Faustyna – kim naprawdę była

Z Ewą K. Czaczkowską, autorką biografii św. Faustyny, szefową portalu Areopag21.pl rozmawiają Marta Wielek i Anna Dąbrowska. Trudno zrozumieć niektóre wydarzenia z życia św. Faustyny czy też zapisy w „Dzienniczku” bez odniesienia do warunków i okoliczności, w jakich żyła. Wspomina ona np. swoją rodzinę jako bardzo pobożną, a jednak nie znajdowała w niej zrozumienia dla swych przeżyć religijnych…

Helena już jako kilkulatka miała widzenia – twierdziła, że anioł budzi ją na modlitwę albo śni jej się Matka Boża. Rodzicom trudno było uwierzyć w jej opowieści, bo wykraczały one poza ich sposób przeżywania wiary i doświadczenie religijne. Ojciec był jednym z dwóch mężczyzn we wsi, którzy umieli czytać. Helena była z tego powodu bardzo dumna. Czytał swoim dzieciom jakieś książki religijne, prawdopodobnie o świętych, ale ani on, ani nikt inny z jej otoczenia nie był w stanie pomóc jej w zrozumieniu tego, co przeżywała.
Faustyna napisała w „Dzienniczku”, że już w wieku siedmiu lat odczuwała „zaproszenie do życia doskonalszego”, ale nie rozumiała, co to znaczy. Ojciec czytał jej książkę o pielgrzymach, wyobrażała więc sobie, że może odejdzie z domu właśnie do nich. W okolicy nie było klasztoru ani sióstr zakonnych, nie było niczego, co pozwoliłoby jej wyobrazić sobie, na czym mogłoby polegać to „doskonalsze życie”.
O tym, że istnieje życie zakonne, dowiedziała się prawdopodobnie dopiero wtedy, gdy pojechała pracować jako pomoc domowa do Aleksandrowa Łódzkiego. Miała wtedy szesnaście lat. Tam właśnie nabrała przekonania, że jej powołaniem jest życie w klasztorze. Ci, którzy znali ją w tamtym czasie, wspominali, że podczas pobytu w Aleksandrowie miała wizje niezwykłej jasności. To skłoniło ją do porzucenia pracy i poproszenia rodziców o zgodę na wstąpienie do zakonu.
Wiedziała już, czego chce, ale niespodziewanie natrafiła na opór zarówno rodziców, jak i kilku zgromadzeń. W obu przypadkach głównym argumentem były pieniądze. 
Rzeczywiście chodziło o pieniądze. Nie była to jednak kwestia chciwości, ale skrajnie trudnych warunków życia zarówno jej rodziny, jak i zgromadzeń zakonnych w tamtych czasach. Helena pochodziła z wielodzietnej i bardzo biednej rodziny. Ojciec miał pięć mórg ziemi, ale była ona bardzo licha. Dorabiał więc jako stolarz. Dorastające dzieci wysyłano do pracy, by wspomogły rodzinny budżet. Młodsza siostra Heleny już jako dziewięciolatka została odesłana do krewnych, by tam pomagać w opiece nad dziećmi.
Pracujące dzieci Kowalskich wszystkie zarobione pieniądze wysyłały rodzicom. Wstąpienie Heleny do zakonu oznaczało utratę zarabianych przez nią pieniędzy, a także konieczność przygotowania jej wyprawki i posagu, na co Kowalskich zupełnie nie było stać. Trudno więc dziwić się jej rodzicom, że byli przeciwni jej planom. Z decyzją córki długo nie mógł się pogodzić szczególnie ojciec. Aby przeżyć, musieli twardo stąpać po ziemi. Nie przyjechali nawet na jej obłóczyny, ale trzeba wiedzieć, że podróż ze Świnnic Barskich do Krakowa nie była wtedy ani łatwa, ani tania.
A dlaczego zgromadzeniom tak bardzo zależało na posagach kandydatek?
Bo często było to główne źródło finansowania ich działalności. W tym okresie były dwa rodzaje zakonów żeńskich: jedno– i dwuchórowe (ten podział zakony znosiły przed i w czasie trwania Soboru Watykańskiego II). Zakony jednochórowe przyjmowały jedynie dziewczęta z zamożnych rodzin, które mogły wnieść w posagu albo jakieś dobra materialne, albo wykształcenie. Zakony te zajmowały się edukacją, prowadzeniem szkół dla dzieci z dobrych domów. Często nie miały żadnego zaplecza finansowego czy gospodarczego.
