Gdyby nie było Ducha Świętego…

Święty Paweł, przybywszy do Efezu podczas swojej trzeciej podróży misyjnej, spotkał jakichś uczniów, których z miejsca zapytał, czy otrzymali Ducha Świętego, gdy przyjęli wiarę. „A oni do niego: Nawet nie słyszeliśmy, że istnieje Duch Święty” (Dz 19, 2). Działo się to dwadzieścia lat po zesłaniu Ducha Świętego na apostołów. A dziś, dwa tysiące lat po zesłaniu Ducha Świętego…?

Apostołowie doskonale wiedzieli, z kim mają do czynienia. Przecież na własne oczy widzieli cuda, oglądali znaki, doświadczali sytuacji przechodzących wszelkie wyobrażenie. Kilka chlebów i rybek nasyciło kilkutysięczny tłum, złe duchy pierzchały w krańcowym przerażeniu, wzburzone jezioro uspokoiło się na rozkaz, Człowiek chodził po wodzie…

Bez przesady można stwierdzić, że otrzymali komplet informacji, bo przecież sam Pan zapytany przez uczniów Jana Chrzciciela, czy On jest obiecanym Mesjaszem, odrzekł: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi” (Mt 11, 4-6). Oni nie wątpili – tak im się przynajmniej wydawało. „Ty jesteś Mesjasz, Syn Boga żywego (Mt 16, 16). Choćby mi przyszło umrzeć z Tobą, nie wyprę się Ciebie. Podobnie zapewniali wszyscy uczniowie” (Mt 26, 35).

Apostołowie doskonale wiedzieli, ku czemu zmierza cała działalność ich Mistrza. Mieli świadomość tego, co się stanie. Słyszeli o tym przecież niejednokrotnie. Cztery razy Jezus zapowiadał im, że „zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą poganom. I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją, a po trzech dniach zmartwychwstanie” (Mk 10, 33-34). Uczniowie rozmaicie odbierali te słowa. Z jednej strony, „nic z tego nie zrozumieli. Rzecz ta była zakryta przed nimi i nie pojmowali tego, o czym była mowa (Łk 18, 34); z drugiej zaś – „Piotr wziął Go na bok i począł robić Mu wyrzuty: Panie, niech Cię Bóg broni! Nie przyjdzie to nigdy na Ciebie” (Mt 16, 22), aż Pan musiał go ostro zrugać: „Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie!” (Mk 8, 33). W żaden sposób jednak nie można uznać, że nie zostali poinformowani o nadchodzących wydarzeniach. A jednak ta wiedza na nic im się zdała.

Cóż z samej wiedzy…

Kiedy nadszedł czas realizacji Jezusowej zapowiedzi, wszyscy (z wyjątkiem najmłodszego) w panice rozbiegli się jak owce. „Bo jest napisane: uderzę pasterza, a rozproszą się owce stada” (Mt 26, 31). Jeden Szymon Piotr usiłował bronić Pana, ale gdy ten nakazał mu schować miecz – zwątpił. A wkrótce, w obliczu tego co, myśląc „nie na sposób Boży, lecz na ludzki” (Mt 16, 23), wziął za ostateczną klęskę, dopuści się rzeczy gorszej niż tchórzliwa ucieczka – zdrady.

Potem wszyscy będą siedzieć ponuro w Wieczerniku, którego „drzwi były zamknięte z obawy przed żydami” (J 20, 19), do głębi wstrząśnięci tym, co się stało. Zamknięci w pojęciowej klatce żydowskiego nacjocentryzmu „spodziewali się, że On właśnie miał wyzwolić Izraela” (Łk 24, 21), przez co „oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali” (Łk 24, 16), choć szedł z nimi dobre dziesięć kilometrów. Niepewni przyszłości pogubili się w zaistniałej sytuacji, zwłaszcza wobec szerzącej się wśród ludu pogłoski rozpowszechnianej przez strażników grobu, jakoby „Jego uczniowie przyszli w nocy i wykradli Go, gdyśmy spali” (Mt 28, 13). Co dalej? Co teraz robić? Może trzeba powrócić do dawnego życia?

– Idę łowić ryby – oznajmia Szymon Piotr.

– Idziemy i my z tobą – odpowiadają pozostali (choć w większości nie są rybakami).

