Filmowy Loyola – na ile wierny świętemu Ignacemu?

Film pt. „Ignacy Loyola” filipińskiego reżysera Paolo Dy jest świetnym przykładem, że biografie świętych mogą być żywym, porywającym kinem, nie rezygnującym z ambicji intelektualnych i wierności realiom epoki mimo popularnych środków wyrazu i odwoływania się do szerokiej publiczności.

Nakręcony w 2016 r. film wszedł na polskie ekrany dopiero w tym tygodniu. Opowiada o początkowym etapie życia Ignacego, od dzieciństwa do wyjazdu na studia teologiczne do Paryża, bazując na jego autobiografii pt. Opowieść pielgrzyma oraz słynnych Ćwiczeniach duchowych. I czyni to w atrakcyjnej dla każdej grupy wiekowej konwencji „płaszcza i szpady” z przystojnymi aktorami (z grającym tytułową rolę Andreasem Muñozem na czele), romantycznym wątkiem miłosnym, starannie oddanymi scenami batalistycznymi i licznymi, trzymającymi w napięciu konfliktami postaci, łącznie z rozprawą przed sądem inkwizycji. Oczywiście warstwa fabularna w niektórych momentach jest uatrakcyjniona: np. z pism Ignacego wiemy tylko, że miał damę swego serca, która przewyższała go pochodzeniem tak dalece, że nie mógł o jej zdobyciu nawet marzyć, i właśnie żeby w przyszłości spróbować się jakoś do niej zbliżyć, chciał dokonać wielkich czynów na wojnie – tymczasem do filmu wprowadzono spotkanie z księżniczką we własnej osobie. Podobnie dominikanin, ojciec Sanchez, obrońca w procesie przed inkwizycją, nosi lwią grzywę i brodę, choć ówcześni zakonnicy powinni byli być wygoleni i nosić tonsury. Inkwizytorzy też w typowy dla współczesnej kultury sposób przedstawieni są jako przesadnie groźni. Jednakże film fabularny i przeznaczony dla szerokiego widza, w tym dla młodzieży, rządzi się swoimi prawami, a o wiele istotniejsze jest to, że dzieło Paola Dy, który nie ukrywa swej fascynacji świętym założycielem Towarzystwa Jezusowego, jest drobiazgowo wierny w przedstawieniu tego, co naprawdę ważne: duchowości Ignacego oraz założeń Ćwiczeń duchowych i medytacji ignacjańskiej.

Czytelnik obeznany z tymi dziełami stale będzie odnajdywał w tym filmie ignacjańskie smaczki takie jak scena rozmowy z prostytutką, w której Ignacy prosi ją o wyobrażenie sobie, że na krześle siedzi Jezus, jak na nią patrzy i co do niej mówi — to świetne przedstawienie użycia zmysłów, wyobrażeń i uczuć w ignacjańskiej metodzie medytacji. Z kolei scena, w której Ignacy usiłuje zastawić sobą wyłom w murze Pampeluny, odpowiada wywodom w Ćwiczeniach duchowych, w których Ignacy ukazuje, że diabeł zawsze atakuje najsłabsze miejsce w twierdzy duchowej człowieka – ten odcinek muru, który jest najbardziej naruszony. Inny przykład to wykład Ignacego, w którym tłumaczy on, czym jest strapienie, a czym pocieszenie. Warto też wspomnieć o scenie kuszenia Ignacego do samobójstwa przez granie na jego poczuciu winy za dawne grzechy. Świetnie oddaje to sposoby walki złego i dobrego ducha o duszę człowieka – do czego Ignacy wielokrotnie nawiązywał w swych pismach. Zły duch straszy, popędza do pochopnego działania, a dobry łagodzi, pociesza, uspokaja. Cała ta scena została zaprojektowana zgodnie z regułami rozeznawania duchów z Ćwiczeń duchowych.

Nie jest też z pewnością przypadkiem, że w filmie kilkakrotnie pojawiają się aluzje do „Fundamentu” (ĆD 23) — Ignacy rozwija zawartą w nim doktrynę w scenie kazania do ludzi i przed sądem inkwizycji, a odniesienia do niego padają też w innych momentach: „Człowiek po to jest stworzony, aby Boga, Pana naszego, chwalił, czcił i jemu służył, a przez to zbawił duszę swoją. Inne zaś rzeczy na obliczu ziemi są stworzone dla człowieka i aby mu pomagały do osiągnięcia celu, dla którego jest on stworzony. Z tego wynika, że człowiek ma korzystać z nich w całej tej mierze, w jakiej mu one pomagają do jego celu, a znów w całej tej mierze winien się od nich uwalniać, w jakiej mu są przeszkodą do tegoż celu”. Jest to naprawdę fundament życia chrześcijanina w duchowości ignacjańskiej. I stąd wynika ignacjańska idea dążenia do świętej obojętności, która w filmie jest dobrze oddana. Nie chodzi tutaj o brak wrażliwości na zło, cierpienie czy potrzeby innych ludzi, ani o nieumiejętność cieszenia się rzeczami dobrymi i godziwymi przyjemnościami (asceza dla ascezy nie jest wcale chrześcijańska), lecz o wydanie się na wolę Bożą we wszystkim, zaakceptowanie jej w każdej sytuacji, niejako o „oddanie się w niewolę” woli Bożej, podobnie jak później św. Ludwik Grignion de Montfort uczyni z Maryją. Dlaczego? Bo, jak mówi sam Ignacy: „Trzeba nam stać się ludźmi obojętnymi [nie robiącymi różnicy] w stosunku do wszystkich rzeczy stworzonych, w tym wszystkim, co podlega wolności naszej wolnej woli, a nie jest jej zakazane [lub nakazane], tak byśmy z naszej strony nie pragnęli więcej zdrowia niż choroby, bogactwa [więcej] niż ubóstwa, zaszczytów [więcej] niż wzgardy, życia długiego [więcej] niż krótkiego, i podobnie we wszystkich innych rzeczach. [Natomiast] trzeba pragnąć i wybierać jedynie to, co nam więcej pomaga do celu, dla którego jesteśmy stworzeni”.

