Franciszkanin – Ojciec Klimuszko

Słoneczny lipcowy dzień. Dwoje dzieci zbiera w lesie poziomki. Są tak pochłonięte zabawą i rozmową, że nie zauważają nadciągającej burzy. Zaskoczone deszczem chowają się pod krzakiem. Ulewa jest jednak tak potężna, że nawet to nie chroni ich przed przemoknięciem. Mimo że znają się niemal od kołyski, chłopiec dopiero teraz zauważa na dłoni dziewczynki liczne i szpetne brodawki, które nabrzmiały od deszczu. Bez namysłu zrywa rosnące w pobliżu jaskółcze ziele i jego sokiem naciera dłonie dziewczynki. Po kilku dniach brodawki znikają bez śladu, a chłopiec zaczyna się zastanawiać, skąd przyszło mu do głowy, żeby sięgnąć akurat po to zioło

klimuszkoChłopiec nazywał się Czesław Klimuszko. Deszczowa przygoda spotkała go w roku 1916, gdy miał 11 lat. Mieszkał wtedy w maleńkiej wsi Nierośno na Podlasiu. Rodzice, Wincenty i Zofia, byli niezamożni. Oprócz Czesia mieli jeszcze pięcioro dzieci, dwoje z nich wcześnie zmarło.

Czesław chodził jak inne dzieci z okolicy do szkoły powszechnej w Różanymstoku. Przed wyleczeniem dłoni małej Zuzi nie przejawiał specjalnego zainteresowania ani ziołami, ani przyrodą w ogóle. Wiele czasu spędzał jednak na spacerach. „Ciągnęło mnie do samotności, do lasów, do chmur” – wspominał potem. Dopiero po tamtym medycznym sukcesie zaczął przyglądać się kwiatom i ziołom. Nie umiał ich nazwać, ale wyraźnie czuł, że jedne są przyjemne, inne zaś odpychające. Nie ujawniał się jednak ze swoją wiedzą i umiejętnościami, bo bał się podejrzeń o znachorstwo.

Dopiero kilka lat później, już podczas nauki w gimnazjum w Grodnie, natrafił na podręcznik zielarski, w którym znalazł potwierdzenie swoich przeczuć. Rośliny, które promieniowały błogością, okazały się lecznicze, te zaś, z których emanowała nieprzyjemna energia, były trujące.

Pierwsze widzenie

Do Grodna Czesław przyjechał w 1924 r. Tam spotkał o. Melchiora Fordona, bardzo energicznego i charyzmatycznego franciszkanina, cieszącego się ogromnym poważaniem wśród mieszkańców miasta. Ojciec Fordon znany był nie tylko ze swojej bezkompromisowości wobec władz carskich, ale też z oddania ubogim. Wspominano, że gdy zobaczył bosego żydowskiego żebraka, zdjął własne buty i ofiarował mu je. Być może młody Klimuszko zetknął się w tym czasie także z o. Maksymilianem Kolbe, który kierował wydawanym od 1922 r. w Grodnie „Rycerzem Niepokalanej”. Zaledwie po roku nauki w grodzieńskim gimnazjum postanowił na piechotę wyruszyć do Lwowa, gdzie wstąpił do zakonu franciszkańskiego.

W tym czasie miało miejsce jeszcze jedno dziwne zdarzenie związane z koleżanką z dzieciństwa. „Pewnego dnia, dokładnie 2 lutego 1925 r., zjawiła się przed moim wzrokiem ducha scena niespodziewanej śmierci mojej koleżanki z lat dziecinnych, wspomnianej już Zuzi. Zobaczyłem cały przebieg jej umierania. Mieszkała ona wtedy bardzo daleko. Po kilku dniach otrzymałem wiadomość potwierdzającą moje widzenie” – wspominał Klimuszko po latach. Potraktował to jednak jako incydent.

W 1925 r. rozpoczął nowicjat w Kalwarii Pacławskiej. Tam otrzymał imię zakonne Andrzej. Po roku nowicjatu wrócił do Lwowa, by skończyć naukę w gimnazjum. O ile nauki humanistyczne przyswajał z łatwością, o tyle matematyka była dla niego udręką. Przeżywał boleśnie swoje szkolne porażki, a po latach żartował, że Gimnazjum X we Lwowie nie zanotowało w historii ucznia bardziej tępego w matematyce niż on. Natomiast jego zainteresowania związane z ziołolecznictwem wpisywały się bardzo dobrze we franciszkańskiego ducha umiłowania przyrody. Podobnie jak jego szczególna – jak wspominają zakonni współbracia – wrażliwość na cierpienie drugiego człowieka. Gdy pytano go o to, kim jest, do końca życia odpowiadał: „Kapłanem zakonu św. Franciszka”. Święcenia kapłańskie otrzymał 6 maja 1934 r. w Krakowie. Przez kilka następnych lat mieszkał i posługiwał w różnych klasztorach: w Gnieźnie, w Wilnie, w Łagiewnikach koło Łodzi oraz w Warszawie. W stolicy został aż do wybuchu wojny.

Poza granice świadomości

W ostatnią sierpniową noc 1939 r. o. Klimuszce przyśnił się dziwny sen. Przed jego oczyma przesuwały się sceny bitew. Widział rozstrzeliwanych polskich żołnierzy i ludzi uwięzionych w obozach zagłady. Na koniec ukazał mu się zakrwawiony polski oficer i pokazał mu, jak wojska nazistowskie niszczą całą Europę. Ojciec Andrzej potraktował to jak senny koszmar, ale z każdym niemal dniem wojny przekonywał się, że jego sen spełnia się na jawie.

Z okupowanej Warszawy uciekł do klasztoru w Kaliszu. Tam jednak po pewnym czasie dopadło go gestapo. Został aresztowany. Po jakimś czasie zwolniono go, nakazano nie opuszczać miasta i pozostać do dyspozycji gestapo. Kiedy wyszedł z aresztu, poszedł prosto na dworzec i wsiadł do pierwszego lepszego pociągu, bez dokumentów i pieniędzy. W ten sposób udało mu się dotrzeć do Wierzbicy, w pobliżu Radomia. Tam postanowił zatrzymać się na kilka dni. Było lato 1940 r. Któregoś poranka do wsi wtargnął oddział Niemców z zamiarem ukarania mieszkańców za niedostarczony kontyngent drewna. Wszystkich mężczyzn -łącznie z o. Klimuszką – spędzono na rynek. Tam kolejno ich chłostano i kłuto bagnetami. Klimuszce, jako księdzu, kazano się temu przypatrywać. Na koniec hitlerowcy postanowili zrobić sobie widowisko: kazali franciszkaninowi pozować do zdjęć przy ofiarach. Gdy odmówił, zmuszano go, by biegał wokół rynku. Gdy i tego nie chciał zrobić, bito go, kopano i kłuto. To było dla niego doświadczenie graniczne, w dosłownym rozumieniu. Właśnie wtedy po raz pierwszy przekroczył granice swojej świadomości: „Świadomość doznanej krzywdy oraz widok wynaturzenia człowieka z trupią główką na czapce, cały ten splot wypadków wywołał w mojej jaźni silny wstrząs, który z kolei wyzwolił we mnie drzemiące nieznane siły psychiczne, poruszył jakiś mechanizm w ośrodkach mózgu, obudził nadświadomość, dzięki której zacząłem przenikać psychofizyczną strukturę człowieka. Zacząłem dostrzegać w pewnych momentach za niektórymi ludźmi ciągnący się jakby film ze scenami ich przeżyć i przeszłości. Czułem wyraźnie, że w mojej sferze psychicznej nastąpił jakiś przełom, zaistniało coś, i to coś nie jest anormalne, lecz raczej ponadnormalne” – pisał o tym wydarzeniu o. Klimuszko w swoich wspomnieniach1.

