Czym są talenty, które Bóg nam powierzył?

Bóg powierzył nam talenty, choć wcale na to nie zasłużyliśmy (grzesząc, wciąż temu dowodzimy): siebie samego w Słowie Bożym i sakramentach, naszą wiarę, nas samych. Bądźmy Mu za to na każdym kroku wdzięczni, bo brak wdzięczności to rodzaj wyrafinowanej pychy, która podpowiada mi, że świetnie sobie daję radę sam.

Wielu chrześcijan, niestety, nie wierzy w to, że mogą współpracować z Bożą łaską, że mogą na rzecz swojego zbawienia aktywnie współdziałać z Tym, od którego otrzymali swoje życie – że nie są tylko biernymi odbiorcami dóbr duchowych. Być może jest to pokłosiem pytania, z którym chrześcijaństwo mierzy się od samego początku: „Dlaczego Bóg człowiekiem?” („Cur Deus homo?” – dzieło o tym tytule napisał św. Anzelm z Canterbury). Z Wcielenia Chrystusa wynika to, że natura ludzka pozwala człowiekowi współpracować z Bożą łaską. Inną konsekwencją jest to, że człowiek nie istnieje sam dla siebie: łaski, talenty, zdolności – całe dobro jego istnienia – dane mu są nie tylko dla własnego uświęcenia, ale dla dobra całej wspólnoty ludzkiej.

Pewien człowiek, mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek” (Mt 25,14). W tekście oryginalnym użyty tu jest grecki czasownik „kaleo” (wołać po imieniu), od którego pochodzi rzeczownik „Ekklesia” (Kościół, od „ek+kaleo”, czyli „wołać poza”). Do tej samej rodziny słów należą też „klesis” (powołanie) i „kletos” (powołany). Dlaczego o tym piszę? To jasne, że człowiek majętny z przypowieści o talentach ma obrazować Boga. A On jest tym, który woła nas po imieniu, to znaczy indywidualnie – nie jesteśmy dla Niego jednolitą masą. Powołuje nas do tego, żebyśmy korzystali z życia, które nam dał, w taki sposób, by miało ono swoje przedłużenie w niebie. Co ważne, powołuje nas również do bycia Kościołem, czyli wspólnotą zwołanych w imię Pana. Nam, jako Kościołowi, przekazał swój Majątek – Jezusa Chrystusa, obecnego w Słowie Bożym i w sakramentach. Warto więc, żebyśmy na przypowieść o talentach spojrzeli szerzej niż tylko indywidualnie – odczytujmy ją jako Jedno Ciało!

Dwaj ze sług oddają panu jego majątek z zyskiem. Sługa, który nie puszcza w obrót powierzonych mu talentów (dosł. nie działa nimi), nie może przekazać swojemu panu żadnego zysku – oddaje jedynie to, co dostał. Jest on obrazem wielu chrześcijan, którzy swoją wiarę traktują jako sprawę prywatną: zyskam coś dla siebie, osiągnę zbawienie, będę szczęśliwy… Słudzy, którzy obracają powierzonymi ich dobrami, inwestując, czyli wydając powierzone im pieniądze, pozwalają skorzystać z tych dóbr także innym i – ostatecznie – zyskują na tym jeszcze więcej. Talenty z dzisiejszej Ewangelii to symbol wiary, którą prawdziwie można przeżywać jedynie jako współpracę z łaską, czego owocem są konkretne uczynki, i jedynie we wspólnocie.

Ostatni sługa znał swojego pana i wiedział, po co dostał talenty, ale nic z tym faktem nie zrobił: „Panie, wiedziałem, żeś jest człowiek twardy: chcesz żąć tam, gdzie nie posiałeś, i zbierać tam, gdzieś nie rozsypał. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi” (Mt 25,24-25). Sparaliżował go lęk. Czyżby bał się swojego pana? Na to wygląda. To trochę o nas i o naszym fałszywym spojrzeniu na Boga jako na Superwajzora, który tylko czeka na to, żeby przyłapać nas na czymś niecnym. Takiego Boga nie można się nie bać. Nie ma to jednak nic wspólnego z bojaźnią Bożą. Często myli się ją z lękiem przed Bogiem, który swoje źródło ma w lęku przed wiecznym potępieniem. Dar bojaźni Bożej jest właśnie łaską, która usuwa ten lęk, umacniając w człowieku nadzieję na zbawienie, wlewając w serce pokój i uzdalniając je do zawierzenia swojego życia Stwórcy. To pozwala na zbudowanie relacji z Bogiem opartej na miłości – człowiek potrafi przyjąć miłość Boga i odpowiedzieć na nią bez lęku. Człowiek obdarzony darem bojaźni Bożej jest świadomy swojej małości wobec Boskiego majestatu, ale to nie napawa go lękiem, lecz wzbudza w sercu jeszcze większą wdzięczność za tak wielką łaskę nazywania Boga Ojcem.

