Duchowa procesja

Od prawie siedmiu wieków w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, potocznie nazywaną uroczystością Bożego Ciała, ulicami miast i wsi przechodzą procesje z Najświętszym Sakramentem. Są one okazją do publicznego wyrażenia naszej wiary w prawdziwą obecność Jezusa Chrystusa w Eucharystii.

Ustanowienie uroczystości Bożego Ciała związane jest z objawieniami św. Julianny – augustianki z klasztoru Mount-Cornillon. Na początku XIII w. młodziutkiej zakonnicy Jezus wyznał, że pragnie wprowadzenia w Kościele święta ku czci „Najwyższego i Najświętszego Sakramentu Ołtarza”. Mniszka przez 22 lata trzymała w tajemnicy to objawienie, aż wreszcie opowiedziała o nim biskupowi Liège, który ustanowił uroczystość Bożego Ciała w swojej diecezji, i Jakubowi Pantaleonowi, późniejszemu papieżowi Urbanowi IV, który wprowadził ją w całym Kościele. Towarzyszące obchodom uroczystości Bożego Ciała procesje pojawiły się jednak dopiero w pierwszej połowie XIV wieku, a znaczenia nabrały w okresie reformacji. Protestanci zakwestionowali wówczas prawdę wiary mówiącą o tym, że po konsekracji chleb i wino na zawsze, nie tylko w czasie Mszy św., stają się prawdziwym ciałem i prawdziwą krwią Chrystusa. Aby potwierdzić wiarę w prawdziwą obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina oraz wyrazić szacunek dla eucharystycznych postaci, katolicy zaczęli organizować uroczyste procesje z Najświętszym Sakramentem ulicami miast. Przy czterech ołtarzach ustawionych na trasie odczytywali fragmenty Ewangelii opisujące ustanowienie sakramentu Eucharystii.

W tym roku, z powodu epidemii koronawirusa, obchody uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa będą skromniejsze. Raczej nie wyjdziemy z Najświętszym Sakramentem na ulice naszych miast i wsi, nie zatrzymamy się przy czterech ołtarzach. Aby w tych trudnych warunkach głębiej przeżyć święto Bożego Ciała, proponujemy duchową procesję do czterech ołtarzy – z odczytaniem w rodzinnym gronie fragmentów Ewangelii oraz przygotowanego przez autorów „Gościa Niedzielnego” komentarza. W ten sposób w naszych rodzinach uczcijmy Pana Jezusa, który pozostał w nami na zawsze w Najświętszym Sakramencie.

W pierwszy dzień Przaśników…

W pierwszy dzień Przaśników przystąpili do Jezusa uczniowie i zapytali Go: „Gdzie chcesz, żebyśmy Ci przygotowali Paschę do spożycia?”. On odrzekł: „Idźcie do miasta, do znanego nam człowieka, i powiedzcie mu: »Nauczyciel mówi: Czas mój jest bliski; u ciebie chcę urządzić Paschę z moimi uczniami«”. Uczniowie uczynili tak, jak im polecił Jezus, i przygotowali Paschę. A gdy oni jedli, Jezus wziął chleb i odmówiwszy błogosławieństwo, połamał i dał uczniom, mówiąc: „Bierzcie i jedzcie, to jest Ciało moje”. Następnie wziął kielich i odmówiwszy dziękczynienie, dał im, mówiąc: „Pijcie z niego wszyscy, bo to jest moja Krew Przymierza, która za wielu będzie wylana na odpuszczenie grzechów. Lecz powiadam wam: Odtąd nie będę już pił z tego owocu winnego krzewu aż do owego dnia, kiedy pić go będę z wami nowy, w królestwie Ojca mojego”.

PO CO BÓG DAŁ NAM EUCHARYSTIĘ?

Było to trochę ponad trzy tysiące lat temu. Epoka, w której władcę traktowano jak boga. Mojżesz chce wywalczyć wolność dla swojego ludu. Mijają kolejne plagi, krew pojawia się w Nilu, potem na drzwiach Izraelitów, a w domach Egipcjan krew płynie z pierworodnych dzieci. To była noc. Noc paschalna, o którą tradycyjnie pytać będą potem dzieci izraelskie: cóż takiego wydarzyło się tej nocy? Odpowiedź na to pytanie zawsze jest jedna: Izrael mógł w końcu opuścić niewolę. To była noc. Noc przaśnego chleba, chleba niekwaszonego. Minie kilkadziesiąt miesięcy i lud na pustyni zacznie szemrać. Otrzyma więc mannę z nieba. Biały chleb, pył, który nie wystarczy jednak, by szemranie się nie powtórzyło.