Tuż po tym wydarzeniu o. Andrzej poczuł, że patrząc na fotografie, również widzi wypisany na nich życiorys człowieka. Postanowił spróbować swych sił. Prosił ludzi, by pokazywali mu swoje fotografie, i opowiadał im, co na nich widzi. Był ciekaw, czy odpowiada to rzeczywistości. Odczytywał z fotografii nie tylko przeszłość, ale też stan zdrowia, uzdolnienia, upodobania itp. Traktował to jak rodzaj rozrywki, ale rosnąca liczba odgadniętych ludzkich losów dawała mu coraz częściej do myślenia.

W tym czasie również kilkakrotnie udało mu się uniknąć śmierci dzięki pojawiającemu się przeczuciu, ostrzeżeniu przed niebezpieczeństwem. Budził się np. w środku nocy, wsiadał na rower i jechał przed siebie, by następnego dnia dowiedzieć się, że jacyś bandyci napadli na dom, w którym spał. Innym razem, tknięty podobnym przeczuciem, uciekał z jakiejś wioski, zaczepiał spotkanych ludzi i ostrzegał przed niebezpieczeństwem. Uznano go jednak za wariata. Kilka dni później wszystkich mieszkańców wioski rozstrzelano.

Czytanie” z fotografii”

Po wojnie wraz z innymi zakonnikami został skierowany na Pomorze. Objął parafię w Prabutach. Zaczął odnawiać kościół, pomagał przesiedleńcom zza Buga zorganizować sobie życie na nowo. Wielu z nich opowiadało o zaginionych w czasie wojny krewnych. Zajęty pracą o. Andrzej zarzucił na jakiś czas „czytanie” z fotografii jako niepotrzebną zabawę. Gdy jednak udręczeni niepokojem o najbliższych parafianie przynosili mu zdjęcia zaginionych, uwierzył, że może pożytecznie wykorzystać swój dar. Odczytywał z tych fotografii miejsce pobytu lub pochowania ciała. Z czasem zaczęły napływać także listy z prośbami o pomoc w odnalezieniu bliskich. Ojciec Andrzej na wszystkie odpisywał. Wiadomość o wizjach franciszkanina szybko rozeszła się po kraju. Liczba listów była coraz większa. Gdy doszło do setki dziennie, Klimuszko przestał odpisywać. Do Prabut zaczęły więc ściągać tłumy spragnionych wiedzy o swoich najbliższych. Ojciec Andrzej udzielał im odpowiedzi, nie zastanawiając się głębiej nad tym, co robi. Działał niemal odruchowo. Opowiadał o tym tak: „Byłem chwilowo tym zbiegowiskiem i moją dla nich pracą jakby odurzony. Wnet jednak zawisłem w próżni między fikcją a realnością, między złudzeniem a rzeczywistością. Kiedy napływ ludzi do mnie stał się masowy, poczułem zaniepokojenie, zacząłem się zastanawiać, czy ja mimo swej dobrej woli nie oszukuję zbolałych ludzi i siebie samego, czy nie zaciągam moralnej odpowiedzialności względem udręczonych istot i względem obiektywnej prawdy”. Przyznawał się, że sam nie wierzy w to, że można tak przenikać ludzkie losy. Wydawało mu się, że są to szczęśliwe zbiegi okoliczności albo złudzenia.

Popularność

Z tego właśnie powodu przyjmował zaproszenia na sympozja naukowe na temat parapsycholgii. Poddawał się też testom, badaniom i naukowym eksperymentom mającym sprawdzić prawdziwość jego wizji i wytłumaczyć ich pochodzenie.

Na jednym z takich spotkań w Olsztynie w 1947 r. powiedział, że wkrótce umrze Prymas Polski kardynał Hlond. Przyczyną śmierci będzie choroba płuc. Zaraz po nim umrze też drugi dostojnik kościelny. Prymas Hlond zmarł cztery miesiące później, w październiku 1947 r., na zapalenie płuc. Wracający z jego pogrzebu bp Łukomski zginął w wypadku samochodowym.

Te wydarzenia uwiarygodniły dar Klimuszki w oczach innych. On sam jednak nadal nie wiedział, jak powinien go traktować. Kolejne, nieraz makabryczne, historie przekonywały go, że jest w tym coś więcej niż przypadek. Tak było z młodym człowiekiem, który przyjechał do niego spod Ornety. Prosił o pomoc w odnalezieniu zaginionej od pół roku jedenastoletniej córki. Klimuszko wziął do rąk zdjęcie dziewczynki i zobaczył wstrząsający obraz pociętego na kawałki ciała dziewczynki, umieszczonego w worku i zatopionego w jakimś bajorku niedaleko rodzinnej wioski. Opisał ojcu dokładnie miejsce, które ukazało mu się w wizji. Prosił, by ojciec dał mu znać, gdy uda mu się odnaleźć dziecko. Trzy dni później zjawiły się jego krewne. Zmasakrowane ciało dziewczynki odnaleziono w miejscu, o którym mówił Klimuszko. Ojciec nie był w stanie osobiście powiadomić franciszkanina, bo na zmianę mdlał i płakał. Podobnych przypadków przybywało. Ludzie ściągali z całej Polski i spoza jej granic, by zapytać o losy zaginionych krewnych. Zwracali się do niego nawet milicjanci śledczy, nie mogąc uporać się z jakimiś sprawami.

Popularność Klimuszki przysparzała mu także kłopotów. Władzom komunistycznym nie podobało się to, że przyciąga do siebie tłumy. Postanowiono go usunąć. On zaś, przeczuwając niebezpieczeństwo, 8 grudnia 1948 r. w przebraniu kobiety uciekł z Prabut. Ukrywał się potem w kolejnych klasztorach pod fałszywym nazwiskiem, starając się przez lata nie zdradzić ze swoimi umiejętnościami.

Udręka i odpowiedzialność

W 1961 r. zamieszkał na stałe w Elblągu, gdzie gwardianem był jego przyjaciel, o. Lucjusz Chodukiewicz. Mimo grożących mu konsekwencji, zarówno ze strony władz komunistycznych, jak i kościelnych, nie potrafił powstrzymać się przed pomaganiem innym swoimi zdolnościami. Podszedł do kobiety wpatrującej się w witrynę sklepową i radził jej, by zamiast interesować się modą, zgłosiła się do lekarza. Wkrótce wykryto u niej poważną chorobę. Podobnie było z jakimś profesorem, któremu Klimuszko polecił zgłosić się do stomatologa.

Kilkakrotnie przepowiedział też przyszłe zdarzenia, m.in. powódź we Włoszech czy śmierć Jana Pawła I. Nie był jednak przywiązany do tych wizji, mimo że to dzięki nim zdobył największy rozgłos. Niechętnie też o nich opowiadał – jeśli już coś mówił, to raczej wśród przyjaciół. Przekonywał, że to nie jego domena. „Przedmiotem moich możliwości i praktyk jest tylko człowiek, jego przeżycia, częściowo jego losy oraz stan zdrowia” – pisał.

