Boże, jesteś niesprawiedliwy

Po co się starać w Kościele, skoro wszyscy otrzymają to samo? Czy nie wygodniej jest być bezrobotnym niż pracować? Czy życie bez wiary i modlitwy nie jest bardziej opłacalne, skoro Bóg i tak kiedyś wszystkim przebaczy?

„Gdy nadszedł wieczór, rzekł właściciel winnicy do swego rządcy: „Zwołaj wszystkich robotników i wypłać im należność, począwszy od ostatnich aż do pierwszych” (Mt 20, 8)

Takie pytania kuszą nieraz g zaangażowanych chrześcijan, zwłaszcza kiedy widzą, że ktoś nawraca się do Boga po latach życia w grzechu lub w ostatniej chwili. Nic dziwnego, pragnienie zapłaty to rzecz ludzka. Nieobca również samym apostołom. To właśnie Piotr w imieniu uczniów pyta Jezusa o nagrodę za to, że wszystko opuścili i poszli za Mistrzem. Co w zamian za nasz trud? Jezus nie dyskredytuje tego pytania i mówi, że nagroda będzie, choć niekoniecznie taka jak sobie tego ludzie na ogół oczekują.

Odpowiadając na pytanie Piotra, Jezus sygnalizuje, że wielu ostatnich będzie pierwszymi. Jest to jedno z kluczowych praw królestwa Bożego, często dla nas niezrozumiałe. Nie tylko ci, którzy całe życie pracowali dla Jezusa, będą docenieni, lecz także ci, którzy w ogóle się nie napracowali będą potraktowani tak jak ci pierwsi.

Ciekawe, że w Ewangelii według św. Mateusza po zakończonej przypowieści o robotnikach w winnicy pada trzecia zapowiedź męki i zmartwychwstania Pana Jezusa. Jeśli odnieść te słowa do zapłaty za zaangażowanie dla królestwa, to mamy do czynienia z iście niesprawiedliwą sytuacją. Bo wynika z nich, że jeśli ktoś chce być z Jezusem zasadniczo nie powinien spodziewać się żadnej nagrody na tym świecie. Przeciwnie, może go spotkać niesprawiedliwość, krzywda, a nawet śmierć. Do dzisiaj wielu obrońców wiary uważa, że chrześcijaństwo powinno cieszyć się specjalnymi względami, pragną je widzieć w triumfalnym pochodzie i dziwią się, kiedy na tylu miejscach świata wierzący są prześladowani. Jakby powycinali niektóre fragmenty Ewangelii.

Interesujące, że przypowieść o robotnikach w winnicy koncentruje się wokół pracy. Ale bardziej chodzi tutaj o wewnętrzną motywację niż to, co człowiek powinien zrobić. Motywację trudno dostrzec gołym okiem. Oczywiście, należy tę opowieść rozpatrywać w kontekście wspólnoty Kościoła, a więc relacji między Panem a Jego uczniami, a także relacji między poszczególnymi uczniami. To już nie jest czas wzrastania, jak w przypowieści o pszenicy i kąkolu, lecz czas żniw. Potrzeba do tego wielu chętnych rąk. Jednak to nie robotnicy założyli i uprawiali winnicę. Mają tylko zerwać winogrona. Jednak chociaż jest to Boża winnica, Pan chce współpracować z ludźmi. Zaprasza do swojej winnicy różne osoby, w rozmaitych porach ich życia. Przyjrzyjmy się bliżej niektórym szczegółom przypowieści.

Wszyscy są zdatni

Robotnicy zatrudnieni z samego rana działają w oparciu o konkretną umowę. Właściwie tylko oni umówili się z właścicielem winnicy na konkretną sumę – denara. Bo tak jest sprawiedliwie. Tak urządzony jest nasz świat. No i na wypadek, gdyby pracodawca, nie daj Boże, chciał ich oszukać. Umowa daje jakąś gwarancję dochodzenia swoich swoich praw. Interesujące jest tutaj słowo greckie wyrażające dokonanie umowy, czyli „symphoneo”, „być w harmonii”, „pasować do czegoś”, „być jednego ducha”. W muzyce symfonia to rozbudowany utwór, który wymaga zgrania różnych instrumentów i muzyków tak, aby uzyskać harmonię. Ukrytym zamiarem gospodarza jest to, aby zgromadzić różnych robotników w celu wykonania wspólnego dzieła. Być może tym dziełem jest bardziej ich dobra współpraca niż dokładne zerwanie winogron.

Kolejnym pracownikom właściciel winnicy obiecał, że da im to, co słuszne. A z ostatnimi w ogóle nie umówił się na żadną zapłatę. Po prostu, powiedział: „Idźcie pracować do winnicy. Ci ostatni po całym dniu czekania na rynku liczyli już tylko na hojność gospodarza. Żeby cokolwiek zarobić. Zaufali, że gospodarz ich godziwie wynagrodzi, ale nie domagali się ustalenia warunków.