Było to dwa tysiące lat temu. Obchodzący pamiątkę tamtej nocy człowiek o imieniu Jezus staje w przygotowanej sali. Bierze ten chleb do rąk. Mówi: „To jest Ciało moje”. Ów człowiek jest jednocześnie Bogiem, ale to zakryte jest jeszcze przed oczyma innych. Chwilę wcześniej zachował się przecież jak niewolnik i umył uczniom nogi. Powiedział Judaszowi: „Idź, czyń swoje”. Chwilę później sam opuści Wieczernik. Kilkadziesiąt godzin później umrze, zbawiając świat. Pozostawiony w martwym ciele na krzyżu stanie się znakiem dla ludzi na kolejne tysiące lat. Pozostawiony w przemienionym Chlebie będzie nie tylko znakiem, ale stanie się najprawdziwszym pokarmem na wieczne życie. Kilkadziesiąt godzin później, nierozpoznany przez uczniów po słowach, da się rozpoznać po łamaniu chleba.

Tak potoczyła się ta historia. Chleba, który – łamany – stał się sercem wiary chrześcijańskiej. Sercem tak bardzo, że kiedy pierwszych chrześcijan w trakcie prześladowań łapano właśnie na Eucharystii, nie rezygnowali z niej. Mówili tylko: „My nie możemy bez niej żyć”. I to była prawda. Nie byłoby chrześcijan, gdyby zaprzestali sprawowania Eucharystii.

Odpowiedź na pytanie, po co Bóg dał ludziom Eucharystię, zawsze odnosi się do serca. Nawróconego serca.

Jak twarde musiało być serce Egiptu, skoro krew w Nilu nie wystarczyła – musiała być na drzwiach? A przecież i my, widząc pandemię śmierci i odczuwając przed nią lęk, nie zawsze pamiętamy, że świat bez Boga zmierza donikąd.

Jak twarde musiało być serce faraona, skoro Bóg dopuścił się morderstwa na jego dzieciach? A przecież i my trzymamy się kurczowo swoich niewolników – grzechów. Czy nie jest czasami tak, że potrzeba nam śmierci najbliższego człowieka, by zrozumieć, że posiadanie niewolnika nie daje wolności?

Jak twarde musiało być serce Izraela, skoro doznał wolności, a wołał o łatwy chleb; dostał chleb, a wołał o mięso? A przecież i my również wołaliśmy o wolność, potem o chleb, a gdy go mamy – wołamy o złoto. I chyba potrzebujemy kolejnej niewoli, by zrozumieć, że prawdziwą ziemią obiecaną nie jest luksusowe życie.

Jak twarde musiało być serce Iskarioty, skoro w noc światła odszedł w ciemność? A przecież i my potrzebujemy czasami ciemności, by zatęsknić za światłem.

Jak twarde musiało być serce uczniów, skoro nie zrozumieli, po co Mistrz uczynił to, co należało do niewolników? A przecież i nam trzeba umyć sobie nogi, byśmy w końcu zrozumieli, że ziemia Eucharystii, na którą wchodzimy, jest święta.

Jak twarde musiało być serce…

Chleb, nawet kiedy stwardnieje od starości, może być pożywieniem, można go rozmoczyć, przypiec, zrobić z niego wiele rzeczy. Ale na twarde serce może pomóc jedynie cud. To właśnie dlatego Bóg dał nam Eucharystię.

ks. Adam Pawlaszczyk

Gdy znowu wielki tłum był z Jezusem i nie mieli co jeść…

Gdy znowu wielki tłum był z Jezusem i nie mieli co jeść, przywołał do siebie uczniów i rzekł im: „Żal mi tego tłumu, bo już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść. A jeśli ich puszczę zgłodniałych do domu, zasłabną w drodze; bo niektórzy z nich przyszli z daleka”. Odpowiedzieli uczniowie: „Skąd tu na pustkowiu będzie mógł ktoś nakarmić ich chlebem?”. Zapytał ich: „Ile macie chlebów?”. Odpowiedzieli: „Siedem”. I polecił ludowi usiąść na ziemi. A wziąwszy siedem chlebów, odmówił dziękczynienie, połamał i dawał uczniom, aby je rozdzielali. I rozdali tłumowi. Mieli też kilka rybek. I nad tymi odmówił błogosławieństwo i polecił je rozdać. Jedli do sytości, a pozostałych ułomków zebrali siedem koszów. Było zaś około czterech tysięcy ludzi. Potem ich odprawił.