Rozwijał swój dar ziołolecznictwa. W niezwykły sposób łączył ze sobą zioła w rozmaite skuteczne mieszanki, dobierając je indywidualnie dla każdego zgłaszającego się pacjenta. Wyczuwał podobno, które zioła będą odpowiednie dla danej osoby i jej przypadłości. Spisywał swoje obserwacje i wydawał w postaci broszurek i książek, które były rozchwytywane przez czytelników. Drzwi do jego pokoju niemal się nie zamykały. Cały ten czas zmagał się też z publiczną krytyką różnych osób m.in. Jerzego Urbana czy Ludwika Jerzego Kerna. Nazywano go szarlatanem.

Z jednej strony był bardzo oddany temu, co robił. Przeżywał mocno swoje wizje, wspominał, że niektóre z nich ogromnie go wyczerpują. Uważał, że za darem jasnowidzenia kryje się „wielkie ryzyko, udręka i odpowiedzialność”.

Mówił:

Najbardziej wstrząsającym przeżyciem jasnowidza jest widzenie dramatycznych scen rozgrywającego się wydarzenia, wobec którego musi pozostać biernym widzem, bez możliwości wpływu. Podobny wstrząs rodzi w duszy jasnowidza świadomość odpowiedzialności za wynik powierzonej mu sprawy do rozstrzygnięcia”. Z drugiej strony, miał ogromny dystans do siebie: „Jasnowidz, jak każdy inny człowiek, może mieć mnóstwo wad, szkaradnych nawyków i życiowych załamań, ale musi posiadać mocną, niezachwianą, stałą i wielką miłość do ludzi oraz gotowość przyjścia im z pomocą w ich cierpieniach i potrzebach zawsze bezinteresownie, z serdecznym współczuciem”. Wielokrotnie powtarzał, że nie jest cudotwórcą, i podkreślał, że zdarza mu się mylić. Pod koniec życia mówił do przyjaciół: „Jeśli jestem świadom, że w wieloletniej pracy o specjalnym charakterze bodajże jedną iskierkę radości wlałem w skołatane serca ludzkie, to chyba nie żyję nadaremnie”.

* * *

W 1975 r. zaczął podupadać na zdrowiu. Był nałogowym palaczem, co zaowocowało chorobą płuc. Pił też bardzo dużo kawy. Z wieloma dolegliwościami radził sobie za pomocą ziół, ale choroby płuc nie mógł zwalczyć. Pobyty w szpitalach i sanatoriach na niewiele się zdawały, bo wszędzie, gdzie przyjeżdżał, natychmiast zjawiały się tłumy ludzi szukających jego pomocy. Wśród nich byli także jego lekarze i pielęgniarki. Był wycieńczony, choroba płuc postępowała, pojawiła się także niewydolność krążenia.

Zmarł 23 sierpnia 1981 r. Mimo wielu lat poświęconych próbom zrozumienia swojego daru jasnowidzenia, którym został obdarzony, do końca życia nie wiedział, ani jak ono działa, ani na czym polega. „Owszem, przez dwadzieścia pięć lat badałem te zagadnienia obiektywnie, opierając się na obserwacjach i posługując się wypracowaną metodą. I jakie uzyskałem rezultaty? Takie, których prawdopodobieństwo można porównać z ogłaszanymi codziennie przez sympatycznego »Wicherka« prognozami pogody na dzień następny i dalsze dni. Kiedy sądziłem, że już uchwyciłem nareszcie coś racjonalnego, jakiś istotny, przekonujący sens zjawisk paranormalnych, wtem nagle wydawało się coś zupełnie nowego, co burzyło cały gmach myśli i teorii na naukowych zasadach zbudowany” – wyznawał w jednej ze swoich książek.

Publikacja opracowana przez Marta Wielek, www.opoka.org, na podstawie A. Klimuszko, Moje widzenie świata, Warszawa 1978.

*********************

Franciszkańie źródła nt. Ojca Klimuszki

*********************

O. Andrzej Klimuszko

W tym roku mija trzydzieści lat od śmierci słynnego franciszkanina z Elbląga, o. Andrzeja Czesława Klimuszki. Ponieważ przez te lata wokół jego osoby zebrało się wiele opinii, wydarzeń czy nieprawdziwych informacji, dlatego poniżej publikujemy biografię naszego współbrata. Zachęcamy także do zapoznania się z materiałem filmowym, który znajduje się na stronie FRANCISZKANIE TV.

Franciszkanin – Człowiek – Humanista
Biografia o. Andrzeja Czesława Klimuszki OFM Conv

klimusz01Postać o. Andrzeja Klimuszki od czasu do czasu przywoływana jest w różnych artykułach, pismach czy programach. Jest on zwykle przedstawiany jako słynny wizjoner, człowiek, który obdarzony był niezwykłymi umiejętnościami wnikania w tajemne zakątki ludzkich wnętrz, poznania przyszłości lub przeszłości, która nie została dobrze poznana. Z drugiej strony przedstawia się go jako znakomitego zielarza, który umiał znaleźć odpowiednią mieszankę zbawiennych roślin niemal na każdą przypadłość. I choć te charakterystyki nie muszą być zaraz nieprawdziwe (choć pojawiają się i bzdury…)1), to jednak pomijają niezwykle istotny aspekt, bez którego przedstawianie  osoby Czesława Klimuszki będzie niepełne, a więc nie całkiem rzetelne.

Cóż to za “istotny aspekt”? Wydać się to może banalne, ale o. Andrzej był przede wszystkim zakonnikiem, franciszkaninem. Sam zapytał w autobiografii: “Kim ja jestem?” Odpowiedział równie lakonicznie, ale jednocześnie w sposób nie pozostawiający wątpliwości: “Kapłanem zakonu św. Franciszka”. Dziś o. Andrzej Klimuszko postrzegany jest często przez pryzmat sensacji, niezwykłości, dokonywanych “cudów”. Gubi się przy tym jego osobowość, jego natura, on sam wreszcie. Pozostaje Klimuszko bez… Klimuszki.

Spróbujmy zatem spojrzeć na o. Andrzeja nie jako na wizjonera, jasnowidza i genialnego zielarza, ale jako na franciszkanina, który został obdarzony owymi darami. Jego franciszkańska droga życiowa nie pozostała bowiem bez wpływu na owe “niezwykłości”. A skoro on sam określał się przede wszystkim jako syn św. Franciszka, to i my musimy pójść tym tropem, aby lepiej poznać i zrozumieć o. Andrzeja.