Zakony dwuchórowe przyjmowały zarówno zamożne, jak i ubogie dziewczęta. Zamożne czy też dobrze wykształcone kierowane były bezpośrednio do pracy z podopiecznymi, ubogie zaś do prac pomocniczych, dzięki którym wspólnoty te mogły w ogóle funkcjonować. Nie wymagano wówczas od tych dziewcząt posagu (choć był mile widziany), ale musiały wnieść do zakonu chociaż tzw. wyprawkę, czyli pościel, bieliznę, ręczniki, wszystko to, co potrzebne będzie im do życia w zgromadzeniu. Helena nie miała nawet tego.
I dlatego odchodziła z kwitkiem od kolejnych furt klasztornych?
To nie był wymysł zakonów, ale konieczność. Musiały się z czegoś utrzymywać. Zdarzało się, że siostry nie miały nawet co jeść. Tak było na przykład w latach 20. w wileńskim klasztorze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, dlatego w pozostałych domach zgromadzenia organizowano dla Wilna zbiórkę pieniędzy. Zgromadzenie Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia, do którego wstąpiła Helena, było zakonem dwuchórowym. Jego misją była opieka nad kobietami upadłymi. Trzeba im było przekazać podstawową wiedzę i nauczyć ich jakiegoś zawodu. Siostry, nazywane też „magdalenkami”, brały na wychowanie dziewczęta z marginesu, prostytutki, które chciały zmienić życie, ale nie miały ku temu środków. Oczekiwały od sióstr pomocy i wsparcia, by móc zacząć nowe życie. Siostry pierwszego chóru zajmowały się edukacją i wychowaniem dziewcząt, na barkach sióstr drugiego chóru spoczywał trud zdobycia środków na tę działalność.
W latach 30. do ośrodków prowadzonych przez Zgromadzenie Matki Bożej Miłosierdzia zaczęły trafiać kobiety z niewielkimi wyrokami, kierowane tam przez sądy. To nieco poprawiło sytuację materialną zgromadzenia.
Państwo finansowało pobyt skazanych kobiet?
Tak, ministerstwo sprawiedliwości pokrywało część kosztów. Było tak jednak dopiero w latach 30., wcześniej siostry musiały bardzo ciężko pracować, aby się utrzymać. Dlatego prowadziły gospodarstwa rolne, np. w Walendowie pod Warszawą. Wykonywały wszystkie prace samodzielnie – czasem tylko zatrudniały  do pomocy mężczyzn – a uprawa roli była wtedy niezwykle ciężkim zajęciem. Ze wspomnień sióstr zebranych już po śmierci Faustyny wynikało, że najbardziej nie lubiły właśnie prac w polu. Stąd pewnie wynikały różnie niesnaski i pretensje o podział obowiązków, o których czytamy chociażby w „Dzienniczku”. Nie wszystkie siostry zresztą umiały pracować na roli. Były przecież wśród nich takie, które wychowywały się w mieście. W Walendowie na przykład musiały wstawać o trzeciej nad ranem, by wydoić krowy i zawieźć mleko do Warszawy. Pieniądze ze sprzedaży produktów rolnych zasilały skromny budżet klasztorów. Siostry prowadziły też w klasztorach pralnie i piekarnie, pracownie szycia i haftu.  Pracowały w nich także wychowanki. To, co udało im się wyprodukować, siostry sprzedawały. W ten sposób w trudnych warunkach starały się zapewnić swoim podopiecznym godziwe warunki życia.
Wygląda na to, że więcej wysiłku wkładano w utrzymanie zgromadzenia niż w opiekę nad upadłymi kobietami. 
Nie, tak nie było. Podstawową aktywnością sióstr ze zgromadzenia, do którego wstąpiła Helena Kowalska, była jednak opieka nad kobietami, które się do nich zgłaszały. Prowadziły dla nich normalną edukację szkolną, uczyły je czytania, pisania, matematyki, gramatyki, ale też zupełnie podstawowych czynności. Często były to dziewczyny z ulicy, które nie znały innego sposobu na zarabianie pieniędzy niż prostytucja, bo nic nie umiały. Siostry przede wszystkim próbowały je odizolować od patologicznego środowiska, co widać było chociażby w tym, że żaden z ich domów zakonnych nie miał wejścia prosto z ulicy. To były zamknięte placówki. W dalszej kolejności zakonnice uczyły zajmowania się domem, prania, szycia, haftowania, pomagały zdobyć konkretny zawód, który zapewniłby utrzymanie po opuszczeniu ośrodka. Wreszcie, co może najważniejsze, dbały o wychowanie religijne i umocnienie w wierze swych podopiecznych, by były one silne duchowo i chciały zmienić swoje życie. Zajmowały się tym jednak głównie siostry pierwszego chóru, te z drugiego chóru pracowały fizycznie, by dzieło to mogło być kontynuowane.