NASYCIĆ DUSZE PRAWDĄ I MOCĄ

Moja stryjenka Fulla Horak pisze w wojennych wspomnieniach ze Lwowa: „Ks. abp Twardowski przekazał mi pozwolenie z błogosławieństwem… I tak codziennie podawałam do więzienia 30 Hostii, które dzielono często na cząsteczki… Na drugim piętrze siedział młody Antkiewicz. Przyjmował codziennie Komunię i z napięciem oczekiwał wyjazdu. Bronia (strażniczka) oprócz Komunii przekazała mu pilnik i kiedy znalazł się w wagonie pociągu do Oświęcimia, pracował na zmianę z kolegami… o zmierzchu uciekli. Dwóch zastrzelono w pościgu, Antkiewicz zdołał uciec… Po latach opowiedział dzieje ucieczki i pokazał skrawek bibułki, w której przekazywałam Hostie”.

W końcu przyszli po nią. Już Sowieci. Z przyjaciółką zdążyły spożyć konsekrowane Hostie, zanim funkcjonariusze NKWD weszli do mieszkania. I to była jej Komunia Święta na następnych kilkanaście lat zesłania i tułaczki, cierpienia i świadectwa. Cierpienie było chlebem powszednim i komunią z Jezusem.

Ewangelia drugiego ołtarza… Syty głodnego nie zrozumie. I to jest prawda. Dwunastu – tych z Ewangelii – nieraz w życiu bywało głodnymi. Wiedzieli więc, że trzeba pójść do okolicznych wsi i zagród, by znaleźć schronienie i chleb. Rozumieli głodnych. Jezus też rozumiał. Przecie On biedę cierpiał już jako dziecko w Betlejem. Jako dorosły znał smak chleba, znał też gorzki smak głodu. Zresztą wyszedł kiedyś naprzeciw głodowi. Powiada ewangelista, że „gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód” (Mt 4,2). I choć wtedy powiedział, że „nie samym chlebem żyje człowiek”, to przecie teraz, na odludziu, rozmnożył chleb, by głodnych nakarmić. Jezus rozmnożył chleb. Ale najpierw były Jego słowa.

Można pościć, można mówić o pierwszeństwie wartości duchowych. Można. Ale koniec końców nie można obejść się bez chleba. Każdy o tym wie. Jezus też wiedział. Chleb jest zatem znakiem potrzeby i konieczności. Także tęsknoty – gdy na obczyźnie przychodzi człowiekowi jeść chleb, smakuje on inaczej niż ten w rodzinnym domu.

I jeszcze coś: najlepiej smakuje chleb dzielony z innymi, nie ten jedzony w pojedynkę. Z tych wszystkich powodów (nie wspominając o dobroci i wrażliwości Jezusa) Zbawiciel dokonał cudu nakarmienia tych, którzy poszli za Nim nie po to, by chleba szukać…

W dniu ostatniej wieczerzy Jezus sięgnął po chleb w sposób znaczący i przedziwny. „To jest Ciało moje” – powiedział. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie: koniec wieczerzy, spacer do Ogrodu Oliwnego, pojmanie… Nazajutrz dramat ukrzyżowania… Wtedy na pewno zrozumieli to jedno: „To jest Ciało moje, za was wydane”. Czas refleksji, zrozumienia i wiary przyszedł dopiero po Jego zmartwychwstaniu. Dlatego zbierali się „na łamaniu chleba” – jak notuje kronikarz tamtych czasów (por. Dz 2,42). I czynimy to do dziś. I karmimy tym Chlebem nie nasze ciała, ale nasze dusze. Bo i ci ludzie, których tam wtedy nakarmił, nie szli za Nim, by dostać jeść – lecz by duszę Bożą prawdą nasycić, a serca napełnić mocą nadludzką.

ks. Tomasz Horak

Trzeciego dnia po śmierci Jezusa dwaj z Jego uczniów byli w drodze do wsi, zwanej Emaus…

Trzeciego dnia po śmierci Jezusa dwaj z Jego uczniów byli w drodze do wsi, zwanej Emaus, oddalonej sześćdziesiąt stadiów od Jerozolimy. Rozmawiali oni z sobą o tym wszystkim, co się wydarzyło. Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. Tak przybliżyli się do wsi, do której zdążali, a On okazywał, jakoby miał iść dalej. Lecz przymusili Go, mówiąc: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Wszedł więc, aby zostać z nimi. Gdy zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy oczy im się otworzyły i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu. I mówili nawzajem do siebie: „Czy serce nie pałało w nas, kiedy rozmawiał z nami w drodze i Pisma nam wyjaśniał?”. W tej samej godzinie wybrali się i wrócili do Jerozolimy. Tam zastali zebranych Jedenastu i innych z nimi, którzy im oznajmili: „Pan rzeczywiście zmartwychwstał i ukazał się Szymonowi”. Oni również opowiadali, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba.