I

Aby odkryć fenomen o. Andrzeja warto przypomnieć sobie najważniejsze rysy duchowości franciszkańskiej. Choć św. Franciszek jest jednym z najbardziej popularnych świętych, to jednak i on często pada ofiarą owej popularności, która spłyca jego prawdziwą osobowość, to kim był i czego dokonał. Nie czas tu i miejsce, by szczegółowo rozważać duchowość franciszkańską. Dość powiedzieć o kilku jej ważnych elementach. Przede wszystkim św. Franciszek miał niezwykły dar dostrzegania Boga w stworzeniu, w przyrodzie. Ów zachwyt nad naturą wyrażony został w “Pieśni Słonecznej”. Odkrywanie “śladów Boga” w przyrodzie doprowadziło Franciszka do miłości tego, co stworzone (zdarza się, że nadużywają tego ekologowie). Poznanie wielkości Stwórcy doprowadziło jednocześnie do świadomości swej własnej małości, znikomości, a ostatecznie do pokory wobec Pana wszystkich rzeczy. Pokora, bycie mniejszym, to kolejny ważny rys duchowości Franciszka i jego duchowych synów. Jednak bycie bratem mniejszym dla Franciszka nie oznacza smutku, frustracji, niespełnienia. Wręcz przeciwnie – w tym właśnie odkrywa radość i piękno. Bo skłania ono raczej do służby drugiej osobie, bycia dla niej; dzięki temu Franciszek mógł poświęcić swe życie ubogim, słabym, odrzuconym. Być dla człowieka. Jako towarzyszkę swego życia Franciszek obrał sobie Panią Biedę, którą pokochał z wzajemnością… Obok swej niezwykłej głębi duchowej, Franciszek pozostawał jednak człowiekiem praktycznym, stąpającym po ziemi (mimo, iż miewał głowę w chmurach, w siódmym niebie…) i dlatego dla niego ubóstwo nie było ważne samo w sobie, nie miało być sztuką dla sztuki, ale czymś, co zbliżało do Boga, czyniło człowieka wolnym wobec pieniądza, bogactw, władzy, zaszczytów… Nie chodziło o to, by żyć w nędzy, ale by cieszyć się tym, co się ma, nie troszczyć się o to, co nie jest niezbędne.

Franciszek, mimo, iż obdarowany przez Boga niezwykłymi łaskami, pozostał człowiekiem skromnym i prostym. Dwa lata przed śmiercią otrzymał stygmaty, znaki męki Chrystusa. Ale nawet na łożu śmierci zakrywał ręką bok, w którym widniała rana, niejako zawstydzony, nie chcąc obnosić się z tym ewidentnym znakiem wybrania przez Boga.

Zawsze też posłuszny był Kościołowi, swemu biskupowi, prezbiterom, a nawet braciom, którzy po nim kierowali zakonem. To szczególne posłuszeństwo było charakterystyczne dla Świętego z Asyżu.

I tak w kilku słowach przedstawia się duchowość św. Franciszka, którą przejęli jego duchowi synowie, pośród których był także o. Andrzej Klimuszko.

II

klimusz02Czesław Klimuszko (takie bowiem imię otrzymał na chrzcie św.) przyszedł na świat 23 sierpnia 1905 roku w niewielkiej wsi Nierośno (ówczesna diecezja wileńska). Rodzice Czesława, Wincenty i Zofia Maciulewska byli niezamożni. Chłopiec wychowywał się więc w niełatwych warunkach, wraz z dwoma braćmi i trzema siostrami (z których dwie szybko zmarły). Ubóstwo było więc dla Czesława codziennością już od pierwszych chwil życia.

Wspomnieć trzeba, iż chrzest przyjął w kościółku w Dąbrowie, wybudowanym przez o. Melchiora Fordona, który w życiu o. Andrzeja odegra ważną rolę.

Jako, że wychowywał się na wsi, młody Czesław miał możliwość nieustannego obcowania z przyrodą. Choć, jak wspominał po latach, okolica nie była zbyt interesująca (“ani lasów, ani jezior, ani rzek”), to jednak bliski kontakt z naturą wiele go nauczył (dzięki jego wspomnieniom dowiadujemy się, że już od młodości w niewyjaśniony sposób umiał określić właściwości pewnych ziół).

Po raz pierwszy o św. Franciszku Czesław mógł usłyszeć w szkole powszechnej. Kiedy dowiedział się o wielkiej miłości Świętego do przyrody, zapewne stał mu się on bardzo bliski. W tamtym szkolnym czasie Czesław wiele czasu spędzał na samotnych spacerach, bacznie obserwując przyrodę. “Ciągnęło mnie do chmur, do lasu, do samotności” – wyznawał2).

Kiedy w roku 1924 podjął naukę w gimnazjum w Grodnie, poznał nauki św. Franciszka wprowadzone w życie, bowiem w mieście tym pracował o. Fordon. Był to zakonnik cieszący się ogromnym szacunkiem mieszkańców Grodna (a i późniejszy współpracownik św. Maksymiliana) i obdarzony niezwykłą charyzmą. Można przypuszczać, że to on miał – być może tylko pośredni – wpływ na decyzję Czesława o przeniesieniu się do Lwowa i wstąpieniu do zakonu franciszkańskiego. Drogę liczącą 500 kilometrów przebył po “franciszkańsku” – piechotą (decydowały o tym oczywiście względy finansowe – Klimuszko był biedny jak mysz kościelna).

Od 1925 roku rozpoczął nowicjat w Kalwarii Pacławskiej (do dziś mieści się tam dom formacji zakonnej). Tam właśnie otrzymał imię zakonne Andrzej. Klasztor kalwaryjski położony jest wśród malowniczych wzgórz, pięknych lasów, wielu ścieżek, którymi można wędrować aż po horyzont… Podczas nowicjatu Czesław mógł wiele czasu poświęcać na obserwowaniu przyrody i na samotnym  spacerowaniu.

Po kilku latach zwyczajowej formacji o. Andrzej otrzymał sakrament święceń w stopniu prezbitera 6 maja 1934 roku.

Zgodnie z zakonnym zwyczajem co kilka lat przenosił się do innych klasztorów – do Gniezna, Wilna, Łagiewnik koło Łodzi, Warszawy. W stolicy właśnie zastał go wybuch wojny. O. Andrzej jednak we śnie zobaczył już wcześniej hitlerowską napaść. Rzeczywistość potwierdziła jego obawy.

Wraz z mieszkańcami Warszawy musiał uciekać. Udał się na południe. W roku 1940 spotykamy go w Wierzbicy koło Radomia. Miało tam miejsce wydarzenie, które, jak sam opisywał, wpłynęło na późniejsze jego życie.

Pod groźbą skierowanych na mnie karabinowych luf kazano mi iść tam, dokąd spędzano wszystkich mężczyzn, którym na sposób średniowieczny wymierzano karę chłosty. Oprawcy kazali ludziom kłaść się na pniaku drzewa i potem z jakimś sadyzmem ich katowali, na zakończenie każdego kłuli bagnetem. Mnie kazali przypatrywać się ich bestialskiej robocie. Oprawcy po zmaltretowaniu fizycznie i moralnie niewinnych ludzi zabrali się do mnie. Chodziło im o poniżenie i ośmieszenie mojej osoby wobec zebranych. Prowadzili mnie po rynku, wśród szyderstw i brukowych inwektyw, fotografowali w asyście esesmanów z karabinami w rękach. Ale kiedy chcieli mnie zmusić do biegania po rynku, stanowczo się sprzeciwiłem ich zachciankom. Nie mogłem, nie chciałem pozwolić na poniżenie mej godności jako człowieka i jako Polaka. Opór mój doprowadził zgraję hitlerowską do szału wściekłości. Zostałem przez nich pobity i pokaleczony.