Matka Michela Moraczewska podczas pierwszej rozmowy z Heleną powiedziała jej, że zakonu nie stać na sporządzenie dla niej wyprawki i dlatego musi sama na nią zapracować. Czy rzeczywiście siostry musiały aż tak oszczędzać, czy też przełożona chciała Helenę sprawdzić?
Zapewne jedno i drugie. Proszę sobie wyobrazić: przychodzi dziewczyna „znikąd” i mówi, że chce wstąpić do zakonu. Przełożona nie mogła jej od razu przyjąć. Helena nie zrobiła zresztą dobrego wrażenia. Kiedy furtianka oznajmiła przełożonym, że jest „nowe powołanie”, do rozmowy z Heleną wysłano jedną z sióstr. Ta wróciła z niezbyt pochlebną opinią o kandydatce: niepozorna, wątła, biedna. Matka Michela uznała jednak, że uczciwie będzie, jeśli porozmawia z dziewczyną, zanim ją odeśle. Szła na rozmowę z Heleną nieco uprzedzona i rzeczywiście nie spodobała jej się ona z wyglądu. Była mizerna, zaniedbana, może nieco zmęczona szukaniem, zagubiona w stolicy… Już po pierwszych zdaniach Moraczewska wyczuła w niej jednak Ducha. Wysłała ją więc, by „zapytała Pana domu”, czy ją przyjmuje. Helena dobrze wiedziała, kto jest Panem domu, i pobiegła do kaplicy. Kiedy wróciła, powiedziała, że Pan domu ją przyjął. Matka Michela postanowiła więc dać dziewczynie szansę. Poleciła jej, by zarobiła na wyprawkę. Wspominała po latach, że szybko zapomniała o tym spotkaniu. Przypomniała sobie o nim dopiero wtedy, gdy Helena zgłosiła się z pierwszymi zarobionymi pieniędzmi, by złożyć je w klasztorze na wyprawkę.
Nadszedł wreszcie upragniony moment – Helena wstąpiła do zakonu… i po trzech tygodniach chciała odejść. Dlaczego?
Szybko się rozczarowała. Przede wszystkim wyobrażała sobie, że życie zakonne będzie polegało na nieustannej modlitwie. Tymczasem wstąpiła do zakonu czynnego, przydzielono ją do drugiego chóru, zajmującego się pracą fizyczną. Helena nie bała się pracy, bo przecież zarabiała jako pomoc domowa, ale liczyła na to, że będzie mogła więcej czasu spędzić na modlitwie. Być może lepiej by się odnalazła w zakonie kontemplacyjnym, ale pamiętajmy o tym, że po pierwsze nie miała wówczas rozeznania w duchowości zgromadzeń, a po drugie to był pierwszy zakon, który otworzył przed nią drzwi.
Poza tym chyba ciężko znosiła niektóre wymagania regulaminu. Życie codzienne sióstr było poddane ścisłym rygorom określającym ich zachowanie w najmniejszych szczegółach. Faustyna narzekała, że musi wolniej chodzić albo że nie wolno jej śpiewać w czasie pracy, a bardzo lubiła śpiewać. Jej pracodawcy z Ostrówka wspominali, że przed wstąpieniem do zakonu była uśmiechniętą i radosną dziewczyną.
Po wstąpieniu do klasztoru przestała być wesoła?
No cóż, trochę jej tę wesołość wyperswadowano. O mistrzyni postulatu Faustyna napisała w „Dzienniczku”, że okazywała postulantkom wiele serca, ale prowadziła je twardą ręką, „co stwarzało atmosferę lęku”. Faustyna skarżyła się swojej byłej chlebodawczyni, pani Lipszyc, że pewne wymagania wydawały jej się dziwne i były dla niej trudne do spełnienia. Kiedy dzisiaj czyta się o tym, jak traktowano w klasztorze młode zakonnice, niektóre metody wydają się okrutne. Trzeba jednak pamiętać, że inna jest już dziś nasza wiedza pedagogiczna i nasza mentalność, inna jest też pozycja kobiet. Do klasztoru przychodziły dziewczęta z różnymi temperamentami, z różnych domów. Gdyby każda chciała żyć tak jak dotąd, siostry nie byłyby w stanie prowadzić swego dzieła. Starały się więc te różne charaktery jakoś utemperować, by nie dochodziło do większych spięć.