Nawet w obliczu Zmartwychwstałego trudno im wierzyć świadectwu własnych zmysłów. Nad Jeziorem Tyberiadzkim „żaden z uczniów nie odważył się zadać Mu pytania: Kto Ty jesteś?, bo wiedzieli, że to jest Pan” (J 21, 12). Wiedzieli, a jednak nic z tej wiedzy nie wyniknęło. Nie ruszyli na cały świat, aby niezwłocznie rozpocząć dzieło, do którego wszak Pan powołał ich na samym początku, i stać się „rybakami ludzi” (Mk 1, 17). Do tego bowiem brakowało im Mocy Bożej. Nie byli jeszcze Kościołem.

Dusza Mistycznego Ciała

Czego potrzeba Kościołowi, aby był Kościołem? Tego samego, czego potrzeba każdemu ciału (a Kościół jest przecież Mistycznym Ciałem Chrystusa), aby mogło żyć, działać, rozwijać się i uświęcać: duszy. Prawdę tę zwięźle formułuje Katechizm Katolicki kardynała Pietra Gasparriego: „Duch Święty jest jakby duszą Kościoła, bo go ustawicznie ożywia swoją skuteczną pomocą, jednoczy go z sobą i swoimi przysługami prowadzi go nieomylnie po drodze prawdy i świętości”. Na poparcie tych słów warto przytoczyć dwa zdania wyjęte z nauczania papieskiego (jedno z encykliki „Divinum illud” Leona XIII: „Wystarczy stwierdzić, że ponieważ Chrystus jest głową Kościoła, Duch Święty jest jego duszą”; drugie z encykliki „Mystici Corporis” Piusa XII: „Duch Chrystusa jest tą niewidzialną przyczyną, której należy przypisać utrzymywanie łączności wszystkich części Ciała między sobą i z ich wzniosłą Głową, ponieważ jest On cały w Ciele, cały w Głowie, cały w poszczególnych członkach”), oba wywiedzione z nauczania świętego Augustyna: „Tym czym dusza jest w naszym ciele, tym Duch Święty jest w ciele Chrystusa, którym jest Kościół”.

W dniu Pięćdziesiątnicy Bóg tchnął w Kościół swojego Ducha – zupełnie tak samo, jak gdy „ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą” (Rdz 2, 7). Bez Ducha Świętego – „Pana i Ożywiciela”, jak Go nazywa Symbol Nicejsko-Konstantynopolitański – nie byłoby w Kościele życia nadprzyrodzonego. Albowiem „Duch daje życie” (J 6, 63). Bez Ducha Świętego nie Kościołem byłaby wspólnota uczniów Chrystusowych, lecz Golemem, który rozsypałby się w gliniany proch wraz ze śmiercią ostatnich świadków życia, nauczania i działalności Jezusa z Nazaretu. Bez Ducha Świętego byłby Kościół tylko martwą materią pustej wiedzy o Bogu, ukrytej w przypowieściach, których nikt nie umiałby wyjaśnić. Taki „Kościół” mógłby być co najwyżej megasympozjum teologów arcyuczonych w czymś na kształt chrześcijańskiego Talmudu, nigdy zaś – kuźnią świętych.

„Aby pozostawać w jedności z Chrystusem, trzeba najpierw zostać poruszonym przez Ducha Świętego. Poznanie wiary jest możliwe tylko w Duchu Świętym. To on (…) wzbudza w nas wiarę” – czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego. Więcej nawet, „gdyby nie było Ducha Świętego – pisze święty Jan Chryzostom – nie moglibyśmy nawet powiedzieć Pan Jezus”, bo – jak dowodzi Apostoł Narodów – „nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus” (1 Kor 12, 3).

Bez Ducha – szkieletów ludy

Gdyby nie było Ducha Świętego, nie moglibyśmy Boga nazywać Ojcem – „albowiem wszyscy ci, których prowadzi Duch Boży, są synami Bożymi” (Rz 8, 14). „Na dowód tego, że jesteście synami, Bóg wysłał do serc naszych Ducha Syna swego, który woła: Abba, Ojcze!” (Ga 4, 6). Jeśli nie byłoby Ducha Świętego, nie bylibyśmy w stanie komunikować się z naszym Ojcem, „gdy bowiem nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8, 26). Gdyby nie było Ducha Świętego, nie bylibyśmy zdolni do miłości, „ponieważ miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5, 5). Gdyby nie Duch Święty, nie bylibyśmy w stanie pojąć Słowa Bożego, ponieważ „tego, co Boskie, nie zna nikt, tylko Duch Boży” (1 Kor 2, 11).

