opuścił Hollywood i postanowił zostać celibatariuszem, świeckim misjonarzem katolickim. Założył organizację pod nazwą Mision Catolica Peregrinos de Amor (Katolicka Misja Pielgrzymów Miłości) i niestrudzenie jeździ po świecie, by głosić swoje świadectwo i orędzie Ewangelii w kościołach. Opublikował też wspomnienia.

„Czasem ludzie pytają mnie, czy mam jeszcze czas dla siebie. Czas dla siebie? Przez 47 lat spędzałem czas tylko dla siebie. Teraz żyję dla Pana i nie znam większej radości. Praca dla Niego jest dla mnie źródłem wewnętrznego pokoju. Jeżdżę po świecie i «trąbię», żeby jak najwięcej ludzi obudzić i postawić na nogi. Mówię im, że życie na ziemi trwa tylko chwilę, ale mamy tylko tę chwilę, by zdecydować, jaka będzie cała nasza wieczność. Wszyscy chcą iść do nieba. Wielu śmieje się ze mnie, bo mówię im, że postanowiłem zostać świętym. Pukają się w głowę, bo nie zdają sobie sprawy, że do nieba wchodzą tylko święci. Jeśli nie uświęcimy się na ziemi, nasze uświęcenie dokona się w czyśćcu, ale to będzie o wiele bardziej bolało. Jeśli zaś nie chcemy być święci, to sami dokonujemy wyboru… I tyle”.

W życiu Marina Restrepo dokonał się radykalny zwrot, jak sam przyznaje, dzięki niesłychanej łasce Bożego Miłosierdzia. Dostał drugą szansę, której za nic na świecie nie chce zmarnować. Głosi swoje świadectwo, ponieważ, jak mówi, tak bardzo przyzwyczailiśmy się rozmywać chrześcijaństwo, że w wielu środowiskach jest dziś „politycznie niepoprawne” przypominanie o kajdanach grzechu, o działaniu diabła, o piekle itd. Tak zwani „porządni ludzie” nie chcą o tym słyszeć, bo przecież „nic złego nie robią.

Marino Restrepo postanowił być pielgrzymem miłości, jak bł. Jan Paweł II, jak wielu innych, którzy odważyli się przypominać prawdę o sprawach ostatecznych. Podjął trud życia w Bożym świetle, gdyż po tym, czego doświadczył, wie, że tego światła żaden mrok zgasić nie zdoła. Dlatego świadectwo nawrócenia się Kolumbijczyka z Hollywood nie jest „straszeniem piekłem”, tylko odwagą spojrzenia w niebo z miłością i ufnością w Boże Miłosierdzie, które potrafi wyciągnąć człowieka z najgorszych tarapatów.


Natuzza Evolo
żona i matka, mistyczka i stygmatyczka

Czas naszego życia na ziemi jest krótki. Wtedy decyduje się nasza wieczność: albo wybierzemy niewyobrażalne szczęście wiecznej miłości w Chrystusie, albo straszliwe cierpienie wiecznej nienawiści. O tej prawdzie przypomina nam Bóg poprzez nadzwyczajne znaki i cuda w życiu tak wielkich mistyków, jakim była Natuzza Evolo z Kalabrii we Włoszech, zmarła 1 listopada 2009 r.

odwagi

We Mszy św. pogrzebowej Natuzzy, 5 listopada 2009 r., uczestniczyło 50 tysięcy wiernych, pięciu biskupów oraz kilkuset księży. Zgromadzeni ludzie spontanicznie wznosili okrzyki: „Santa subito!”. Ksiądz biskup ordynariusz Luigi Renzo podczas homilii zapowiedział rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego zmarłej oraz stwierdził, że obecność tak licznej delegacji biskupów i księży jest znakiem aprobaty przez Kościół świętości życia i nadzwyczajnych charyzmatów Natuzzy Evolo, jednej z największych mistyczek naszych czasów. Pan Jezus powołał tę prostą analfabetkę z Kalabrii do szczególnej misji, a było nią współcierpienie z Chrystusem, poprzez dar stygmatów, w tajemnicy Jego Męki i Śmierci za zbawienie wszystkich ludzi oraz przypominanie nam wszystkim o życiu po śmierci: o niebie, czyśćcu i piekle, poprzez bezpośredni kontakt ze zmarłymi.