Tak czy owak, wszyscy robotnicy byli najemnikami. Nie tyle oni szukali pracy, ale ich szukano i wybierano. Urzędów pracy wtedy nie było. Oni żyli z dnia na dzień. Pierwszych, najbardziej zdatnych, przyjmowano z samego rana. Być może tych ostatnich nikt już nie chciał zatrudnić, niekoniecznie dlatego, że nie chciało im się pracować.  Stali tam cały dzień – „Bo nikt nas nie najął”. Być może byli uznani za niezdatnych: niepełnosprawni, chorzy, niezbyt dobrze wyglądający, niewykwalifikowani. Gospodarz przyjmuje wszystkich. Nie zważa na ich wygląd i referencje. Wystarczy tylko ochota do pracy.

 „Dlaczego stoicie tu cały dzień bezczynnie” może odnosić się do chrześcijan, którzy wiele otrzymali, ale nic sobie z tego nie robią. Tracą swój czas i talenty. Wielu wierzących uważa dzisiaj, że ich główne zadanie polega na tym, by nie przekroczyć żadnego przykazania, czyli unikać zła. Słabiej dostrzegają to, że czasem większym grzechem jest brak zaangażowania i pracy na rzecz królestwa Bożego.

Apogeum „niesprawiedliwości”

Gdy wieczorem nadszedł czas zapłaty, wybuchł bunt na pokładzie. W sercach pierwszych robotników runęły wszelkie dotychczasowe wyobrażenia o sprawiedliwości. Z grubsza, uważali, że sprawiedliwość jest formą uporządkowania: każdemu tyle, ile się należy. Liczymy, ile daliśmy i oczekujemy za to słusznej zapłaty.

Już sama procedura wypłacenia należności okazała się w tej logice niesprawiedliwa. Mamy tutaj nieoczekiwaną zmianę miejsc. Pan zaczyna od tych, którzy najkrócej pracowali, a ci, którzy najdłużej pracowali czekają w kolejce do samego końca. Według naszych standardów to ostatni powinni poczekać i dostać denara na końcu. Tak jest sprawiedliwie. Ale istnieje wyższa sprawiedliwość, zwana miłosierdziem, która znosi rywalizację, porównywanie i konkurowanie ze sobą.

Gdyby pierwsi robotnicy sami pracowali w winnicy, na koniec dnia pocałowaliby właściciela winnicy w rękę i z zadowoleniem poszli do domu. O to przecież się z nim umówili. Zakłuła ich jednak hojność gospodarza, ale dopiero wtedy, gdy porównali się z innymi. Zarzucają mu, że wszystkich zrównał i że w pewnym sensie złamał umowę, co jest nieprawdą.

Ci panowie nie zdaja sobie sprawy z tego, że gospodarz też znosił spiekotę i żar słońca. I tak się przedstawiają, jakby tylko oni się utrudzili. A przecież gospodarz nie kazał rządcy szukać pracowników, tylko najwcześniej z wszystkich wstał i sam cały dzień wychodził kilka razy, by ich nająć do pracy. Podobnie jak inni „znosił ciężar dnia i spiekoty”.  Nie leżał pod parasolem z nawiewem z klimatyzacji i nie popijał schłodzonych drinków. Był bardzo zatroskany o winnicę, ale chyba jeszcze bardziej o to, żeby tego dnia nikt nie pozostał bez pracy. Do tego każdego chciał spotkać ich osobiście. Nie wysłużył się firmą rekrutującą pracowników czy head hunterami.  Czy nie jest to przejaw miłosierdzia gospodarza?

W sumie po ludzku słaby z niego biznesmen, skoro wszystkim płaci to samo. Czy nie liczył się z pieniędzmi?  Ważniejsza jest współpraca, a nie zapłata w Kościele. Dopóki nagroda będzie główną motywacją, niemożliwa będzie jedność w Kościele. Zauważmy też, że gospodarz myśli zarówno o tym, co zewnętrzne, żeby była praca i co jeść dla pracowników, jak i wewnętrzne – ich motywacje, intencje. Oba wymiary są dla niego istotne.

Miłosierdzie, zazdrość, zasługa

W odpowiedzi na pretensje pracowników pierwszej godziny, właściciel wskazuje, gdzie tak naprawdę leży problem „Czy twoje oko jest złe, bo ja jestem dobry?” Przyczyną ich reakcji jest zazdrość. W starożytności wierzono, że oczy osoby zazdrosnej produkują szkodliwą energię, która emanowała na innych. Ta zła energia miała zaszkodzić temu, komu się czegoś zazdrościło, np. spowodować w nim jakąś chorobę. Zadziwiające, że dobro może człowieka denerwować i doprowadzać do pasji.

Prawda jest taka, że szemrzący dostali tyle, na ile się umówili z gospodarzem. Nie zostali skrzywdzeni. To oni nie trzymają się umowy, a oskarżają o to gospodarza. Dlaczego? Bo „na rynku tego świata ludzie myślą: uzyskać możliwie najwięcej, a dać za to możliwie jak najmniej; jeśli się uda – nie dać nic” (bp Jan Pietraszko).