Gdyby nie było Ducha Świętego, Kościół nie mógłby być nauczycielem świata. „Duch Prawdy” (J 14, 17) bowiem – jak uczy Katechizm Świętego Piusa X – „ustanawia w Kościele królestwo prawdy i miłości oraz wspomaga Kościół w bezpiecznym kierowaniu jego dzieci na drodze do nieba”, zgodnie z zapowiedzią Pana Jezusa, że „Pocieszyciel, Duch Święty, którego Ojciec pośle w moim imieniu, On was wszystkiego nauczy i przypomni wam wszystko, co Ja wam powiedziałem” (J 14, 26). Przystępnie sprawę wyjaśnia chrześcijanom z Koryntu święty Paweł: „Jednemu dany jest przez Ducha dar mądrości słowa, drugiemu umiejętność poznawania według tego samego Ducha, innemu jeszcze dar wiary w tymże Duchu, innemu łaska uzdrawiania w jednym Duchu, innemu dar czynienia cudów, innemu proroctwo, innemu rozpoznawanie duchów, innemu dar języków i wreszcie innemu łaska tłumaczenia języków. Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch, udzielając każdemu tak, jak chce” (1 Kor 12, 8-11).

Gdyby nie było Ducha Świętego, Kościół nie cieszyłby się nieomylnością swego nauczania. Albowiem – jak czytamy w katechizmie kardynała Gasparriego – „w nauczaniu dzięki ustawicznej pomocy Ducha Świętego, obiecanej przez Jezusa Chrystusa, Kościół jest nieomylny, gdy czy to w zwyczajnym i powszechnym nauczaniu, czy też uroczystym orzeczeniem władzy naczelnej podaje wszystkim do wierzenia prawdy wiary i obyczajów, które są bądź objawione same w sobie, bądź też pozostają w związku z objawionymi prawdami”.

Gdyby nie było Ducha Świętego, nie istniałby podział na Kościół nauczający i słuchający nauki, a co za tym idzie, gmach Kościoła nie byłby hierarchiczny. Z ustanowienia bowiem Ducha Świętego cieszy się on taką strukturą – o czym przypomina święty Paweł w nauce skierowanej do przełożonych Kościoła w Efezie: „Uważajcie na samych siebie i na całe stado, nad którym Duch Święty ustanowił was biskupami, abyście kierowali Kościołem Boga, który On nabył własną krwią” (Dz 20, 28).

Krótko mówiąc, „gdyby nie było Ducha Świętego – zacytujmy raz jeszcze świętego Jana Złotoustego – nie ostałby się Kościół; a skoro się ostaje, jest jasne, że jest w nim Duch Święty”. To chyba najmocniejszy dowód na istnienie Trzeciej Osoby Boskiej, a przynajmniej powód do głębokiej wiary w Jej skuteczność. Kościół zrodzony pięćdziesiąt dni po zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa i dziesięć dni po Jego wniebowstąpieniu, gdy na każdym z apostołów spoczął „język jakby z ognia” (Dz 2, 3) i w tej samej chwili „wszyscy zostali napełnieni Duchem Świętym” (Dz 2, 4), trwa nieprzerwanie od dwóch tysięcy lat, i to w skrajnie niekiedy niesprzyjających warunkach – co stanowi niekwestionowany rekord we wszechdziejach ludzkości. Żadna z ziemskich instytucji nie przetrwała tak długo – ponieważ bez nadprzyrodzonego wsparcia jest to po prostu niemożliwe – a Kościół przez dwadzieścia wieków stoi, jak stał i nigdy nie upadnie. Będzie trwał po wieczne czasy. Nie zniszczy go ani człowiek, ani żadna siła czy to przyrodzona, czy nadprzyrodzona. „Bramy piekielne go nie przemogą” (Mt 16, 18), ponieważ cieszy się on nieustającą, wieczną asystencją Ducha Świętego.

Reasumując zatem, w hipotetycznej rzeczywistości bez Ducha Świętego Bóg byłby daleki, obcy i niedosięgły; Chrystus jawiłby się wyłącznie jako świetlany bohater przeszłości; Ewangelia byłaby martwą literą a Kościół – jedynie ludzką organizacją; liturgia funkcjonowałaby tylko na zasadzie wspominkowego rytuału a życie chrześcijańskie…? Życie chrześcijańskie byłoby w ogóle niemożliwe.