Dzieciństwo

23 sierpnia 1924 r. w miasteczku Paravati w Kalabrii dziewiętnastoletnia Filomena Maria Angela Evolo urodziła swoje pierworodne dziecko, dziewczynkę, której nadano imię Natuzza. Miesiąc przed jej narodzinami jej ojciec, Fortunato Evolo, wyjechał do Argentyny w poszukiwaniu pracy i przestał się kontaktować z rodziną. W ciągu kolejnych siedmiu lat mama Natuzzy urodziła jeszcze pięciu synów: Dominika, Antoniego, Franciszka, Wincentego i Pasquale. Nie wiadomo, kto był ich ojcem, ale wszyscy otrzymali nazwisko Evolo. Mieszkańcy Paravati mieli temat do złośliwych plotek i pełnych pogardy komentarzy o Marii Angeli i jej dzieciach, które nazywali bękartami.

Natuzza wychowywała się w wyjątkowo trudnych warunkach i w wielkiej biedzie. Już jako pięcioletnie dziecko chodziła do piekarni i w milczeniu czekała, wzbudzając litość, a kiedy otrzymała kilka bułek, natychmiast niosła je dla swoich głodnych braci.

Z powodu braku pieniędzy Natuzza nie mogła pójść do szkoły i dlatego przez całe życie pozostała analfabetką. Pomimo skrajnej nędzy była dzieckiem radosnym, zatroskanym o swoich braci i rówieśników z Paravati. W obliczu różnych trudności, kłopotów nigdy się nie zniechęcała i nie upadała na duchu, ale z jeszcze większą energią je przezwyciężała, otwierając się na innych i niosąc im pomoc. Była dzieckiem pogodnym, choć równocześnie naznaczonym cierpieniem spowodowanym wielką biedą i moralnym zagubieniem swej mamy. Natuzza gorąco prosiła Matkę Najświętszą o jej nawrócenie.

Już w wieku sześciu lat dziewczynka otrzymała wyjątkowy dar widzenia Pana Jezusa, Matki Bożej, aniołów i świętych. Kiedy po raz pierwszy pokazała się jej Matka Boża, Natuzza nie wiedziała, kim Ona jest. Zachowywała to wszystko w tajemnicy, gdyż tak jej poradził miejscowy proboszcz.

W 1934 r. Maria Angela, mama Natuzzy, zostaje skazana na więzienie za kradzież kury, którą zabiła i potem ugotowała dla swoich wygłodniałych dzieci. Kiedy kobieta przebywała w więzieniu, właścicielka mieszkania bez żadnej litości wyrzuciła rodzeństwo na bruk, gdyż nie zapłacono jej czynszu. Natuzza razem z braćmi znalazła się na ulicy; dzieci musiały nocować pod schodami. To były bardzo bolesne dni dla Natuzzy, która z wielką ufnością błagała wówczas o pomoc Matkę Bożą.

Pewnego razu podczas modlitwy usłyszała głos:

„Odwagi, teraz znajdę dla was mieszkanie”.

Rzeczywiście, kilka dni później znalazło się dla sierot jedno z nowo wybudowanych mieszkań komunalnych. Kiedy rodzeństwo się tam wprowadziło, Natuzzy objawił się św. Franciszek da Paola, który powiedział dziewczynce, że wkrótce jej mama wróci do domu, a ona sama będzie mogła pomagać rodzinie. Po trzech dniach od tego objawienia Maria Angela faktycznie została zwolniona z więzienia i wróciła do domu. Natuzzy natomiast zaproponowano pracę służącej w domu adwokata nazwiskiem Colloca. Odtąd każdego miesiąca Natuzza mogła wspierać swoją rodzinę skromną pensją.

Spotkania ze zmarłymi

W tym okresie Natuzza często prowadzi rozmowy z Panem Jezusem i Matką Bożą oraz nosi w swoim ciele niewidzialne stygmaty, które zadają jej wielkie cierpienie w każdy piątek oraz w okresie Wielkiego Postu.