Zostań z nami!

Trzecia stacja naszej duchowej drogi. Nie ma pyłu, fizycznego zmęczenia, kolorowej asysty i rozradowanych dzieci. Jest Słowo. Dziś jest ono księgą i monstrancją, przygodnym Wędrowcem, który zechciał się przyłączyć, by towarzyszyć naszej pandemicznej wędrówce.

„Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?” Opowieść o niedawnych wydarzeniach prawdopodobnie ominęła pokrętnie najważniejsze motywy ich wyjścia z Jerozolimy. Czyż ta wędrówka nie była ucieczką od świata, który im się zawalił? Nie będzie odnowionego królestwa, wymarzonych ról i urzędów, przyszłość niepewna. Koniec poukładanego życia.

Przekonanie o końcu więzi oczy. Lub – jak zapisał dalej św. Łukasz – czyni człowieka bezmyślnym i spowalnia jego serce. To znaczy pozbawia je nadziei i umiejętności patrzenia z miłością. Sprawia, że ktoś bliski jawi się jako obcy, nie zostaje rozpoznany. Dotychczas umiłowany jawi się jako nieznany. Jestem tylko ja i moje problemy, lęki, obawy. Nic więcej już nie widzę.

„Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?” Raczej nie o tym, co wydarzyło się w Jerozolimie. Jak tamci dwaj – o zawalonym świecie, w którym wszystko miało swoje miejsce. O niespełnionych marzeniach, odwołanych wyjazdach, straconej pracy, pochowanych bez ostatniego pożegnania rodzicach, pozbawionych możliwości odwiedzin chorych, obawach przed wyjściem do sklepu i spotkaniem kaszlącego człowieka. Doskwierającej samotności dni kwarantanny. Tylko krok do utraty wzroku.

„Wszedł więc, aby zostać z nimi”. Nie tylko do domu czy – jak chce tradycja – do gospody. Fizyczna obecność, jeśli nie towarzyszą jej empatia, zrozumienie, pochylenie się nad bólem, niczego nie zmienia. Więcej, w potoku niepotrzebnych słów może jeszcze bardziej przytłoczyć, zniszczyć, złamać „trzcinę nadłamaną”. „Wszedł” – znaczy dał im więcej niż wykład Pism odnoszących się do Niego. Dał im swoją współczującą obecność. Czyż mógł inaczej Ten, który zapewniał przez proroka, że „góry mogą ustąpić i pagórki się zachwiać, ale miłość moja nie odstąpi od ciebie”?

„Wszedł więc, aby zostać z nimi”. Choć chciałoby się powiedzieć: z nami. Wszedł w świat niespełnionych marzeń, braku perspektyw, bólu płaczących, pozbawionych kontaktu z najbliższymi. „Jezus jest tu” – „Bóg, który ocala”. Ta kartka z fragmentem Pisma Świętego, rozważaniem, zapalona świeca. „Twoje słowo jest pochodnią dla stóp moich i światłem na mojej ścieżce”.

„Wziął chleb…” A jednak to, co najważniejsze, nie wydarzyło się w drodze. Dokonało się, gdy „wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im”. Słowo poruszyło serca. Łamany chleb otworzył oczy. Więcej – przywrócił utraconą nadzieję. Dał moc sprawiającą, że wrócili do świata, od którego chcieli uciec. Nie po to, by żyć w nim po staremu, jak za dawnych czasów. Po to, by mocą tego Chleba iść dalej.

„Wziął chleb…” Jeśli nie chcesz utracić wzroku, jeśli chcesz iść dalej jak człowiek nadziei, weź Chleb. Doświadczysz wówczas, co znaczą słowa: „Pan przywraca wzrok ociemniałym, jeńców prowadzi ku lepszemu życiu”.

ks. Włodzimierz Lewandowski

W czasie ostatniej wieczerzy…

Jezus, podniósłszy oczy ku niebu, modlił się tymi słowami: „Ojcze, nie tylko za nimi proszę, ale i za tymi, którzy dzięki ich słowu będą wierzyć we Mnie; aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał. I także chwałę, którą Mi dałeś, przekazałem im, aby stanowili jedno, tak jak My jedno stanowimy. Ja w nich, a Ty we Mnie! Oby się tak zespolili w jedno, aby świat poznał, żeś Ty Mnie posłał i żeś Ty ich umiłował tak, jak Mnie umiłowałeś. Ojcze, chcę, aby także ci, których Mi dałeś, byli ze Mną tam, gdzie Ja jestem, aby widzieli chwałę moją, którą Mi dałeś, bo umiłowałeś Mnie przed założeniem świata. Ojcze sprawiedliwy! Świat Ciebie nie poznał, lecz Ja Ciebie poznałem i oni poznali, żeś Ty Mnie posłał. Objawiłem im Twoje imię i nadal będę objawiał, aby miłość, którą Ty Mnie umiłowałeś, w nich była i Ja w nich”.