Trzeba też oddzielić to, czego rzeczywiście wymagał regulamin życia w klasztorze, od zachowania poszczególnych zakonnic w stosunku do postulantek. Starsze siostry miały bowiem swoje własne metody, by nauczyć dziewczęta pokory. Chodziło o to, by sprawdzić siłę powołania i wypalić ludzkie słabości. Faustyna opowiadała np., że gdy kiedyś nie zdążyła umyć naczyń na czas, za pokutę siostra kucharka kazała jej usiąść na stole, a sama pilnie pracowała. Kolejne siostry wchodzące do kuchni oburzały się na Faustynę i wyzywały ją od próżniaków.
Nie było jej zatem łatwo. Przez kilka tygodni miotała się, chciała poszukać innego zgromadzenia. Kiedy podjęła decyzję o wystąpieniu, objawił się jej Pan Jezus i nakazał zostać. To rozwiało wszelkie wątpliwości. Od tej chwili bardzo mocno zaangażowała się w życie zakonne i była bardzo skrupulatna w przestrzeganiu wszystkich reguł.
To znaczy?
W zakonie istniał np. zakaz rozmów w trakcie pracy, bo był to jednocześnie czas na indywidualną modlitwę. Gdy Faustyna chciała albo musiała o czymś z drugą siostrą porozmawiać, biegła najpierw do matki przełożonej zapytać o zgodę. Uważała, że posłuszeństwo przełożonym jest jedną z najważniejszych cnót zakonnicy. Była przekonana, że przełożona jest naznaczona przez Chrystusa i dlatego należy się jej bezwzględnie podporządkować. Tego uczył ją także Jezus.  Bywało to jednak dla niej trudne, gdy chciała być posłuszna Jezusowi i przełożonym. Zgodnie z poleceniem Jezusa mówiła przełożonym, jakie życzenia odnośnie kultu Bożego Miłosierdzia przekazał jej Jezus, te jednak początkowo w ogóle jej nie wierzyły. Traktowały Faustynę jak histeryczkę. Bardzo ciężko to znosiła. Wieść o jej widzeniach rozchodziła się wśród zakonnic, a nie wszystkie przecież ją lubiły, szczególnie te, którym czasem zwracała uwagę na niewłaściwe zachowanie. Upominała je np., gdy rozmawiały ze sobą podczas pracy w kuchni.
Była raczej trudną współsiostrą?
No cóż, siostry miały z nią trochę kłopotów. Przyszła do zakonu taka mizerota bez posagu, bez wyprawki, i najpierw narzekała, że za mało jest czasu na modlitwę, a potem zaczęła opowiadać, że ukazuje jej się Pan Jezus. Mówiła, że Jezus życzy sobie, by namalować Jego obraz zupełnie nowego rodzaju, wystawić go w kaplicy i adorować, a na dodatek ustanowić Święto Miłosierdzia Bożego w całym Kościele. Jakby tego było mało, upominała czasem lepiej wykształcone zakonnice pierwszego chóru, dyskutowała z nimi na tematy teologiczne, mimo że skończyła ledwie trzy klasy szkoły podstawowej. „Jak Jezus mógłby przekazywać orędzie komuś takiemu? W czym ona jest lepsza od nas?” – takie komentarze pojawiały się wśród sióstr. Jedna z nich przyznała po latach, że zazdrościła Faustynie, że miała dwóch ojców duchowych: ks. Sopoćkę w Wilnie, z którym korespondowała, i o. Andrasza w Krakowie. Przełożonym też nie było łatwo, bo co z taką siostrą zrobić. Na polecenie ks. Sopoćki wysłały ją do psychiatry. Ten stwierdził, że jest absolutnie zdrowa. Tymczasem wszystkie siostry widziały, że Faustyna jest inna. Że jest w niej większa duchowa głębia. I może to niektóre z nich drażniło. Ale kiedy była umierająca, pisały do niej i prosiły, by po śmierci wstawiała się za nimi u Boga.