Świadomość doznanej krzywdy oraz widok wynaturzenia człowieka z trupią głową na czapce, cały ten splot wypadków wywołał w mej jaźni silny wstrząs, który z kolei wyzwolił we mnie drzemiące nieznane energie psychiczne, poruszył jakiś mechanizm w ośrodkach mózgu, obudził nadświadomość, dzięki której zacząłem przenikać wzrokiem ducha psychofizyczną strukturę człowieka. Zacząłem dostrzegać w pewnych momentach za niektórymi ludźmi ciągnący się jakby film ze scenami ich życia we wszystkich przejawach. Czułem wyraźnie, że w mojej sferze psychicznej nastąpił jakiś przewrót twórczy, jakiś przełom. Zaistniało coś i to coś nie jest anormalne, raczej ponadnaturalne. Wkrótce to “coś” skierowało moją uwagę na fotografię człowieka. Dostrzegałem na niej jak gdyby wypisany subtelnym rylcem jego życiorys”.

Wojna ciskała go to tu, to tam. Kiedy zakończyła się zawierucha, o. Andrzej udał się, wraz z innymi zakonnikami, na Pomorze. Zatrzymał się w Prabutach (nieopodal Kwidzyna). Zaczął odnawiać zniszczony kościół, pracował własnymi rękami, prosił o datki na remont (jeździł nawet do Warszawy). Tam właśnie zjawił się ksiądz Biskup Maksymilian Kaller, przedwojenny jeszcze ordynariusz diecezji warmińskiej. Został wywieziony przez Niemców, teraz zaś, po wojnie, wracał do swej diecezji. O. Andrzej bez wahania odstąpił mu plebanię, a także przekazał kościelną kasę (2000 złotych, z których biskup wziął część). Jest to jedno z wielu świadectw miłości o. Andrzeja do Kościoła, do chęci pomocy i służenia innym. W Prabutach właśnie zaczęła rosnąć sława o. Andrzeja,, jako wizjonera – pomagał odnaleźć zagubione w czasie wojny osoby, potrafiąc wskazać miejsce ich przebywania lub spoczywania ciał. Otrzymywał masę listów, coraz więcej też ludzi przyjeżdżało osobiście. Taka “popularność” księdza nie uszła uwadze komunistycznej władzy, która postanowiła usunąć niewygodnego duchownego, cieszącego się niepotrzebnym zainteresowaniem. O. Andrzej, przeczuwając niebezpieczeństwo, 8 grudnia 1948 roku, w przebraniu kobiety, uciekł na południe Polski.

W czasie jego pobytu w Prabutach miało miejsce ważne wydarzenie. Otóż w czerwcu 1947 roku w Olsztynie odpowiadał na pytania osób duchownych i świeckich, chcących dowiedzieć się więcej czy wręcz wyjaśnić fenomen jasnowidzenia franciszkanina, o którym zrobiło się głośno. Przewidział wówczas śmierć kardynała Hlonda, czym niejako uwierzytelnił swój dar.

Kontynuując swą franciszkańską drogę, o. Andrzej przebywał w kolejnych klasztorach: w Lubomierzu (1948), Wyszogrodzie (1953), Nieszawie (1955). Tam właśnie poznał o. Lucjusza Chodukiewicza, z będzie przyjaźnił się aż do śmierci. Kiedy ten został gwardianem i proboszczem w Elblągu, zaproponował o. Andrzejowi, by i ten przeniósł się do owego historycznego miasta. W roku 1961 o. Andrzej zawitał w Elblągu. Pozostał tu aż do swej śmierci.

III

O “cudach” dokonywanych przez o. Andrzeja można byłoby zapewne napisać osobną rozprawę, a i nie czas tu, by mówić o nich, warto jednak wymienić choć kilka, które ugruntowały jego popularność i sławę. Niezliczoną ilość razy o. Andrzej pomagał odnaleźć zaginione osoby, a dokonywał tego patrząc na zdjęcie danej osoby. Często, niestety, musiał wskazywać miejsce, gdzie znajdowało się ciało, kiedy osoba już nie żyła. Głośną była sprawa poszukiwania porwanego syna przewodniczącego Stowarzyszenia “PAX”, Bolesława Piaseckiego. Kiedy poszukiwania milicji nie dały rezultatów, zwrócono się do zakonnika. o. Andrzej bezbłędnie wskazał miejsce, gdzie porzucone zostało ciało zamordowanego – jak się okazało – mężczyzny. Podobnie rzecz miała się z zaginionym premierem Włoch, Aldo Moro, który zamordowany został przez Czerwone Brygady. Na szczęście udawało odnaleźć się także żywych, m.in. Patrycję Hearst, uprowadzoną w Stanach Zjednoczonych, w Kalifornii. Jego “poszukiwania” nie dotyczyły jednak tylko ludzi. O. Andrzej wypowiedział się na temat słynnej “Bursztynowej komnaty”, która według niego… nie istnieje, gdyż została zniszczona przez Niemców.

klimusz03Bardzo często jednak o. Klimuszko wypowiadał zaskakujące zdania, które – choć szokowały słuchających – okazywały się trafne i często bardzo pomocne. Zdarzały się takie sytuacje (przy okazji sympozjów, spotkań):

Pan niech po powrocie do domu szybko idzie do dentysty. Jeszcze pan nie czuje silnego bólu, ale lewa górna trójka jest w bardzo złym stanie.

Znany pisarz, Jan Dobraczyński, dopytywał się o swój stan zdrowia. O. Andrzej odpowiedział: “Panie Janie, pan jest chorobliwie zdrowy, napisze pan jeszcze dziesięć książek!”

Bywały i spotkania niespodziewane… Oto wspomnienie jednej z osób: “Stałam przed wystawą sklepową, oglądałam modne stroje. Nagle ktoś obcy podszedł do mnie i mówi: “Zamiast interesować się modą, lepiej niech się pani weźmie za leczenie”. Wzruszyłam ramionami – ot, jakiś dziwak i tyle. Niedługo po tym spotkaniu ujawniła się moja poważna choroba. Dopiero po kilku latach, widząc gdzieś zdjęcie Klimuszki, uświadomiłam sobie, że to on ostrzegł mnie o niej”.

Kiedyś, wspominają bracia, którzy byli z o. Andrzejem w klasztorze, oglądaliśmy wspólnie dziennik telewizyjny. Tam ktoś z agresją i bardzo nieprzyjemnie wypowiadał się o Kościele. O. Andrzej powiedział spokojnie: – I po co się tak gorączkuje… Nie wie, że ma wątrobę w strzępach…

Obok odnajdywania osób czy przedmiotów, o. Andrzej pomagał chorym, przepisując im preparaty ziołowe. Jego nowatorstwo polegało na tym, że zioła łączył ze sobą (po siedem, dziewięć czy jedenaście) sobie tylko znanym “kodem”. Nie umiał tego wyjaśnić, po prostu wiedział, że tak będzie dobrze, że w ten sposób zioła spotęgują swe właściwości. Tak wspomina o. Lucjusz: “Miał niezawodne wyczucie, na co dane zioło może pomóc i bezbłędnie rozpoznawał dolegliwości. Ktoś przychodził z bólem brzucha, a on powiada: – Brzuch to głupstwo, jest coś w gorszym stanie – wątroba! Albo mówił, nawet nie obejrzawszy nogi: – A co się pani stało, że ma bliznę pod kolanem?”

W parafii św. Pawła w Elblągu do dziś żyją osoby, których wyleczył franciszkanin. Podkreślają często, że upływało sporo czasu, nim zioła przepisane przez o. Andrzeja, zaczynały działać. Ale wówczas przychodził spodziewany efekt.

Można niemal w nieskończoność mnożyć przykłady niezwykłych działań o. Klimuszki. Ale niech ta garść nam wystarczy.