Późnym latem 1939 r. Natuzza otrzymuje od Boga dar spotykania się z ludźmi zmarłymi. Początkowo było jej trudno odróżnić ich od osób żyjących na ziemi, dopiero później oswoiła się z ich obecnością i przestała się ich bać. Traktowała ich jak osoby bliskie i zaprzyjaźnione. Pan Bóg pozwalał tym zmarłym, aby poprzez Natuzzę przekazywali swoim krewnym, że istnieje życie po śmierci, że jest niebo, czyściec oraz  piekło. Wzywali do nawrócenia i życia zgodnego z nauką Kościoła katolickiego, do codziennej, wytrwałej modlitwy oraz do regularnego przystępowania do sakramentów pokuty i Eucharystii.

Pierwszymi adresatami tych orędzi było małżeństwo Silvia i Alby Colloców, u których Natuzza pracowała. Początkowo oboje małżonkowie mieli wątpliwości i nie dowierzali dziewczynie, ponieważ tajemnicze zjawiska pojawiały się u niej każdego dnia. W końcu postanowili poinformować o wszystkim władze kościelne, które zadecydowały, że trzeba piętnastoletnią Natuzzę poddać egzorcyzmom.  Było to dla niej bolesne upokorzenie, lecz przyjęła je z uległością i pokorą. Podczas egzorcyzmów powiedziała do kapłanów:

„Modlicie się, aby Bóg wyzwolił mnie od demonów, ale tutaj ich nie ma, są natomiast liczni aniołowie”.

Egzorcyzmy wykazały ponad wszelką wątpliwość, że Natuzza nie jest pod wpływem duchów nieczystych. Kiedy po tym upokarzającym doświadczeniu dziewczyna wracała wieczorem do domu, spotkała na drodze zakonnika w habicie dominikańskim, który udzielił jej błogosławieństwa, mówiąc, że jest św. Tomaszem z Akwinu. Powiedział jej też, że od dzisiaj już codziennie w dzień i w nocy będzie się spotykała z duszami czyśćcowymi. Błogosławieństwo św. Tomasza z Akwinu utwierdziło Natuzzę w przekonaniu, że spotkania ze zmarłymi pochodzą z inicjatywy i woli samego Boga. W niedługim czasie lokalne władze kościelne uznały ich autentyczność.

Pierwsze stygmaty i bilokacje

W 1938 r. pojawił się dziwny fenomen: z tych miejsc na ciele Natuzzy, w których Jezus miał rany, zaczęła codziennie wypływać krew. Badania lekarskie dziewczyny wykazały, że jest ona zdrowa i nie ma żadnych ran, a pomimo tego przez jej skórę wypływa krew. Na bandażach i chusteczkach, którymi wycierano krew Natuzzy, pojawiały się wizerunki Jezusa, Maryi, świętych, a także napisy z modlitwami po łacinie, francusku, angielsku,  niemiecku, grecku i aramejsku – a więc w językach, których dziewczyna w ogóle nie rozumiała.

Te dziwne zjawiska zostały po raz pierwszy naukowo udokumentowane przez lekarzy w 1939 r. Doktor Domenico Naccari po przyłożeniu i zdjęciu opatrunku Natuzzy był świadkiem powstania na nim tekstu modlitwy do Dzieciątka Jezus. Kiedy przyłożył następny opatrunek na ranę dziewczyny, powstawał na nim dalszy ciąg tekstu tej samej modlitwy. Zdumienie lekarzy było ogromne, tym bardziej że sami zakładali opatrunki i dopilnowali tego, aby nikt nie mógł nic na nich napisać. Bandaże z napisami i świętymi symbolami zachowały się do dnia dzisiejszego. Natuzza za wszelką cenę chciała ukryć przed innymi ludźmi fakt swoich tajemniczych krwotoków. Okazało się to jednak niemożliwe: krwotoki i napisy pojawiały się niezależnie od jej woli.

W 1939 r. zaczęło się mówić o przypadkach bilokacji Natuzzy. Poprzez bilokację dziewczyna odwiedzała różne osoby, które potrzebowały duchowej pomocy; często pojawiała się w towarzystwie aniołów lub osób zmarłych. Wiadomość o tych wszystkich nadzwyczajnych charyzmatach Natuzzy Evolo szybko rozeszła się wśród ludzi. Zaczęli do niej przybywać nie tylko ludzie świeccy, ale również osoby zakonne, księża i biskupi.