Pewną jej odmienność dostrzegały także podopieczne, które przysyłano Faustynie do pomocy w kuchni czy ogrodzie. Niektóre bardzo ją lubiły, wręcz do niej lgnęły. To mogło rodzić zazdrość innych sióstr. Faustyna bardzo troszczyła się o te dziewczęta – nie tylko wdrażała do pracy, ale uczyła je modlitwy, opowiadała im o Jezusie. Gdy Faustyna miała w Warszawie przenieść się z klasztoru na Grochowie do klasztoru na ul. Żytnią –  podopieczne spakowały się i chciały jechać razem z nią.
Nie można jednak powiedzieć, że ze strony sióstr spotykały Faustynę wyłącznie nieprzyjemności. Niektóre z przełożonych, z matką generalną Michaelą Moraczewską i m. Ireną Krzyżanowską na czele, uwierzyły, że ma wizje i bardzo ją wspierały. Faustyna miała w zakonie także przyjaciółki – s. Justynę i s. Damianę –  i inne życzliwe sobie osoby.
Jak Faustyna radziła sobie z przeciwnościami?
Czerpała siłę ze spotkań i rozmów z Jezusem. Gdyby nie one, raczej nie przezwyciężyłaby trudności…
Był jednak taki moment, w którym Faustyna sama miała wątpliwości, czy to, czego doświadcza, jest prawdziwe. Miewała chwile załamania?
To było po tym, gdy 22 lutego 1931 r. miała pierwsze objawienie Jezusa dotyczące namalowania obrazu, a potem kolejne, w których Jezus życzył sobie, aby w Kościele ustanowiono święto Bożego Miłosierdzia.  Spowiednicy jej nie rozumieli,  a przełożone mówiły jej, że to fantazje, halucynacja, że powinna uciekać od tych widzeń, bo to niemożliwe, aby ukazywał się jej Jezus. Faustyna pytała więc objawiającego się jej Jezusa, czy to naprawdę On czy też widmo. Ten stan trwał do listopada 1932 r., gdy na rekolekcjach w Walendowie poznała ks. Edmunda Eltera, pierwszego duchownego, który powiedział jej, że wszystko to, czego doświadcza jest prawdą. Czekała na ten moment półtora roku!
Później Faustyna już nigdy nie podawała w wątpliwość autentyczności swojego kontaktu z Jezusem. Wiedziała, że widzi Jezusa, i czerpała z tego siłę. Nic nie mogło tego podważyć. Mimo ciężkiej pracy dużo się modliła, nieraz prosiła np. starszą siostrę czy przełożoną o pozwolenie na chwilkę modlitwy w kaplicy poza czasem przeznaczonym na modlitwy, prosiła spowiednika i przełożone o dodatkowe posty itd. Gdy Chrystus  prosił ją, by modliła się zawsze o piętnastej, w Godzinie Miłosierdzia, to gdy nie miała czasu wejść do kaplicy, modliła się tam, gdzie była. Wychowanki widziały s. Faustynę leżącą krzyżem i modlącą się np. w spiżarni.
A nie czuła się dotknięta złośliwymi uwagami sióstr? Nie irytowały jej?
W „Dzienniczku” zapisała, że trudno jej było przyjąć fałszywe oskarżenia i mocno je przeżywała. Widać jednak, że z czasem dotykały ją coraz mniej. Dojrzewała duchowo, oczyszczała się, podchodziła do sióstr z coraz większą miłością. Końcowe zapisy „Dzienniczka” pokazują wyraźnie, że żyła już wtedy w innym wymiarze – była tak zjednoczona z Bogiem, że niestosowne zachowania sióstr już jej tak nie dotykały. Zamiast mieć im coś za złe, modliła się za nie.
Jaka właściwie była Faustyna? Jaki miała charakter? 
Moim zdaniem była niezwykle silna. Uderzające jest to, że Pan Jezus ją wybrał, ale nie ułatwiał drogi – miała trudności ze wstąpieniem do zakonu, długo nie  uwierzono w jej objawienia.  Ale jej cierpienie było potrzebne dla tego dzieła. Faustyna była też odważna – nie bała się napominać przełożonych, siostry, księży, jeżeli była przekonana, że źle postępują. Na pewno była też bardzo wrażliwa. Jako kilkuletnia dziewczynka zorganizowała w swojej wsi loterię fantową. Robiła z gałganków zabawki, a potem sprzedawała je sąsiadom, pewnie za nędzne grosze. Oddawała je potem księdzu dla ubogich. Mimo własnego ubóstwa dostrzegała ludzi jeszcze biedniejszych. W jej dążeniu do świętości widać też pewną ambicję. Ale przede wszystkim była niezwykle pokorna – nie było łatwo znosić to wszystko, co spotykało ją od ludzi, którzy nie wiedzieli, że jej zewnętrzne zachowania wynikają z wewnętrznych objawień.