IV

Tłumy piszące i ciągnące do Franciszkanina z Elbląga nie mogły nie zwrócić uwagi ludzi nauki i mediów (choć wówczas, w latach 60-tych i 70-tych działały one zupełnie inaczej, niż dziś…). O. Andrzej zatem zaczął spotykać się z naukowcami, którzy chcieli dowiedzieć się więcej o jego fenomenie odkrywania przyszłości i przeszłości, brał też udział w sympozjach i spotkaniach. Wreszcie zaczął wygłaszać odczyty, których słuchali ludzie ze stopniami naukowymi z dziedzin, których o. Klimuszko nigdy nie studiował… Jego intuicyjne poznanie, a przede wszystkim ukochanie przyrody dawało mu tę subtelną przewagę nad ścisłymi badaniami. Oczywiście o. Andrzej uzupełniał swoją wiedzę poprzez czytanie opracowań czy spotkania, rozmowy ze specjalistami.

Od momentu przybycia do Elbląga wielokrotnie wyjeżdżał na różnorakie sympozja, spotkania, konferencje, które odbywały się w różnych miejscach Polski, ale także poza jej granicami. Przy tej okazji przypomnieć warto postać Wandy Konarzewskiej, którą o. Klimuszko poznał właśnie przy okazji jednego z konferencji (było to spotkanie Towarzystwa Przyrodników w Warszawie). Konarzewska była dziennikarką, prasową i telewizyjną. Zainteresowała ją niezwykle postać franciszkanina; o. Andrzej z kolei poprosił ją o pomoc w wydaniu napisanej przez siebie książki “Moje jasnowidzenie świata”. Konarzewska zaprzyjaźniła się z zakonnikiem i znajomość ta trwała aż do jego śmierci. To właśnie Wanda Konarzewska doprowadziła (działając z ramienia redakcji “Literatury”) do spotkania o. Andrzeja ze środowiskiem naukowym. Był to rok 1974. Zapis spotkania ukazał się na łamach tygodnika. Spotkanie dotyczyło przede wszystkim zagadnień parapsychologii i jasnowidzenia. Naukowcy wypytywali franciszkanina o jego zdolności nadprzyrodzone, o ich naturę, ich objawianie się. O. Andrzej odpowiadał spokojnie, był nieco speszony, jak zauważyli uczestnicy spotkania. I choć część rozmówców podważała jego zdolności nadnaturalne, samo spotkanie było owocne. “Literatura” bowiem zaczęła drukować każdego tygodnia niewydaną książkę “Moje jasnowidzenie świata”.

klimusz04W momencie zakończenia publikacji o. Andrzeja Klimuszkę zna niemal cała Polska. Jego popularność wzrosła na tyle, że Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk zakazał dalszych publikacji. Teksty o. Andrzeja napotkały także zdecydowany sprzeciw wśród pewnych środowisk, których przedstawiciele, publikując swe wypowiedzi, nie unikali ostrego tonu czy wręcz obraźliwych słów. W gronie przeciwników franciszkanina z Elbląga znaleźli się m.in. Krzysztof Teodor Toeplitz, Ludwik Jerzy Kern czy przede wszystkim Jerzy Urban. Ten ostatni atakował szczególnie zjadliwie, obrażając i wyśmiewając (fragmenty tej polemiki w załączniku).

O. Andrzej przeżył mocno ataki, nie odczuwając ich jako odrzucenia własnej osoby, ale raczej jako niechęć wobec tego, co mogło pomagać innym. Był bowiem przekonany, że dary (także nadprzyrodzone), które otrzymał miały służyć drugiemu człowiekowi i tak też je wykorzystywał. Swoje zdolności widzenia przeszłości i przyszłości wprzągł w służbę potrzebującym; jeszcze zaś bardziej swe niezwykłe zdolności zielarskie. Prasowe ataki odczuwał więc jako zagrożenie tej posługi. Znamienne jest jednak to, że nie “odgryzał się”, nie chciał robić medialnego szumu wokół siebie (choćby tylko po to, by uzasadnić i wyjaśnić swą działalność). Wybrał raczej drogę konkretnej pomocy, działania, a nie mówienia o nim; unikał rozgłosu. Choć jego popularność stale rosła (“Moje jasnowidzenie świata” zaczęło ukazywać się w piśmie “Za i przeciw”; teksty o o. Klimuszce ukazywały się także za granicą), on wolał pozostać w cieniu. Niechętny był wywiadom (odmówił na przykład Irenie Dziedzic udziału w programie “tele-Echo”).

V

Życie o. Andrzeja toczyło się potrójnym rytmem: pomoc potrzebującym w klasztorze w Elblągu – osobiste spotkania, rozmowy, porady (słynne mieszanki ziołowe), diagnozy, pomoc w odnalezieniu zaginionych; posługa duszpasterska w kościele (oczywiście taką posługą była także pomoc chorym i potrzebującym!), mocno ograniczona przez brak czasu, który szczelnie wypełniały tłumne wizyty petentów (o. Andrzej głosił zawsze kazania Mszy św. na koniec roku, 31 grudnia; parafianie wspominają go również, jako dobrego spowiednika); trzecią formą jego “działalności” był udział w odczytach, sympozjach, konferencjach. W tym wszystkim nie oszczędzał siebie, był wciąż zajęty. Tak intensywny tryb życia odbił się w końcu i na jego zdrowiu. Od 1975 roku zaczęła się choroba płuc, spowodowana – oprócz wycieńczającej posługi – nałogowym paleniem papierosów. Pił bardzo często kawę oraz – na wzmocnienie – lampkę koniaku. Drzwi pokoju, w którym mieszkał w elbląskim klasztorze, były niemal cały czas otwarte. Jeśli akurat nie przyjmował chorych w sali na dole, biegł załatwić coś innego. Choć – jak sam wspominał – pomagał sobie ziołami na wiele dolegliwości, na chorobę płuc poradzić nie mógł. Wszystko to doprowadziło do tego, że zaczął słabnąć, składał coraz częstsze wizyty w szpitalu miejskim (gdzie nie przestawał pomagać chorym i… lekarzom). Nie miał jednak czasu na dłuższe leczenie czy wyjazd do sanatorium – bez wytchnienia pomagał chorym przychodzącym pod klasztorną furtę. Taka jego postawa wydaje się świadomym wyborem człowieka oddanego bez reszty swej posłudze. A może nawet nie był to wybór świadomy, chłodna decyzja, ale naturalny odruch, odruch serca, by być tam, gdzie go potrzebowano. Przypłacił za to rozwijającą się chorobą płuc, niewydolnością krążenia. W roku 1980 czuł się już bardzo słabo. W sierpniu musiał pójść do szpitala, tam przyjął sakrament namaszczenia chorych. 23 sierpnia, w obecności o. Lucjusza, który od długiego czasu był jego pomocnikiem i sekretarzem, pomagającym przede wszystkim w prowadzeniu masowej korespondencji, a więc owego dnia o. Andrzej, na łożu śmierci, powiedział: “Ja nie umieram, spełniłem tylko wolę Bożą…”