Święty Wiatr

Oczywistość Ducha Świętego jest tak porażająca, że gdyby Go nie było, należałoby Go wymyślić. Tak właśnie postąpili mądrzy poganie, którzy – jako pozbawieni światła Bożego Objawienia – mocą samego rozumu przyrodzonego przeczuli i pojęli, że musi istnieć jakaś wyższa siła, która ożywia i wprawia w ruch całą naturę. Czyż arystotelejski Pierwszy Nieporuszony Poruszyciel nie jest jakże trafnym domysłem Ducha Bożego, który w dniu stworzenia nieba i ziemi „unosił się nad wodami” (Rdz 1, 2), który „wszystko zbudował” (Jdt 16 14), który „przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego” (1 Kor 2, 10) i „odnawia oblicze ziemi” (Ps 104, 30)?

Boski Poruszyciel – którego oba języki Biblii opisują („ruah” i „pneuma”) synonimem wiatru, podmuchu, tchnienia – wprawia w ruch Łódź Piotrową. Spróbujmy naszkicować taki obraz. Oto pośród bezmiaru wód – czy toń spokojna, czy huczą fale – majestatycznie sunie wyniosła nawa o strzelistych masztach, z którymi krzyżują się poziome reje, a na nich – niczym rozpostarty „zwój księgi” (Ps 40, 8) – ogromne żagle wydęte „uderzeniem gwałtownego wiatru” (Dz 2, 2), co „wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża” (J 3, 8). Wspaniały widok, nieprawdaż?

A zatem „kto ma uszy, niechaj posłyszy, co mówi Duch do Kościołów” (Ap 2, 7).

Jerzy Wolak

Źródło: www.pch24.pl

Zesłanie Ducha Świętego jest odpowiedzią na budowę Wieży Babel

Zesłanie Ducha Świętego na Apostołów, choć bardzo widowiskowe, nie było jedynie zwieńczeniem pięknej przygody, lecz dopiero początkiem ogromnego wysiłku ewangelizacji. Chrześcijanin, żyjąc według przykazań, nie tylko czyni lepszym życie swoje i innych, ale przede wszystkim otwiera je na perspektywę nieba.

„Kiedy nadszedł dzień Pięćdziesiątnicy, znajdowali się wszyscy razem na tym samym miejscu. Nagle spadł z nieba szum, jakby uderzenie gwałtownego wiatru, i napełnił cały dom, w którym przebywali” (Dz 2,1-2). Apostołowie, którzy doświadczyli Zesłania Ducha Świętego, usłyszeli szum z nieba. Tego dostąpić mogła jedynie wspólnota, która uwierzyła w obietnicę daną przez Zbawiciela, a nadzieję z nią związaną przeżywała, trwając razem na modlitwie. Wydarzenia Zmartwychwstania i Wniebowstąpienia Jezusa nie dały uczniom jeszcze na tyle odwagi, żeby wyjść z Wieczernika i bez lęku całemu światu głosić Ewangelię. Zbawiciel jednak obiecał uczniom: „Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze” (J 14,16). Stąd też, zgodnie z zapowiedzią, Jezus zsyła na Apostołów Ducha Świętego. To wtedy właśnie rodzi się Kościół.

Obietnica Królestwa, o której mowa, została złożona nie tylko Apostołom, ale także nam wszystkim. Problem jednak w tym, że często wolimy żyć wedle obietnic i nadziei bardzo przyziemnych. Gdy każdy żyje swoją krótkowzroczną nadzieją, trudno jest zebrać się razem. Jedynie nadzieja, która wykracza poza świat i poza czas, ma siłę jednoczenia tych, którzy jej zawierzyli. I tak, zamiast oczekiwać szumu z nieba, który zapowiadałby przyjście Pocieszyciela, wsłuchujemy się w szumy z ziemi, które mamią nas i zwodzą, odwracając naszą uwagę od tego, co liczy się naprawdę – od zbawienia. „Weźmijcie Ducha Świętego! Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane” (J 20,22-23). Duch Święty Pocieszyciel to nie nagroda dla najlepszych, ale Dar dla wszystkich, którzy otworzą dla Niego swe serce. Pocieszyciel, bo pomaga wytrwać w pełnej upadków wędrówce do Domu Ojca, mówiąc: „Wstawaj! To już niedaleko!”.