Kuria biskupia dyskretnie obserwowała Natuzzę. Do tego celu został wydelegowany proboszcz katedry w Mileto ks. F. Pititto, który przeprowadzał z dziewczyną rozmowy, opisywał różne nadzwyczajne wydarzenia z jej życia, dołączając dokumentację medyczną. Badania lekarskie wykonane pod kierunkiem dra Giuseppe Naccariego wykluczyły możliwość, że krwotoki u Natuzzy mają podłoże histeryczne, również psychiatrzy stwierdzili, że dziewczyna ma zdrową psychikę i że wszystko wskazuje na wiarygodność jej nadprzyrodzonych wizji, ekstaz oraz rozmów ze zmarłymi. Władze kościelne skłaniały się do przekonania, że to, co się dzieje z Natuzzą, jest wynikiem Bożego działania, a nie ingerencji duchów nieczystych.

Sceptycyzm bpa Albery i dra Gemellego

W grudniu 1939 r. Paolo Albera, biskup diecezji Mileto, poprosił o opinię w sprawie Natuzzy słynnego konwertytę dra Agostina Gemellego, rektora Uniwersytetu Katolickiego w Mediolanie (tego samego, który uznał, że stygmaty św. o. Pio miały charakter psychopatologiczny i histeryczny). W odpowiedzi doktor Gemelli zakwestionował dotychczasowe badania medyczne wykonane u Natuzzy, poddał ostrej krytyce dra Naccariego i na koniec stwierdził, że jego zdaniem te wszystkie nadzwyczajne zjawiska są wynikiem histerii. Radził, aby władze kościelne przestały się nimi zajmować, a wtedy wszystko się szybko wyciszy i ustanie.

Biskup Albera zastosował się do sugestii dra Gemellego. Jednak mimo to u Natuzzy nic się nie wyciszyło i nic nie ustało. Doktor Naccari pod presją krytyki ze strony dra Gemellego zmienił swoje zdanie odnośnie do Natuzzy, przychylając się do opinii słynnego profesora, że te nadzwyczajne zjawiska, które się dzieją wokół niej, mają podłoże histeryczne.

29 czerwca 1940 r. biskup Albera udzielał w Paravati sakramentu bierzmowania. Kiedy namaszczał olejem krzyżma czoło Natuzzy, dziewczyna nagle poczuła na plecach przejmujący ból. Po chwili okazało się, że pojawiła się tam duża krwawiąca rana w kształcie krzyża, która na oczach wszystkich obecnych odbiła się na białej koszuli dziewczyny. W ten sposób Pan Jezus stopniowo wprowadzał Natuzzę w tajemnicę współuczestniczenia w swoim cierpieniu za zbawienie wszystkich ludzi.

W 1967 r. tak Jezus mówił do Natuzzy:

„Zapytałem cię w 1938 r.: »Czy mogę oprzeć się na tobie jednym palcem?«. Odpowiedziałaś: »Tak«. Innym razem w 1944 r. pytałem: »Czy mogę oprzeć się na tobie jedną ręką?«. Odpowiedziałaś: »Tak«. W 1966 r. zapytałem: »Czy mogę oprzeć się na tobie moimi ramionami?« – i wtedy z radością odpowiedziałaś: »Tak, kochaj mnie i prowadź swoimi krzyżami«”.

Kilka dni po bierzmowaniu objawiła się Natuzzy Matka Boża, która oznajmiła jej, że 26 lipca 1940 r. doświadczy pozornej śmierci. Natuzza nie wiedziała, co to znaczy „pozorna śmierć”, i zrozumiała, że umrze 26 lipca. Wiadomość ta lotem błyskawicy rozeszła się w całej Italii, wzbudzając wielkie zainteresowanie wśród dziennikarzy. W dzień zapowiedzianej śmierci Natuzzy przed domem państwa Colloców zebrały się tłumy ludzi; przyszli m.in. dziennikarze największych gazet, a także lekarze gotowi nieść medyczną pomoc.