I tak zakończyło się ziemskie życie franciszkanina z Elbląga. Jego pogrzeb, który odbył się 28 sierpnia w Elblągu, był widocznym znakiem wdzięczności wobec zakonnika, który poświęcił się pomocy potrzebującym. Na cmentarzu zgromadziło się kilka tysięcy osób, w tym ponad pięćdziesięciu prezbiterów zakonnych; homilię wygłosił o. Klemens Śliwiński, przełożony spowiedników w Bazylice św. Piotra na Watykanie; obrzędom pogrzebowym przewodniczył ks. Bp Jan Obłąk. Oto fragment jego przemówienia pożegnalnego: “Była to postać znana, piękna, prawdziwie chrześcijańska. Gdyby się tak zastanowić, jaka była najważniejsza cecha jego życia, to byśmy powiedzieli, że chciał służyć z miłości. Święty Franciszek, założyciel zakonu, do jakiego należał o. Andrzej, był najpiękniejszym człowiekiem, jakiego wydał Kościół, przez jego miłość do Boga, do ludzi i wszystkich stworzeń. To był anioł miłości. Śp. o. Andrzej naśladował swojego mistrza. Franciszek chciał być dla wszystkich dobry, chciał wszystkim służyć i o. Andrzej służył uśmiechem, czynem, radą, modlitwą. Całe jego życie było służbą miłości. (…) To był człowiek, który kochał. Prawdziwy syn świętego Franciszka i chluba zakonu franciszkańskiego”3).

Te słowa, piękne i dostojne, wiernie malują postać o. Andrzeja. Charakterystyczne jest to, że ks. Biskup nie wymienił jego nadprzyrodzonych darów. Były one bowiem jedynie środkiem, narzędziem do tego, by służyć. Zatrzymywanie się tylko nad nimi, patrzenie na o. Klimuszkę jedynie jako na wizjonera, jasnowidza, zielarza, to pomniejszanie i – w konsekwencji – zniekształcenie jego osoby. Pan Bóg obdarzył go takimi zdolnościami, a on po prostu używał ich dla dobra drugiego człowieka. Gdyby o. Andrzej umiał na przykład doskonale murować, zapewne poświęciłby się pracom budowlanym z równym zapałem i oddaniem, by służyć innym. Wówczas jego posługa nie byłaby najpewniej tak znana i “spektakularna”, ale wcale nie umniejszałoby to jego wielkości. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus mówiła o wielkich zasługach tego, kto z miłością podniesie odrobinę kurzu przy sprzątaniu – o. Andrzej wpisuje się w tę perspektywę: nie jest ważne czym się zajmujesz, jaki masz zawód, ale czy wykonujesz to z sercem, z miłością, z oddaniem.

VI

Aby nasze spojrzenie na o. Andrzeja Klimuszkę było pełniejsze, trzeba także posłuchać jego samego. Oto kilka wybranych fragmentów jego nieopublikowanej biografii.

Nie jestem ani uzdrawiaczem, ani cudotwórcą, ani nieomylnym. (…) Ilekroć słyszę ten wyraz [jasnowidz – przyp. m.s.] pod swoim adresem, zawsze odczuwam zażenowanie. (…) Chciałbym tylko przynajmniej odrobinę mojej zdobytej wiedzy i doświadczenia przekazać ludziom oraz przedstawić to ogromne bogactwo, jakie nam daje żywa przyroda dla ludzkiego zdrowia”.

Jasnowidz musi posiadać mocną, niezachwianą i wielką miłość do ludzi oraz gotowość do przyjścia im z pomocą w cierpieniach i potrzebach, zawsze bezinteresownie, z serdecznym współczuciem. (…) Jeśli jestem świadom, że w wieloletniej pracy o specjalnym charakterze bodajże jedną iskierkę radości wlałem w skołatane serca ludzkie, to chyba nie żyję nadaremnie”.

Obrazu franciszkanina z Elbląga niech dopełni kilka świadectw ludzi, którzy go znali czy z nim współpracowali.

Byłem zauroczony jego stylem rozmowy. Oprócz tego, że był świetnym znawcą ziół i ich właściwości leczniczych, to jeszcze miał fenomenalny zmysł jasnowidzenia. Każdemu po wymianie kilku zdań bardzo szybko stawiał diagnozę, zawsze trafną. Pacjentów miał zawsze pełną poczekalnię. Przyjeżdżali z całej Polski, z zagranicy, nawet z Japonii” (Edward Wawrzyniak, doktor farmacji).

Najważniejsze były jego skromność i pokora. Pamiętam go zwyczajnego, pełnego skromności, usłużnego dla innych, bez odrobiny zarozumialstwa, pychy, chęci dominowania. Oto tajemnica jego wielkości: odnalezienie prawdziwej ludzkiej natury, której na imię skromność i pokora. Te cechy głoszone przez franciszkanów i w ogóle Kościół katolicki, dają człowiekowi ten szósty zmysł. W moim życiu Klimuszko bardzo zaważył, dając mi przekonanie, taką prawdę życiową, że życie jest wartościowe i piękne, gdy jest proste i skromne. (…) Ojciec Andrzej był bardzo religijny. To coś niezmiernie poruszającego. Widziałam odprawiane przez niego nabożeństwa. Nie można tego nazwać odwalaniem obrzędu. Widać było jego wewnętrzne uniesienie, głębokie uduchowienie. Podobnie jego codzienne modlitwy odzwierciedlały jego związek z Bogiem…

(…) Dla niego kontakt z przyrodą był rodzajem modlitwy. Jako człowiek wrażliwy, niepewny siebie, wewnętrznie skulony, samotność zabijał papierosami i podróżami.

(…) Cała awantura intelektualna, jaka się wokół Klimuszki rozpętała, objawienie tej postaci niejako sobą udowadniającej rzeczy nieznane, może istnienie Boga, to właśnie wpłīnęło na przełamywanie ludzkich schematów myślenia. (…) Uważam, że postać tego franciszkanina ma bardzo ważny wymiar w ogóle dla Polski. Nawet polityczny. W połowie lat siedemdziesiątych, w czasach realnego socjalizmu, kiedy wiadomo, że wszystko co materialne było zgodne z prawem, a rzeczy duchowe nie istniały, pojawił się ksiądz głoszący rewelacje w ateistycznym tygodniku!” (Wanda Konarzewska, dziennikarka).

VII

Na koniec przytaczam kilka wypowiedzi oraz fragmentów książki o. Andrzeja “Szukajmy szczęścia w przyrodzie”, by przekonać się, jak trzeźwo patrzył na otaczającą go rzeczywistość, z jaką jasnością widział współczesne problemy, z którymi zresztą borykamy się i my, zatem rady franciszkanina z Elbląga mogą być pomoce i dla nas…

Czy te fantastyczne zdobycze techniki przyniosły ludzkości upragnione szczęście? Człowiek współczesny zupełnie się zagubił. Zatracił swoje wewnętrzne “ja”, pogubił harmonię swego ducha, okaleczył swoją osobowość, stał się niewolniczą częścią składową mechanizmów materii. Codziennie obracamy się w szarzyźnie, jednostajności, monotonii. To wszystko zżera człowieka psychicznie i fizycznie” – 61