Talenty z Mateuszowej przypowieści to także my sami. Przypowieść o talentach nie mówi o rozwijaniu zdolności, o tym, że mamy bardziej przykładać się do nauki czy więcej trenować i bić rekordy w sportowych dyscyplinach, czy też doskonalić grę na jakimś instrumencie, ćwicząc cierpliwość domowników i sąsiadów… Jeśli do tego nas Jezusowe słowa zmotywowały, to też bardzo dobrze – warto i trzeba się rozwijać! Spójrzmy jednak szerzej na ten tekst. Talenty to także Ewangelia, czyli wielka skarbnica Słowa, które jako Kościół otrzymaliśmy w depozycie, żeby je głosić po krańce świata. A te krańce nie są tak dalekie, jakby się wydawało. Krańcem świata może być serce będącego tuż obok brata, który nie zna Chrystusa.

„Ale wy, bracia, nie jesteście w ciemnościach, aby ów dzień miał was zaskoczyć jak złodziej. Wszyscy wy bowiem jesteście synami światłości i synami dnia. (…) Nie śpijmy przeto jak inni, ale czuwajmy i bądźmy trzeźwi” (1 Tes 5,4-5.6). Sen to czas, w którym odpoczywamy i nabieramy sił. Ze snu, jeśli jest piękny, nie chcemy się wybudzić, a jeśli jest koszmarem, chcemy wybudzić się jak najprędzej. Jednak sen – czy jest pięknym marzeniem, czy też horrorem – nie jest rzeczywistością. Trwać w śnie, znaczy nie chcieć żyć realnie. Musimy wybudzić się z tego, co jest w naszym życiu iluzją, co wprawia nas w fałszywą błogość albo napełnia niepotrzebnym lękiem. Tym snem może być dla mnie błędny obraz samego siebie, nieprzystający do tego, kim naprawdę jestem. Mogę mieć w sobie pychę, która sprawia, że nie widzę swoich błędów, myśląc, że wszystko, co robię, robię wspaniale. Mogę też siebie nie kochać, pomniejszając swoją wartość we własnych oczach, nie zauważając talentów, którymi mnie Bóg obdarzył, i nie będąc Mu za nie wdzięcznym.

Obudźmy się więc! Jesteśmy przecież piękni w swej niedoskonałości! Choć popełniamy błędy, to jest jednak Ktoś, kto daje nam siłę, żeby powstać! Czekamy z wielką nadzieją i bez lęku na Jego powrót! „Kiedy bowiem będą mówić: „Pokój i bezpieczeństwo”, tak niespodziana przyjdzie na nich zagłada (…)” (1 Tes 5,3). Bóg powierzył nam talenty, choć wcale na to nie zasłużyliśmy (grzesząc, wciąż temu dowodzimy): siebie samego w Słowie Bożym i sakramentach, naszą wiarę, nas samych. Bądźmy Mu za to na każdym kroku wdzięczni, bo brak wdzięczności to rodzaj wyrafinowanej pychy, która podpowiada mi, że świetnie sobie daję radę sam. Dopiero kiedy dzieje się źle, zwracam się po pomoc do Siły Wyższej. Jednakże Bóg chce być obecny w moim życiu także wtedy, kiedy jest w nim „pokój i bezpieczeństwo”. Co czyni mnie ospałym? Co odbiera mi siły i motywację do działania? Co jest moim snem? I ten sen oddaj Temu, który jest w stanie wybudzić cię z niego jednym tylko słowem.

Źródło: deon.pl
15 listopada 2020|