Gdy jest za dobrze, to źle. Chciwość potrafi z człowieka uczynić kogoś jakby opętanego

„Całkowicie go opanowuje i podporządkowuje. Ta sama chciwość powoduje, że manipulujemy Bogiem, a także innymi ludźmi. Chcielibyśmy ich widzieć po naszej stronie, wykorzystać dla naszego dobra” – mówi Dariusz Piórkowski SJ.

„Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, żeby się podzielił ze mną spadkiem”.

Lecz On mu odpowiedział: „Człowieku, któż Mnie ustanowił sędzią albo rozjemcą nad wami?” (Łk 12, 13-14).

 

„Is­tnieją tyl­ko dwie tra­gedie: pier­wsza po­lega na tym, że nie osiąga się te­go, co się za­mie­rzyło, dru­ga – że się to osiąga. Ale tyl­ko ta dru­ga jest tra­gedią praw­dziwą” (Oscar Wilde).

W kontekście Ewangelii według św. Łukasza dzisiejsza scena wygląda tak, że jeden ze słuchających mowy Jezusa, nagle Mu przerywa. Wyskakuje z tłumu jak filip z konopi. Okazuje się, że słuchał pozornie. W sumie nie był zainteresowany za bardzo tym, co Jezus ma do powiedzenia. Niby nadstawiał uszu, ale ciągle zajęty był myśleniem o swoim bracie, o krzywdzie, która go spotkała. Żył w ciągłym rozproszeniu, targało go od wewnątrz. Odczekał swoje aż w końcu ujawnił zamysł, z którym przyszedł do Jezusa. Ten człowiek okazał się przeciwieństwem postawy Marii, która słuchała słów Pana z otwartością.

Z drugiej strony w swojej reakcji ów mężczyzna przypomina nieco zachowanie siostry Marii, Marty. Podobnie jak ona próbuje wymóc na Jezusie rozstrzygnięcie rodzinnego sporu i załagodzenie napięcia. Chce, aby Jezus stanął po jego stronie. Instrumentalnie odwołuje się do Jego autorytetu, aby przeforsować swoje, sądząc, że może ta sztuczka podziała na brata. Dlatego wydaje Jezusowi niemalże rozkaz: „Nauczycielu, powiedz mojemu bratu, aby się podzielił ze mną spadkiem”.  Marta w podobny sposób żądała, aby Jezus nakazał Marii bezzwłoczne udanie się do kuchni. Takie rozpaczliwe domaganie się interwencji jest często przejawem ludzkiej bezsilności albo chęci kontroli nad wszystkim. Nie mogę czegoś osiągnąć, chociaż bardzo chcę. Nie pytam jednak, dlaczego tak naprawdę tego chcę. W skrajnej sytuacji człowiek wydziera drugiemu to, co chce, siłą.

W obu przypadkach Jezus nie spełnia żądań po myśli proszących. Nie daje się wciągnąć w bratersko-siostrzane rozgrywki. Współczesna psychologia orzekłaby, że jest asertywny, a więc wolny wobec ludzkich nacisków, oczekiwań i życzeń. Nie czyni z siebie arbitra. Nie robi tak jak dyktuje mu człowiek, ale równocześnie nie pozostawia obu spraw bez odpowiedzi. Nie odcina się od nich całkowicie, szukając świętego spokoju lub ulegając obojętności. Odpowiada mądrze. Z kontekstu wynika bowiem, że przypowieść, którą przedkłada tłumom, nie została przez Niego zaplanowana, raczej wywołała ją zaistniała sytuacja. Zarówno Marcie jak i skłóconym braciom pokazuje, że problem nie leży w tym, co im się wydaje jego przyczyną. Marcie wydawało się, że to Maria jest powodem jej drażliwości. Dwaj panowie sądzili, że chodzi o majątek. A Jezus mówi im, że chodzi o to, co tkwi w sercu. Dostrzega rzeczywiste źródło ich konfliktu. Oni widzą tylko podszewkę. Nawrócić musi się i jeden, i drugi brat, aby doszło do pojednania.