Twórcy filmu umiejętnie podkreślili również wątek posłuszeństwa Kościołowi – oto po zakończeniu rozprawy Ignacy rozmawia z jednym z sędziów i ku jego zdziwieniu ochoczo i całym sercem zgadza się wysłuchać jego rady i zastosować się do niej. Jest to wyraźna aluzja do „Reguł o trzymaniu z Kościołem”, stanowiących numery 353­–370 ĆD. Posłuszeństwo Kościołowi Ignacy uważał bowiem za tak niezbędne, że deklarował aż: „Ażeby we wszystkim utrafiać w sedno, trzeba być zawsze gotowym wierzyć, że to, co ja widzę jako białe, jest czarne, jeśli tak to określi Kościół Hierarchiczny. Wierzymy bowiem, że między Chrystusem, Panem naszym; Oblubieńcem, a Kościołem, jego Oblubienicą, jest ten sam Duch, który nami rządzi i kieruje dla zbawienia dusz naszych. Bo tenże sam Duch i Pan nasz, który dał dziesięcioro przykazań, ten sam kieruje i rządzi świętą Matką naszą Kościołem” (Reguła 13).

Od strony psychologicznej film jest bardzo wiarygodny, ukazuje źródła problemów psychoemocjonalnych Ignacego, które musiał przezwyciężyć; uczynił to podczas pobytu w jaskini w Manresie i na podstawie tych doświadczeń napisał Ćwiczenia duchowe. To, co przerobił na własnej skórze, od prawie pięciuset lat służy tysiącom ludzi, którzy muszą uleczyć zranienia psychiczne i duchowe, pogodzić się z historią swego życia i dawnymi błędami, połączyć rozdzielone, niespójne elementy osobowości, pokonać wady i rozwinąć cnoty. Święty Ignacy genialnie pokazuje, jak diabeł gra na wszelkich zranieniach i niespójnościach wewnątrz osobowości, których człowiek sobie nie uświadomił i nie wyleczył, w celu zgubienia jego duszy. Dzisiejsza zdrowa i rzetelna psychoterapia czerpie znacznie więcej od Ignacego niż od Freuda.

Za puentę filmu można uznać zdanie, które pada w scenie ogłoszenia wyroku uniewinniającego przez inkwizycję: „Kościół ma wielu uczonych i poetów. Być może teraz potrzebuje żołnierza”. To ważny znak dla współczesnych – wszak i my żyjemy w epoce wołającej o żołnierzy Kościoła. Dlatego trzeba pilnie wrócić do prawdziwej, oryginalnej duchowości ignacjańskiej, bazującej na zbilansowanym użyciu wszystkich władz człowieka, na kształtowaniu sumienia i na świadomym rozeznawaniu woli Bożej. Opiera się ona na antropologii tomistycznej i jest w pełni zgodna z klasyczną chrześcijańską teologią moralną, gdzie rozum ma kierować uczuciami. Nie ma ani ich wypierać, ani pozwalać im sobą miotać. W metodzie ignacjańskiej zmysły, wyobraźnia i uczucia są używane jedynie do pobudzenia umysłu do rozważania życia Jezusa Chrystusa i prawd Bożych, i otwarcia się w ten sposób na działanie Boże, a nie stanowią celu samego sobie. Dzisiaj, kiedy duchowość znowu przesuwa się w kierunku fideizmu i emocjonalizmu, w celu odzyskania równowagi niezbędne jest powrócenie do duchowości opartej na działaniu rozumu. W duchowości ignacjańskiej zawsze bowiem chodzi o podjęcie decyzji, a nie o pławienie się w przyjemnych uczuciach, nawet wynikających z przebywania w Bożej obecności. Katolik ma być człowiekiem czynu, który każdą okoliczność codziennego życia wykorzystuje do refleksji, co Bóg chce mi przez to powiedzieć, czego ode mnie oczekuje, i co mam w tym konkretnym momencie zrobić, żeby Bogu służyć jeszcze lepiej, żeby oddać Mu jeszcze większą chwałę. Ad maiorem Dei gloriam — to maiorem w klasycznym motcie jezuickim jest kwintesencją duchowości ignacjańskiej. I film Paola Dy bardzo dobrze to oddaje.

„Ignacy Loyola” jest dziełem bardzo malarskim; zawiera piękne zdjęcia przyrody i zmieniających się zjawisk atmosferycznych, które wkomponowane są w fabułę i odgrywają rolę niemego aktora ukazującego wewnętrzne przeżycia Ignacego. Starannie przygotowane są również kostiumy i wnętrza. Choć film dobrze mieści się w kanonie filmów biograficznych o świętych, uderza w nim jednak świeżość i autentyczność oraz brak naiwnej, oleodrukowatej cukierkowatości, tak często przytłaczającej ten rodzaj sztuki filmowej. Skłonna jestem to przypisać udziałowi twórców filipińskich. Kościół filipiński od pewnego czasu zaczyna bowiem wnosić do Kościoła powszechnego nowy, świeży powiew.

Dominika Krupińska

Źródło: www.pch24.pl
19 stycznia 2018|