A nie była nadwrażliwa? Gdy czyta się o jej rozterkach wewnętrznych, można odnieść wrażenie, że bywała niestabilna emocjonalnie. Są takie wizje, w których Pan Jezus bardzo ostro i kategorycznie się do niej zwraca, jakby chciał ją trochę przywołać do porządku…
Pewnie była trochę nadwrażliwa. A któż z nas nie jest? Mówi się, że człowieka dojrzałego duchowo nie powinno dotykać ani to, że ktoś go gani, ani to, że ktoś go chwali, bo ani jedno, ani drugie nie pokazuje tego, jaki jest naprawdę. Faustyna na początku bardzo przejmowała się tym wszystkim, co ją spotykało, ale z czasem uwalniała się od tego.
Nie można też zapominać, że przez wiele lat życia zakonnego towarzyszyła jej choroba. Długo, bo przez trzy lata żaden lekarz nie postawił właściwej diagnozy. Trudno zachować w takiej sytuacji równowagę, spokój i dystans.
Czy Faustyna zaraziła się gruźlicą w klasztorze, czy może chorowała już wcześniej?
Ze wspomnień różnych osób wynika, że nie chorowała w domu. Oznaczałoby to, że zaraziła się w klasztorze. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież jej zgromadzenie opiekowało się dziewczynami z ulicy, które przynosiły różne choroby, a gruźlica była wtedy chorobą społeczną.
Na pewno nie pomogły jej – a mogły zaszkodzić – warunki życia w wileńskim klasztorze. Budynek, w którym mieszkała Faustyna stał na zboczu wzgórza. Był niepodpiwniczony, dlatego cała woda spływająca z góry zatrzymywała się w jego ścianach. Panowała w nim ogromna wilgoć, nie było ogrzewania.
Nie tylko Faustyna chorowała na gruźlicę. Pod koniec życia pielęgnowała ją młoda siostra cierpiąca na gruźlicę nadgarstków. Chodziło o to, by inne siostry się nie zarażały. Siostra ta prosiła Faustynę, by po śmierci wzięła ją szybko do siebie, bo nie chciała sprawiać kłopotu innym zakonnicom. Umarła rok po śmierci Faustyny.
Myślę, że ciężka praca fizyczna – w ogrodzie, w kuchni – nie pomagała w leczeniu. Dopiero w ostatnim roku życia zmieniono jej obowiązki – wysłano ją na furtę. To nie było dobre rozwiązanie, bo przecież przewijały się tam dziesiątki osób, a na dodatek musiała dyżurować także w nocy. Może jednak dzięki temu czuła się potrzebna?
 
W ostatnich chwilach życia Faustyna skarżyła się na samotność i opuszczenie. Miała przydzieloną infirmerkę, ta jednak nie zaglądała do niej zbyt często. Dlaczego?
Tą infirmerką była siostra, która znała Faustynę jeszcze z Wilna i tam już nie dowierzała ani jej objawieniom, ani chorobie. Pozostała przy swym przekonaniu także wtedy, gdy mieszkała z Faustyną w klasztorze w Łagiewnikach. Może miała jakiś osobisty uraz? Kiedyś powiedziała Faustynie: „Siostra chce być święta? Mnie prędzej włosy na dłoni wyrosną, niż to się stanie!”. Kolejna infirmerka bardzo dbała o Faustynę, przyjeżdżała do niej do szpitala na Prądniku, który był oddalony od Łagiewnik o 10 kilometrów.
Umierając, Faustyna opowiadała siostrom, co będzie się działo z zakonem, z kultem Miłosierdzia, z Polską… Nie udało jej się jednak wypełnić wszystkim poleceń Jezusa. 
To prawda, ale umierała spokojnie. Pan Jezus dał jej wgląd w to, co będzie się działo później. Wiedziała już, że założenie nowego zgromadzenia nie było jej zadaniem. Pan Jezus zapewnił ją także o tym, że kult Miłosierdzia będzie się rozwijał mimo chwilowych trudności. Miała poczucie, że zrobiła to, czego Jezus od niej oczekiwał i to było dla niej najważniejsze
Rozmawiały Marta Wielek i Anna Dąbrowska
List 4/2013 
29 września 2018|