Jednak w tej naszej ziemskiej pielgrzymce, jak to się potocznie mówi o życiu człowieka, często skupiamy się wyłącznie na tym, co doczesne, zostawiając sprawy duchowe „na później”. Bo przecież wieczność nie ucieknie. Również naukę życia według miłości ukazanej nam przez Jezusa odkładamy na wieczne jutro. Żyjemy według ciała, czyli tym, co tu i teraz, bez żadnego eschatologicznego odniesienia. To, co duchowe, wydaje się nam abstrakcyjne, odległe i mające niewielki wpływ na naszą codzienność. Chrześcijanin ma być jednak człowiekiem Ducha Świętego, czyli dalekowzrocznym, mającym zawsze przed oczyma obiecane przez Chrystusa życie wieczne. „Wszyscy bowiem w jednym Duchu zostaliśmy ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni. Wszyscy też zostaliśmy napojeni jednym Duchem” (1 Kor 12,13). Być chrześcijaninem znaczy mieć Boga za Ojca, a innych ludzi za siostry i braci. A to zmienia całkowicie postać rzeczy. Kto ma Boga za Ojca, ten nie musi się bać śmierci, bo wie, że czeka go coś więcej niż ten świat.

Trzeba mieć wielkie zaufanie do Boga składającego obietnicę zbawienia, żeby wznieść się ponad sprawy doczesne i z odwagą kroczyć ku wieczności, wypełniając przykazania Pana. Trzeba mieć serce otwarte na Ducha Świętego, który uczy nas wszystkiego i przypomina nam wszystko, co Jezus powiedział (zob. J 14,26). Łatwiejsze jest dla nas życie według ciała, czyli zaspokajanie bieżących potrzeb, bo efekt jest widoczny i natychmiastowy, nasze samopoczucie się poprawia, czujemy się szczęśliwsi. Życie według Ducha to pielgrzymowanie drogą wyznaczoną przez Boże Słowo ku celowi, którego na ziemi nie dosięgniemy. Zesłanie Ducha Świętego na Apostołów, choć bardzo widowiskowe, nie było jedynie zwieńczeniem pięknej przygody, lecz dopiero początkiem ogromnego wysiłku ewangelizacji. Chrześcijanin, żyjąc według przykazań, nie tylko czyni lepszym życie swoje i innych, ale przede wszystkim otwiera je na perspektywę nieba.

Zesłanie Ducha Świętego jest odpowiedzią na to, co stało się podczas budowy wieży Babel: „tam bowiem Pan pomieszał mowę mieszkańców całej ziemi” (Rdz 11,9). W Dziejach Apostolskich czytamy, że po otrzymaniu Pocieszyciela uczniowie pełni odwagi wyszli do świata i zaczęli głosić Dobrą Nowinę i „każdy słyszał, jak przemawiali w jego własnym języku” (Dz 2,6). Jakim językiem mówili uczniowie, że rozumieli ich wszyscy? Był to język, którego uczył ich Jezus przez cały ten czas, kiedy Mu towarzyszyli – język miłości. To język zrozumiały dla każdego człowieka. To język przebaczenia, a nie wykluczenia, zjednoczenia, a nie podziałów: „Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni, aby stanowić jedno Ciało: czy to Żydzi, czy Grecy, czy to niewolnicy, czy wolni” (1 Kor 12,13). W takim właśnie języku Apostołowie głoszą wielkie dzieła Boże.

To, co grzech dzieli, Ewangelia łączy z powrotem w jedną całość, czyniąc Kościół wspólnotą jedności w różnorodności: „Różne są dary łaski, lecz ten sam Duch; różne też są rodzaje posługiwania, ale jeden Pan; różne są wreszcie działania, lecz ten sam Bóg, sprawca wszystkiego we wszystkich” (1 Kor 12,4-6). Jak nauczyć się języka miłości? Najważniejsze jest zrozumienie tego, że świat nie jest czarno-biały, lecz pełen kolorów o najróżniejszych odcieniach. Wszystkie natomiast kolory łączą się w jednym, białym, jasnym świetle. I tym światłem jest Chrystus – Nauczyciel języka miłości, Ten, który nieustannie posyła nam swojego Ducha.

Autor: ks. Mateusz Tarczyński

Źródło: www.deon.pl

 

31 maja 2020|