Pod wieczór 26 lipca Natuzza wpadła w odrętwienie, straciła całkowicie kontakt ze światem zewnętrznym, a jej ciało się usztywniło. Był to letarg, który trwał przez siedem godzin. Lekarze dawali dziewczynie różne zastrzyki, aby ją przebudzić, ale nic nie skutkowało. Po siedmiu godzinach Natuzza nagle wróciła do normalności, tak jakby nic się nie stało. Podczas tych siedmiu godzin swej pozornej śmierci Natuzza zobaczyła w wizji między innymi kościół i towarzyszące mu obiekty, które w przyszłości miały być wybudowane w Paravati. Zebrani ludzie byli zawiedzeni, że przepowiednia się nie spełniła, i zaczęli wątpić w to wszystko, co mówiła Natuzza.

Po tym wydarzeniu biskup zalecił natychmiastową kurację Natuzzy w szpitalu psychiatrycznym w Reggio di Calabria. Tak latem 2009 r. dziewczyna wspominała swój pobyt w szpitalu:

„Posłali mnie  do domu wariatów, mówili mi, że jestem obłąkaną histeryczką i że muszę poddać się kuracji. Pojechałam tam z podniesioną głową, uznałam to za wolę Bożą, gdyż również tam mogłam pomagać wszystkim, którzy tego potrzebowali, służąc im w tamtym miejscu”.

Podczas pobytu w szpitalu jedyną pociechą dla Natuzzy były objawienia Matki Bożej, która koiła jej ból. Maryja mówiła jej, że jest dzieckiem Bożym, i prosiła, aby przestała płakać, gdyż wybrała posłuszeństwo Bogu, godząc się z decyzją biskupa.

Podczas dwumiesięcznego pobytu w szpitalu psychiatrycznym Natuzza rozmawiała z chorymi, modliła się z nimi i za nich, pocieszała ich, mówiąc im o Bogu i o Jego nieskończonym miłosierdziu. Mówiła:

„W każdym chorym trzeba widzieć Jezusa i trzeba go kochać tak, jakby to był Jezus we własnej osobie”.

W szpitalu Natuzza miała częste wizyty dusz czyśćcowych w dzień i w nocy, przeżywała także mistyczne ekstazy. Lekarze byli zdumieni pojawiającymi się u niej krwotokami, wprost ze zdrowej skóry. Podczas wycierania jej krwi na chusteczkach i bandażach pojawiały się święte symbole, napisy lub teksty modlitw. Dyrektor szpitala poddał Natuzzę testowi Rorschacha, służącemu do diagnozowania psychicznych anomalii. Wyniki testu nie pozostawiały żadnych wątpliwości co do tego, że Natuzza nie ma żadnych oznak choroby psychicznej. Stwierdzono, że wykluczona jest autosugestia, a zjawiska, które zaobserwowano u dziewczyny, nie da się wyjaśnić na obecnym poziomie wiedzy; wyrażono tylko nadzieję, że jedynie parapsychologia może dać jakąś odpowiedź.

Dyrektor szpitala, prof. Puca, był przekonany, że najlepszym lekarstwem dla Natuzzy byłoby zamążpójście, rodzenie oraz wychowywanie dzieci. Natuzza jednak była tak zakochana w Jezusie, że w ogóle nie myślała o małżeństwie. Tak mówiła do o. Cordiana w 2001 r.:

„Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Jezusa, byłam malutka i zakochałam się w Nim, dlatego mówiłam: »nigdy nie wyjdę za mąż, pragnę zostać siostrą zakonną. Dzisiaj jestem jeszcze bardziej w Nim zakochana«”.

Natuzza zwróciła się do sióstr pracujących w szpitalu, aby przyjęły ją do swej wspólnoty. Zakonnice nie zgodziły się jednak przyjąć analfabetki.

Przez dwa miesiące pobytu w szpitalu wykonano u Natuzzy wszystkie możliwe badania i nie było powodu, aby ją dłużej hospitalizować. Dziewczyna wróciła do domu przed świętami Bożego Narodzenia.

Początki małżeństwa

Najważniejszym zaleceniem lekarskim było jak najszybsze wydanie Natuzzy za mąż.

