Dzień z życia proroka Elizeusza

XIII Niedziela zwykła. Echo Pierwszej Księgi Królewskiej 19, 16b. 19-21

         Czy zwróciliśmy uwagę, jak wiele imion pojawia się na kartach Pisma Świętego? Chyba żadna inna księga nie opowiada tylu ludzkich historii i to w tak analityczny, a zarazem dramatyczny sposób. Biblia opowiada historię problemowo. Szuka przyczyn, odnajduje skutki i wiąże je w całość, ponieważ oderwane od siebie, rozpatrywane rozłącznie, są niezrozumiałe. Również historie ludzkie należy rozpatrywać w tym samym kluczu, ponieważ ktoś pojawia się w naszym życiu albo my w jego jako przyczyna wielu zdarzeń chcianych i niechcianych.
Elizeusz          Pierwsza Księga Królewska pokazuje nam Elizeusza, który orze pole. To ciężki kawałek chleba w każdym klimacie i pod każdą szerokością geograficzną. Ma pług i parę wołów, co oznacza postęp, bo wtedy wielu uprawiało ziemię siłą ludzkich mięśni, używając o wiele prostszych narzędzi. Dwanaście par wołów i tyle samo pługów to na owe czasy swoisty park maszynowy i spory majątek. Elizeusz nie jest sam na polu, ale tempo pracy nadaje ktoś inny. Syn Szafata z Abel-Mechola nie jest żadnym frontmanem rozpoznawalnym i odpowiedzialnym za wizerunek grupy oraczy. Wszyscy ambitniejsi, pracowitsi, sprawniejsi, gorliwsi, bardziej doświadczeni itp. są przed nim. Za nim już nie ma nikogo. On jest ostatni. Bóg do ważnych misji często wybiera ostatnich, ponieważ są najlepsi, bo nie mogą ukraść ani przysłonić chwały Bożej. Są na tyle mali i nieważni, że nie zagrażają wielkości Boga. Nie stanowią dla Niego żadnej konkurencji. Nie koncentrują na sobie niczyjej uwagi.

Jak się później okaże, charyzmatyczny sędzia Gedeon, w chwili wezwania, mówi zawstydzony i onieśmielony:

          „Wybacz, Panie mój! Jakże wybawię Izraela? Ród mój jest najbiedniejszy w pokoleniu Manassesa, a ja jestem ostatni w domu mego ojca.”

I słyszy odpowiedź:

„Ponieważ Ja będę z tobą, pobijesz Madianitów jak jednego męża”.

(Sdz 6,15-16)

                Gdy prorok Samuel idzie do Betlejem, by wskazać i namaścić króla, słyszy wyraźną przestrogę:

„Nie zważaj ani na jego wygląd, ani na wysoki wzrost, gdyż nie wybrałem go, nie tak bowiem człowiek widzi, jak widzi Bóg, bo człowiek patrzy na to, co widoczne dla oczu, Pan natomiast patrzy na serce”.(1 Sm 16,7)

I mimo zabiegów Jessego, który kolejno prezentuje siedmiu swoich synów spod znaku „naj” (najstarszego, najpiękniejszego, najmądrzejszego itd.), czeka aż pojawi się ostatni, najmniejszy. Wtedy rozpozna w nim wielkiego króla, który stworzy królestwo Izraela na miarę Polski Jagiellonów. Stopniowanie może być zarówno w górę, jak i w dół.

          Apostołowie też nie byli najlepszymi ludźmi z możliwych. Zostali wybrani mimo wszystko. Mimo najróżniejszych słabości i defektów, mimo wszelkich win i błędów, mimo wybujałych ambicji i powracających lęków. Zostali wybrani mimo swojej drugorzędności. Rzadko się zgadzam z Witoldem Gombrowiczem, ale on mówi, że jeśli człowiek nie akceptuje swojej drugorzędności i walczy z nią, usiłując być za wszelką cenę pierwszorzędnym, staje jeszcze bardziej drugorzędny. Trzeba się zgodzić, że niezależnie, czy pojedynczo czy razem, znaczymy mniej, niż chcemy. Inni znaczą więcej! Jesteśmy mniejsi. Jest nas mniej! Mniej możemy. Mniej umiemy. Wiele decyzji nie zależy od nas. Podlegamy komuś, nawet w drobnych sprawach. Czyjś podpis i decyzja otwierają nam jakieś możliwości, a ich brak zamyka niemal wszystkie drzwi. To nie my dyktujemy warunki. Ktoś nam wskazuje miejsce. Upokarza nas nasza niemoc i to, że jesteśmy mało ważni. Ciągłe i tęskne porównywanie się z innymi rodzi w nas kompleksy, złość i gorycz. Chcemy być wielcy, nie bardzo wiedząc, co ma być kryterium wielkości i czemu miałaby służyć. Wielkość nie służy niczemu. To jej się służy na wszelkie możliwe sposoby.