Paradoksy dzisiejszej cywilizacji pogmatwały wszelkie naturalne prawa ludzkiego życia. Społeczność ludzka zamieniła się w zagęszczony tłum, którym jednostka została przygnieciona. Brak sprzyjających warunków dla indywidualnego rozwoju doprowadza w konsekwencji do zaniku wielu cech osobowości. Środki masowego przekazu – radio, telewizja, prasa, widowiska – narzucają jednostce gotowe myśli, idee, dążenia. Zmuszają ją do życia w myśl narzuconych schematów, według jednego, wspólnego modelu. Człowiek oszałamia się hałasem i koniecznością pośpiechu. Nieustannym rozwojem technicznym popędza się go w dal, ku niewiadomemu. Dramatyczną sytuację pogłębia jeszcze powszechna epidemia pijaństwa. Następstwem jej jest brutalność, rozwydrzenie, zanik kultury życia codziennego. A więc tłum staje się zmorą dla jednostki. Człowiek więc (…) musi się wyrwać z jarmarcznego zgiełku życia i ukryć w zbawczej samotności. Istnieje bowiem samotność twórcza, dobrowolnie obrana, czasowa, odradzająca. W takiej samotności dojrzewali najwięksi geniusze ducha, rodziły się najwspanialsze arcydzieła sztuki, literatury czy filozofii. Taka samotność jest spokojną przystanią dla rozbitków na morzu dzisiejszego świata. Nam jednak nie chodzi o geniuszów, lecz o każdego z nas. Jesteśmy wszyscy do cna umęczeni gonitwą i przymusowym pośpiechem dzisiejszego życia. Ale gdzie można znaleźć ciche ustronie i kojącą samotność? Wszak cały świat stał się ciasny i przesiąknięty hałasem. Pozostała na szczęście jeszcze jedna przyjacielska przystań, to jest przyroda”.

Ochrona człowieka musi się rozpocząć od momentu, kiedy on jeszcze znajduje się w stanie embrionalnym w łonie matki, aż do jego urodzenia. Ten okres życia człowieka jest bodajże najważniejszy, bo warunkuje stan zdrowia organizmu na całe późniejsze życie”.

Miłość małżeńska jest najskuteczniejszą psychoterapią dla dzisiejszego człowieka umęczonego tempem życia. (…) Małżeństwo uczuciowo zharmonizowane jest nie tylko lecznicą dla ciała i psychiki, lecz nadto szkołą kształcenia charakteru i całej osobowości małżonków”.

o. Andrzej Klimuszko był także patriotą. Wskazują na to jasno jego wypowiedzi dotyczące Ojczyzny (czy to zapisane, czy wypowiedziane i spisane przez innych):

Jeśli chodzi o nasz naród, to mogę nadmienić, że gdybym miał żyć jeszcze 50 lat i miał do wyboru stały pobyt dla siebie w dowolnym kraju na świecie, wybrałbym bez wahania jedynie Polskę, pomimo jej nieszczęśliwego położenia geograficznego. Nad Polską nie widzę bowiem ciężkich chmur, lecz promienne blaski przyszłości”.

Polska będzie źródłem nowego prawa na świecie, a kraj ten zostanie tak uhonorowany wysoko, jak żaden w Europie. Będzie jakaś wojna w Europie, ale to nie przejdzie przez teren Polski. Czechosłowacja połączy swój byt narodowy z Niemcami w ramach tej samej państwowej federacji, a Rosja sowiecka rozpadnie się. Na wschodniej granicy będzie silne państwo ukraińskie. (…) Polsce będą się kłaniać narody Europy. Widzę mapę Europy, widzę orła polskiego w koronie. Polska jaśnieje jak słońce i blask ten pada naokoło. Do nas będą przyjeżdżać inni, aby żyć tutaj i szczycić się tym”.

Najbliższe lata niebezpieczne i krytyczne. Polska je przeżyje. Jedynie grozi klęska głodu. Kraj ten oczekują lata świetności. Jest to szczęśliwe miejsce. Gdybym miał się drugi raz urodzić, chciałbym przyjść na świat tylko w Polsce. Niech Polacy z całego świata wracają nad Wisłę, tu im się nic nie stanie”.

Dziś, w dobie masowych wyjazdów z Polski “za chlebem” słowa te mogą wydawać się nietrafione. Miejmy jednak nadzieję, że z czasem i ta wizja wypełni się…

Warto wspomnieć jeszcze o wyborach papieża po śmierci Jana Pawła I. Tak wspomina o. Lucjusz:

Już papież wybrany, siedzimy w refektarzu w wesołych nastrojach, tylko Klimuszko smutny. – Po co go wybrali, on będzie krótko żył i nic nie zrobi. – Eee – mówimy – co gadasz, chłop jak dąb. Na to on swoje: – No, ja tak to widzę.

Nadszedł koniec września, trzydziesty siódmy dzień pontyfikatu Jana Pawła I. Byliśmy wtedy obaj w Splicie. Po rannej Mszy, w drodze na śniadanie podchodzi do nas gwardian tego klasztoru i powiada – Papa mortuus. Stanęliśmy chwilę. W milczeniu idziemy alejką ogrodową. Klimuszko złapał się za głowę i mówi: – Boję się Klimuszki…”.

O. Andrzej tak mówił o papieżu – Polaku: “Będzie jednym z największych papieży. Od niego nastanie nowa era Kościoła. Cały świat zadziwi. Od niego będzie się liczyć nowa epoka Kościoła i Polski. Imię Polski rozsławi po wszystkich krajach ziemi. Inne narody będą się uczyć naszej historii i języka. Dla Kościoła jego panowanie będzie bardzo pomyślne”.

VIII

W tym krótkim tekście na pewno nie udało się przedstawić biografii o. Andrzeja Klimuszki, ukazać wyczerpująco jego życie. Ale, jak zapowiadał tytuł, chodziło raczej o przedstawienie Franciszkanina z Elbląga, jako zakonnika, a przede wszystkim człowieka; człowieka o dobrym sercu, gotowego nieść pomoc potrzebującym.

Odnoszę do o. Andrzeja słowa wypowiedziane przez Norwida:

Bądź niezwodzonym! – umarły czy żywy? –
Cykutą karmion czy miodem i mlekiem? –
Bądź: niemowlęciem, mężczyzną, kobietą –
Ale przed wszystkim bądź: Bożym Człowiekiem.”
(“Człowiek”)

_________________________________________________________

PRZYPISY

1) W jednym z pism (numer 2006 roku), przez uprzejmość nie podaję tytułu, ukazała się informacja, jakoby o. Andrzej Klimuszko w roku 1966 wyemigrował do… Szwajcarii!! Dwa zaś ostatnie lata swego życia miał spędzić w Jugosławii!

2) Wszelkie cytaty (jeśli nie podano inaczej) pochodzą z pracy Krzysztofa Kamińskiego “O. Andrzej Czesław Klimuszko. Franciszkanin z Elbląga”, a publikowane są za uprzejmą zgodą Autora.

3) Słowa o św. Franciszku przywodzą na myśl wydarzenie, kilkakrotnie przekazywane przez osoby, które obcowały z o. Andrzejem, kiedy to stawał on, wyciągając ramiona, a wówczas siadały na nich ptaki. Podobnie rzecz się miała ze św. Kevinem (żył w Irlandii w VI w., jego żywot znamy mi.in z księgi Codex Kilkeniensis), który podczas modlitwy stał z rozpostartymi ramionami. W pewnej chwili nadleciał kos, który uwił sobie gniazdo na ramieniu świętego. Tę znaną legendę przypomniał Seamus Heaney w swym wykładzie z okazji przyjęcia literackiej Nagrody Nobla w 1995 r. oraz w swym wierszu “Św. Kevin i kos”.

23 lutego 2017|