Po wypisaniu dziewczyny ze szpitala, Giuseppina i Antonio, jej dziadkowie ze strony mamy, przyjęli ją do swego domu z wielką miłocią. Natuzza była jedną z najładniejszych dziewcząt w Paravati i zaczęli się nią interesować miejscowi młodzieńcy, a w sposób szczególny Pasquale Nicolace. Wszyscy, w tym także ksiądz proboszcz, namawiali Natuzzę, aby wyszła za niego za mąż. Dziewczyna z całą pewnością nie dałaby się przekonać co do tego, gdyby nie otrzymała bezpośredniej wskazówki od Jezusa i Maryi, ażeby przyjęła sakrament małżeństwa oraz aby uczyła się być kochającą żoną i matką.

Zaręczyny Natuzzy z Pasquale dokonały się w obecności księdza proboszcza. Ponieważ trwała druga wojna światowa, Pasquale został wcielony do wojska i wysłany na front. Władze kościelne podjęły decyzję o przyśpieszeniu ślubu, który został zawarty w katedrze w Mileto 14 sierpnia 1943 r. – per procura, czyli pod nieobecność pana młodego. Kiedy Pasquale wrócił 14 stycznia 1944 r., wspólnie z Natuzzą otrzymali od proboszcza błogosławieństwo małżeńskie i zamieszkali razem w bardzo biednym mieszkaniu w centrum Paravati. Pasquale był cieślą.

Wbrew przewidywaniom lekarzy po ślubie u panny młodej nie ustały mistyczne stany; w dalszym ciągu pojawiały się u Natuzzy tajemnicze krwotoki, stygmaty, nadal miała objawienia Jezusa i Maryi oraz spotkania z duszami czyśćcowymi. Do jej mieszkania nieustannie przychodzili ludzie z prośbą o modlitwę.

Tak Natuzza w 1989 r. wspomina tamten okres: „Zawsze z pomocą przychodzi mi Jezus. Potrafię zawsze pogodzić to, co muszę zrobić dla rodziny, z tym, co powinnam uczynić dla ludzi. Wstaję wcześnie każdego dnia i idę późno spać, zawsze wykonuję wszystkie domowe sprawy. Nigdy nie zostawiłam dzieci bez nakarmienia lub bez wyprasowania ich koszul”.

„Kiedy wyszłam za mąż, mieszkałam w ubogim i brzydkim domu. Sąsiedzi mówili mi: »Natuzza, czy potrzebujesz umeblowanie?«. A ja: „Mam pełną kasę”. A mieliśmy tylko 3 prześcieradła. Byłam zadowolona i dziękowałam Panu, myślałam: ja mam przynajmniej trzy prześcieradła, a są tacy, którzy nawet nie mają łóżka do spania. Trzeba zawsze być zadowolonym, ponieważ wszystko jest darem i łaską”.

Po trzech dniach pożycia małżeńskiego, 17 stycznia 1944 r., Natuzzę nawiedzają wątpliwości, czy jej małżeństwo przeżywane w całej swojej pełni było rzeczywiście zgodne z wolą Jezusa. W pewnym momencie cała izba została napełniona niebieskim światłem i pojawiła się Matka Boża. Natuzza przeprosiła z płaczem, że przyjmuje Ją w tak brzydkim mieszkaniu. Wtedy Maryja powiedziała, aby się nie przejmowała, ponieważ powstanie nowy dom, który będzie się nazywał Niepokalane Serce Maryi Schronieniem Dusz. W ten sposób Matka Boża przepowiedziała młodej mężatce powstanie nowego kościoła oraz ośrodka kultu maryjnego w Paravati – tego samego, który pokazała jej w najdrobniejszych detalach w wizji podczas jej „pozornej śmierci” 26 lipca 1940 r. Sanktuarium to ma być schronieniem dla wszystkich grzeszników, również dla dusz czyśćcowych, ponieważ ludzkie dusze nigdy nie umierają.

Matka Boża prosiła Natuzzę, aby na razie nikomu nie mówiła o tym planie, do czasu kiedy otrzyma wyraźne polecenie.  Stało się to 40 lat później. Wtedy  to po rozmowie Natuzzy z proboszczem powstało Stowarzyszenie Niepokalanego Serca Maryi Schronienia Dusz, które  następnie zostało przekształcone w fundację.

17 stycznia 1944 r. objawił się Natuzzy również Jezus z apostołem Janem, który nic nie mówił, tylko się uśmiechał. Natuzza ze łzami w oczach żaliła się Jezusowi, że od chwili ślubu nie czuje się godna Jego miłości.