                Elizeusz ma przed sobą tylko kamienistą rolę, zady zwierząt i plecy wszystkich orzących przed nim. W sumie nieciekawy widok. Człowiek przesadnie ambitny nigdy się na coś takiego nie zgodzi, bo nie ma w tym żadnych perspektyw ani horyzontów. Jest natomiast monotonia i powtarzalność, czyli nuda. Trudno dostrzec w tym jakąkolwiek mistykę. Eliasz mija orzących, idzie do ostatniego. Pewnie wszyscy znieruchomieli i oglądając się za siebie poczuli, jak obezwładnia ich zdziwienie. Dlaczego wskazany zostaje Elizeusz, którego imię oznacza: „Bóg jest wybawieniem”. Rzeczywiście, Bóg wybawia go z ostatniego miejsca na oczach wszystkich. Stanie się uczniem, a po sześciu latach następcą wielkiego Eliasza. Mojżesz pierwotnie pasł owce, nawet nie swoje, tylko teścia (Wj 3,1). Amos wcześniej nacinał sykomory (Am 7,14). Piotr wcześniej łowił ryby (Mt 4,18), celnik nie tylko zbierał podatki, ale nawet kradł (Mt 9,9n). Szaweł był faryzeuszem (Dz 23,6), a Szymon zelotą, czyli politycznym radykałem (Łk 6,15). Anonimowa kobieta przez dwanaście lat cierpiała na tajemniczy upływ krwi (Mt 9,20n). Dłużej, bo 38 lat, cierpiał chromy nad sadzawką Betesda (J 5,5). Prorokini Anna zaledwie 7 lat cieszyła się szczęściem małżeńskim, zaś wdową była kilkadziesiąt lat (Łk 2,36-38). Natanael pytał: „Czy może być coś dobrego z Nazaretu?”(J 1,46). Samarytanka zmieniała mężów jak dietę cud, nie mogąc się nasycić żadnym z nich (J 4,18).

Nikodem, chcąc poznać tajemnice nowego stworzenia, przychodził do Jezusa pod osłoną nocy bardziej jak złodziej niż uczeń (J 3,2). Każda z wymienionych postaci miała swoją ciekawą, a zarazem – nieciekawą przeszłość. Każda nosiła na sobie tatuaż nieszczęść i braków. Nie byli wspaniali, cudowni i wielcy. Ukrywali swoją ciemną stronę charakteru i dziury w świadomości. Ale tacy właśnie doświadczali cudów, darmowości zbawienia. Boże miłosierdzie jest dobrą nowiną dla ostatnich, przegranych, najgorszych lub takich, którzy tak siebie postrzegają. Wielcy i wspaniali, zasłuchani i zapatrzeni są w siebie. Bogiem jest ich ego. Światy, które tworzą, są pokraczne i pełne sprzeczności.

         W chwili powołania Elizeusz żegna się z rodzicami, łamie jarzmo, zabija woły, czyniąc z nich ofiarę dla Boga i poczęstunek dla ludzi. To znak prawdziwego radykalizmu i wolności. Gdyby się rozmyślił, nie będzie miał już do czego wracać. Elizeusz się wykorzenia. Idzie za nieznanym i w nieznane! Nie wie, gdzie go poprowadzi Eliasz ani co go czeka. Decyzja nie oddala pytań, ale nie przybliża też odpowiedzi. Elizeusz, na skutek powołania, nie staje się panem samego siebie, ale czyimś sługą. Nawet jeśli przyjmiemy, że dokonał się jego swoisty awans, to gdzieś głęboko, nie przestaje się czuć sługą jakiegoś dobra i zasad. Nie traci pokory tylko dlatego, że został wybrany! Wprost przeciwnie: wewnątrz pozostaje tym, kim był. Wraz z rytualnym nałożeniem prorockiego płaszcza otrzyma wielką moc. Przez jego posługę Bóg będzie zmieniał życie ludzi. Będzie tworzył nowe światy. Będzie uzdrawiał, panował nad żywiołami, a nawet wskrzeszał umarłych. Jakie to dalekie od monotonnej orki na ugorze, od jarzma i wołów! To zupełnie inny świat, którego Elizeusz w chwili powołania nie mógł sobie nawet wyobrazić.

         Tak jak narzeczeni nie są świadomi piękna i wielkości wspólnych światów, relacji małżeńskich, intymności, cudu poczęcia, narodzin, macierzyństwa i ojcostwa, zwierzeń, przebaczenia, powrotów do siebie itd. Albo jak młody mężczyzna, gdy po raz pierwszy przechodzi przez furtę seminaryjną, kompletnie nie będąc świadomym piękna i trudów kapłaństwa, do którego został wezwany. To są światy, które odkrywa się dzięki jednej decyzji, potwierdzanej każdego dnia wiernością.

         Elizeusz tylko raz otrzymał taką propozycję. Bóg się nie powtarza. To, co najważniejsze, dzieje się tylko raz! Bóg jest niezwykle konkretny w swojej miłości. To my, ludzie, mamy pokusę, by uciekać w ogólniki i slogany, nawet najbardziej pobożne. Konkretny adresat. Konkretne pole. Konkretne jarzmo. Konkretny dzień. Konkretna misja. Konkretne pytanie i równie konkretna odpowiedź! Elizeusz godzi się na zmiany, których kierunku i skali nie może przewidzieć. Skończy się orka na polu, zacznie się orka na ugorze sumień. Czy to łatwiejsze? Bynajmniej! To trudne, ponieważ człowiek jest materią szczególną. Opór jego wolnej woli jest nieporównanie większy niż opór ziemi, skały, drewna czy zwierzęcia. Jest właściwie nieporównywalny z niczym! Prawdziwy paradoks polega więc na tym, że wol­na wo­la ogranicza nas najbardziej.

Ks. Ryszard K. Winiarski

26 czerwca 2016|