Jezus nie odsłania skłóconemu mężczyźnie stanu jego duszy wprost. Chociaż przypowieść jest sprytną odpowiedzią na spór między braćmi, to jednak została skierowana do szerszej publiczności, do nas. Jezus jasno daje do zrozumienia, że przyszedł dla „wyższych racji”, nie po to, by rozsądzać sprawy majątkowe. Do ilu to spraw Jezus w historii był przez nas wciągany? W ilu wojnach i konfliktach okazywał się rzekomo wspierać walczących! Jak wiele odruchów ludzkiego egoizmu, także przykrytego szatą religijną, było usprawiedliwianych powoływaniem się na autorytet samego Boga!

Tymczasem Jezus nie przyszedł po to, bo dzielić, lecz łączyć. Jezus jest mostem, tym, który jedna, a nie oskarża i pogłębia przepaści między ludźmi. W jaki sposób to czyni? Nie staje po stronie żadnego z braci. Przychodzi uwolnić od tego, co ich dzieli, ale oni jeszcze nie są tego świadomi.

Problemem jest chciwość, a dokładnie pożądanie, zakorzenione w lęku przed śmiercią. Z drugiej strony jest ono karykaturą boskości, namiastką wieczności. Jest chęcią zabezpieczenia siebie.

Chciwość potrafi z człowieka uczynić kogoś na podobieństwo opętanego. Całkowicie go opanowuje i podporządkowuje. Ta sama chciwość powoduje, że manipulujemy Bogiem, a także innymi ludźmi. Chcielibyśmy ich widzieć po naszej stronie, wykorzystać dla naszego dobra. Bóg i inni ludzie stają się wówczas jak przedmioty, pieniądze, tytuły, władza, których się pożąda. Pożądanie najprościej rzecz ujmując jest odwrotnością miłości, jest żarłoczną otchłanią, rozpaczliwym krzykiem o miłość, dlatego pożądający przyciąga i wsysa wszystko w siebie.

Natomiast miłość rozdaje siebie, ponieważ sama jest źródłem wszystkiego, jest nieskończonym nadmiarem.

Na czym polega iluzja bogacza z dzisiejszej przypowieści? W jego życiu nie było rzeczywistego odniesienia ani do Boga ani do żadnego człowieka. Wszystko kręciło się wokół jego „ja”. A przy tym uważał on, że będzie żył jeszcze „długie lata”, zamierzał przeprowadzić ogromne inwestycje i budowy; sądził, że przez całe życie będzie tylko nasycał swoje głody i cieszył się przyjemnością. Jeśli człowiek odetnie się od żywych relacji z innymi, pozostaje mu tylko relacja z własną „duszą”. Jego umysł tworzy wówczas alternatywny świat, który istnieje tylko w jego głowie. Wydaje mu się, że wszystko co pomyśli, spełni się, wszak prawie jest bogiem… Spełnianie pożądań podtrzymuje tę iluzję. I tak zamyka się to błędne koło.

Nieprzypadkowo więc Ewagriusz z Pontu nazwał chciwość „prorokinią długiego życia, zaklęciem pobudzającym pilność, szaleństwem nienasyconym”. Chciwość podpowiada pożądającemu, że będzie żył niemal wiecznie. Motywuje go do ogromnych poświęceń. Musi się przecież zabezpieczyć, zachować środki. Podobnie jak lęk tak i pożądanie bardzo motywuje do wysiłku, czasem wręcz niebotycznego. A wszystko ostatecznie na próżno, bo nic materialnego nie zabierze się ze sobą, tylko dobra duchowe lub pustkę.

Abraham Heschel napisał kiedyś, że „wszystko, co twórcze w człowieku, bierze się z ziarna niezadowolenia, któremu nie ma końca”. Kiedy człowiek osiada na laurach i pozornie niczego mu nie brakuje, bo zagłuszył wewnętrzne pragnienia przyjemnościami, wtedy zatrzymuje się w pół drogi, tak naprawdę przestaje żyć. Dlatego pewien niedosyt jest konieczny w życiu. Niezaspokojenie nie jest wrogiem człowieka. Ubóstwo (nie mylić z nędzą i biedą) umożliwia nam rozwój. Przesyt zamienia nas w niewolników.

 

Źródło: https://www.deon.pl/
4 sierpnia 2019|