„Zawsze ciebie kocham – odpowiedział Jezus – i jeszcze bardziej wtedy, gdy gorliwie wypełniasz swoje obowiązki żony i matki”.

Na koniec Pan Jezus dodał: „Daję ci świeże, pachnące kwiaty i biada ci, jeżeli nie będziesz ich strzegła”. Dopiero po trzech dniach Matka Boża wyjaśniła Natuzzy, że kwiaty, o których mówił Jezus, to są ludzie, którzy będą do niej przychodzić, a jej zadaniem jest, aby prowadzić ich do nawrócenia. Podczas objawienia 17 stycznia 1944 r. w promieniu 100 metrów od tego miejsca słychać było tak przepiękny śpiew chóru, że wszyscy mieszkańcy oraz przechodnie słuchali go z zachwytem i w wielkim skupieniu. Był to czytelny znak dla mieszkańców, że Natuzza została wybrana przez Boga do wypełnienia ważnej misji. Od tamtego czasu za każdym razem, kiedy Natuzza przeżywała stany mistyczne, zgromadzeni w jej mieszkaniu ludzie słyszeli ten wspaniały śpiew wydobywający się z piersi mistyczki, będącej w stanie ekstazy.

Pierwsze lata posługi

Do mieszkania Evolów zaczęły przychodzić tłumy ludzi, którzy prosili Natuzzę o radę, o modlitwę, o informacje o zmarłych, o poległych lub zaginionych żołnierzach. Natuzza przyjmowała przybyłych i odpowiadała im na ich pytania, wykazując ponadnaturalną znajomość wszystkich spraw. Ze szczerością mówiła, że nic innego nie czyni, jak tylko głośno powtarza to, co mówią jej aniołowie tych ludzi. Natuzza widziała zmarłych, którzy towarzyszyli osobom przychodzącym do niej z prośbą o pomoc. Na początku nie rozróżniała ludzi żyjących i zmarłych i dlatego pytała każdego, czy jest zmarłym czy nie.

Pan Bóg udzielił Natuzzy daru widzenia aniołów w pięknym, jaśniejącym, jakby ludzkim ciele. Aniołowie to czysto duchowe istoty, których zadaniem jest towarzyszenie każdej ludzkiej osobie, pomaganie jej w pokonywaniu pokus, przeprowadzanie jej przez trudne doświadczenia w czasie ziemskiego życia oraz umacnianie jej w czasie czyśćcowych cierpień. Anioł opuszcza po śmierci tylko tych ludzi, którzy swoimi grzechami skazali siebie na wieczność piekła.

Podczas jednego ze spotkań ze swoim Aniołem Stróżem Natuzza wyraziła żal, że nie jest w stanie wspomagać materialnie biednych, ponieważ sama żyje w wielkim ubóstwie. W odpowiedzi usłyszała słowa:

„Lepiej jest być ubogim w dobrach ziemskich aniżeli biednym na duszy i w wierze. Najlepszą pomoc przyniesiesz ludziom, gdy będziesz się za nich modliła. Modlitwa za innych jest największym wyrazem miłości”.

Anioł Stróż przekazał nam przez Natuzzę bardzo ważne orędzie:

„Nie ma piękniejszej rzeczy na ziemi od miłowania Boga całym swoim sercem. W chwili śmierci największy wyrzut sumienia stanowić będzie fakt, że nie staliśmy się święci. Minuta po minucie czyńcie wszystko dla miłości i stawajcie się świętymi”.

Wszyscy, którzy spotykali się z Natuzzą – także ci, którzy przychodzili ze zwykłej ciekawości – odczuwali silne wezwanie do życia mocną, bezkompromisową wiarą, która ma się wyrażać w wytrwałej, codziennej modlitwie.

W miarę upływu czasu władze kościelne zaczęły łagodzić swoje stanowisko w stosunku do Natuzzy. Nowy biskup, Enrico Nicodemo, wychodził z założenia, że trzeba cierpliwie czekać i nie wydawać przedwczesnych definitywnych opinii. Wielu księży zmieniło radykalnie swoją opinię o Natuzzy, przechodząc od totalnego sceptycyzmu do podziwu dla jej pokory, głębi i prostoty wiary oraz do akceptacji jej nadprzyrodzonych darów.