Eucharystia skleja Kościół

Fragment Ewangelii odczytywanej przy ostatnim ołtarzu tak naprawdę jest cytatem z modlitwy samego Jezusa. Niewiele jest takich miejsc w Piśmie Świętym. Bez trudu znajdziemy w nim urywki mówiące o tym, że Jezus wiele się modlił. Wiemy także, że pozostawił swoim uczniom wzór modlitwy. Fragment odczytany przy czwartym ołtarzu jest czymś więcej niż zapisem modlitwy samego Jezusa i czymś więcej niż wzorcem – to swoistego rodzaju stenogram Jego rozmowy z Ojcem.

Oczywiście miejsce i czas modlitwy Jezusa mają niebagatelne znaczenie. Chodzi bowiem o słowa, które wypowiedział On krótko przed śmiercią, w Wieczerniku, to znaczy tam, gdzie wraz z uczniami spożył ucztę paschalną, ustanawiając sakrament Eucharystii. To właśnie tam rozpoczęła się droga, której zwieńczenie stanowią krzyż i nasze zbawienie…

Czym zatem jest modlitwa Jezusa odczytana przy ostatnim ołtarzu? Jest wołaniem o jedność. Jednak nie chodzi o trywialnie rozumianą korporacyjność, ukierunkowaną na realizację jakichś zadań, nawet najbardziej wzniosłych, lecz o jedność, której źródłem jest wewnętrzne życie Trójcy Świętej. O taką jedność, która sprawia, że Kościół rodzi się i odmładza: „Proszę, aby wszyscy stanowili jedno, jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni stanowili w Nas jedno”.

W uroczystość Bożego Ciała jesteśmy zaproszeni do tego, by odnowić tajemnicę Eucharystii i Kościoła. To jakby dwie strony tego samego medalu. Ciekawe, że w pierwszym tysiącleciu na określenie Kościoła chrześcijanie używali wyrażenia „prawdziwe Ciało Chrystusa” – to sformułowanie dziś zarezerwowane jest dla Ciała Pańskiego pod postacią chleba. W każdej Mszy Świętej, podczas modlitwy eucharystycznej, prosimy nie tylko o to, by chleb i wino stały się Ciałem i Krwią Pańską, lecz również o to, byśmy „stali się jednym ciałem i jedną duszą w Chrystusie”. To Eucharystia ma nas sklejać w Kościół; w każdej Mszy mamy pozwolić, by Jezus – naszymi głosami i w naszym imieniu – zanosił do Ojca modlitwę o jedność, by ją budował. W każdej Eucharystii, kiedy w Nim trwamy, wypowiada modlitwę z Wieczernika.

Jaka z tego lekcja? Bycie chrześcijaninem to nie tylko indywidualny kontakt z Jezusem, którego możemy doświadczyć w Komunii, lecz w równej mierze budowanie Mistycznego Ciała Chrystusa: kształtowanie jedności między siostrą i bratem, którzy stoją obok mnie podczas Eucharystii; także wtedy, kiedy nie do końca się z nimi zgadzam lub nie za bardzo za nimi przepadam. Bardzo brakuje nam takiej eucharystycznej jedności: w rodzinach, w społeczeństwie, a nawet w Kościele. Jakże często potrafią zawładnąć nami spory, niesnaski, stronnictwa, oskarżenia… Być Kościołem to stanowić w nim jedno, pomimo różnic.

Kiedy przy ostatnim ołtarzu wsłuchujemy się w modlitwę Jezusa z Wieczernika, to także po to, by wybrzmiała ona na nowo w naszym życiu, by nie była tylko stenogramem. Budowanie jedności Kościoła zaczyna się od modlitwy, w której pozwalamy Duchowi modlić się w nas – o jedność. Ta modlitwa Jezusa to coś więcej niż wzór. Ona w Eucharystii ma stawać się Jego modlitwą…

Dominik Jurczak OP

Źródło: liturgia.wiara.pl
fot.: ŁUKASZ CZECHYRA /FOTO GOŚĆ
11 czerwca 2020|