Św. Tomasz z Akwinu odrzuca tezę, że miłosierdzie jest przeciwieństwem sprawiedliwości. W Bogu jest to jedność. „Działanie boskiej sprawiedliwości zawsze zakłada działanie miłosierdzia i na nim się opiera”  (Summa I-I, 21,4). Z kolei św. Jan Chryzostom porównuje oburzonych robotników do starszego syna z przypowieści o miłosiernym ojcu i pisze: „Chociaż nie mieli ponosić żadnej straty ani nie doznawać żadnego uszczerbku  na swojej zapłacie, jednak oburzyli się i powstawali przeciwko cudzym dobrom, co świadczyło o ich zazdrości i zawiści”.

Zdaniem Tomasza, przeciwieństwem miłosierdzia nie jest sprawiedliwość, lecz zazdrość . „Ci, którzy zazdroszczą, nie są miłosierni. Ci, którzy są miłosierni, nie zazdroszczą” . Jest to kolejna przeszkoda w przyjęciu miłosierdzia Boga. Gdy człowiek zazdrości, smuci się z powodu dobra bliźniego. Gdy okazuje miłosierdzie słowem i czynem, smuci się z powodu cierpienia i zła bliźniego. Zazdrość pojawia się wtedy, gdy czyjeś dobro w moich oczach wydaje się moim złem. Tak patrzyli robotnicy pierwszej godziny. To, że ostatni otrzymali po denarze (jakieś dobro), pierwsi odebrali jako swoją krzywdę.

Ta przypowieść dotyka motywacji naszego zaangażowania i bycia chrześcijanami. Niestety, często jesteśmy interesowni.  Dlatego wcześniej czy później należy przebadać własną motywację. Słowo Boże dobrze ją prześwietla.  Najlepszym sprawdzianem, jak to u mnie wygląda jest uczciwa odpowiedź na następujące pytania: Czy ofiaruję czas Bogu czy sobie? Czy modlę się głównie, by coś uzyskać dla siebie, czy dla Boga? Czy służę, bo odpowiadam na miłość albo dopiero chcę na siebie zwrócić uwagę?

Mentalność zasługiwania bierze się też stąd, że chrześcijanin nie wie, kim jest. Jeśli uważa, że wskutek własnych wysiłków zapracuje na bycie dzieckiem Boga, to znaczy, że chrzest okazał się martwym rytuałem.  Tymczasem chrześcijanin już jest dzieckiem Boga i dlatego powinien się angażować na rzecz królestwa Bożego. Jezus mówi o wydawaniu owoców, a nie o zasługiwaniu. Owoce wydaje ten, kto najpierw jest do tego uzdolniony.  Jeśli staramy się dla nagrody, a nie z miłości do Boga, który bez naszych zasług uczynił nas swoimi dziećmi, wtedy denerwują nas synowie marnotrawni, dobrzy łotrowie, kobiety cudzołożne, którym zostaje wszystko odpuszczone.

Św. Augustyn świetnie podsumowuje to duchowe prawo: „Nawet jeśli zachowujemy Boże przykazania, nie czynimy tego w tym celu, by Bóg nas pokochał, ponieważ gdyby On pierwszy nas nie pokochał, nie bylibyśmy zdolni do zachowania przykazań. Jest to dar Jego łaski, która jest dostępna dla serca pokornego i nieosiągalna dla pysznych”

Co więcej, w winnicy Pana, w Kościele, nie pracujemy tylko dla siebie. Nie zarabiamy na własne zbawienie. Bp Jan Pietraszko pisze, że  „w myśl prawa o wspólnocie świętych w Bogu – przepracowany wiernie i gorliwie dzień w Pańskiej winnicy przydać się może nie tylko wiernemu pracownikowi, który niósł wytrwale „ciężar dnia i spiekoty”, może się przydać również człowiekowi, który „przepróżnował dzień cały” i staje do pracy w ostatniej niemal chwili. (…) Nie wiemy, komu przypadnie w udziale cząstka naszego „całodziennego” trudu w Królestwie. Może odda go Pan tym, którzy byli w stosunku do nas w najostrzejszej opozycji. A może tym, których najtrudniej nam było tu znosić obok siebie. Może wreszcie tym, od których dzieliła nas niechęć, a może nieraz długotrwała nienawiść i pogarda. Nikt nie może przewidzieć, czy właśnie taki człowiek nie wejdzie do Królestwa dzięki naszej pracy, przydzielonej mu w „obcowaniu świętych” przez Opatrzność. Nie jest też wykluczone, iż to my dzięki komuś podobnemu otrzymamy swój „grosz” na końcu dnia”.

To dopiero jest bomba. Ktoś, kto na to nie zasłużył, może otrzymać sporą część wypracowanych przeze mnie „zasług”. Czy to sprawiedliwe?

Źródło: www.deon.pl

21 lutego 2016|