Przy boku każdej przychodzącej do niej osoby Natuzza widziała anioła w postaci prześlicznego dziecka. Zawsze było ono po prawej stronie ludzi świeckich i po lewej kapłanów. W ten sposób Natuzza natychmiast rozpoznawała księży, którzy chcieli się ukryć i odwiedzali ją bez kapłańskiego stroju.

Z ciała Natuzzy promieniował przepiękny zapach kwiatów, tak jak to miało miejsce w przypadku św. o Pio. Ten zapach wydobywał się również z różańców, krzyży oraz świętych obrazów, których dotknęła.

Tysiące osób doświadczało tego zapachu również w bardzo odległych miejscach; był to dla nich znak duchowej obecności Natuzzy. Ten cudowny zapach był specjalnym znakiem danym jej przez Boga i świadczącym o jej świętości. Matka Boża w jednym ze swoich objawień powiedziała do Natuzzy:

„Zbawiciel zlecił ci do wypełnienia bardzo ważne, bolesne i trudne zadanie, nie zniechęcaj się. On sam cię wspomaga i towarzyszy ci… Przez swoje cierpienia zbawisz wiele dusz”.

Na swoim ciele Natuzza nosiła stygmaty – rany, które zadano Jezusowi podczas Jego Męki. Całe jej życie naznaczone było wielkim cierpieniem. Dzięki jej modlitwie setki tysięcy ludzi doznało szczególnych łask, duchowego odrodzenia, nawrócenia, uzdrowienia z różnych nieuleczalnych chorób. O wielkiej pokorze Natuzzy świadczą jej czyny i słowa.

Tak Natuzza mówiła o sobie:

„Jestem niczym, jestem ziemskim robakiem. Nie wiem, co mam powiedzieć, nie jestem ani jasnowidzem, ani nie czynię cudów. Ja się tylko modlę, a Jezus czyni cuda. Pan Jezus i Matka Boża dają mi siłę, abym przekazywała ludziom wiele radości i pogody ducha, tym wysoko postawionym i tym prostym – wszystkim bez wyjątku”.

Innym razem mówiła:

„Jestem przyzwyczajona do spotkań ze zmarłymi, już od dzieciństwa. Stało się to po raz pierwszy, gdy miałam 10 lat. Jest to dla mnie tak samo oczywiste jak widok ludzi żyjących. Co więcej, jestem ze zmarłymi w większej zażyłości aniżeli z żywymi. Tylko w piątki i w Wielkim Poście ich nie widzę, a w pozostałe dni zawsze ich spotykam. Świętych widzę czasami, nie zawsze. Matka Boża i Jezus objawiają mi się w okresie Wielkiego Postu oraz w Wielki Czwartek i w Wielki Piątek. Jezus i Maryja mówią mi, że powinniśmy być dobrzy, pokorni i miłosierni, że świat nie jest światłem, lecz ciemnością! Jezus cierpi, ponieważ cały świat odnawia Jego ukrzyżowanie. Matka Boża mówi nam, że powinniśmy dużo się modlić, odmawiać różaniec. Poznaję różne sytuacje dzięki moim informatorom, którymi są aniołowie.

Widzę ich, jakby byli dziesięcioletnimi dziećmi, bez skrzydeł – a więc nie tak, jak są przedstawiani na obrazach, lecz jako piękne, jaśniejące światłem dzieci, które zawsze udzielają dobrych rad. Każdy z nas ma obok siebie swojego Anioła Stróża. Widzę ich obok osób żyjących, a nie obok zmarłych. Aniołowie sugerują wiele rzeczy osobom żyjącym na ziemi. Widzę, jako aniołowie stoją po prawej stronie ludzi świeckich, a po lewej u księży. Czasami się zdarza, że kapłan przychodzi do mnie ubrany po świecku. Od razu wiem, że jest księdzem, ponieważ widzę jego anioła stróża po lewej stronie. Całuję jego rękę, a on mi mówi: »Jak się dowiedzieliście?«. Odpowiadam: »Widzę po waszej lewej stronie anioła stróża«”.

Źródło: www.milujciesie.org.pl

17 marca 2017|