Bardzo bliski Wschód

Jeszcze kilka lat temu na to pachnące Orientem imię reagowaliśmy: „Charbel? Nie, nie znam. Może pracuje w innym dziale?”. Co sprawiło, że pustelnik z Libanu stał się jednym z najpopularniejszych świętych
nad Wisłą?

Podlasie to rodzima kwintesencja Wschodu. Nie ruszając się z parafii „u Pana Boga za piecem” wędruję jeszcze dalej. Na Bliski Wschód. Pomiędzy sosnami Białostocczyzny wypatruję cedrów Libanu. Przed dekadą słowo „Charbel” nie kojarzyło się nam z imieniem „Boży pomazaniec”, ale raczej z jakąś nieokreśloną marką francuskich perfum. Co sprawiło, że Jan Kowalski zakochał się w libańskim mnichu, który w pustelni spędził ostatnie 23 lata swego życia? Cuda. Mnóstwo cudów. Statystyka jest doprawdy imponująca: ponad 6 tys. uzdrowień w ciągu 60 lat od śmierci pustelnika. Ciało, które od ponad stu lat nie ulega rozkładowi. 4 miliony pielgrzymów szturmujących w ciągu roku klasztor w Annaya. Ruszam w podróż na Wschód. Mój ulubiony kierunek. GPS niepotrzebny.

Ale parafia!

Na Podlasie powoli nadciąga jesień. Nie spieszy się. Mijamy opustoszałe bocianie gniazda, lasy, w których akcje zieloności spadają, a akcje wszelkich odcieni czerwieni i żółci idą w górę, drewniane kikuty wiatraków, cerkwie. Grabówka graniczy z Białymstokiem. Na około 7 tys. mieszkańców 4,5 tys. stanowią katolicy, reszta to prawosławni. Do granicy białoruskiej jedynie 40 kilometrów. Nic dziwnego, że pobliskie Biedronki mają największe obroty w Polsce. To ziemia pogranicza. Przeorana cierpieniem. W pobliskich lasach co rusz natkniemy się na masowe groby i zarośnięte mogiły. W czasie II wojny światowej Niemcy, później Rosjanie, a na końcu UB rozstrzelali tu około 18 tys. osób. – Gdy budowano plebanię, co chwilkę wykopywano ludzkie kości – opowiada ks. Jan Filewicz, wikary z Grabówki. Na szczęście parafia Krzyża Świętego nie przypomina cmentarzyska. Tętni życiem. Powiem szczerze: dawno nie widziałem tak żywotnej wspólnoty. Warto było jechać 7 godzin! „Dlaczego dzieci biegają po kościele? Bo one wiedzą, że Pan Bóg jest wszędzie” – opowiadał mi przed laty z łobuzerskim uśmieszkiem o. Joachim Badeni. Nie bez powodu przy wejściu do kościoła w Grabówce wisi tabliczka: „Tutaj wpada dziecinada”, a lokalne media okrzyknęły parafię „Kościołem przyjaznym dzieciom”. – Dzieci mogą się poczuć u nas jak u siebie w domu! – uśmiecha się proboszcz ks. Andrzej Brzozowski. Wśród wspólnotowego licznego „spisu lokatorów” jest również grupa pokutna. – To kobiety, które spotykają się raz w miesiącu. W sobotę o 20.00 jest Msza św., a potem przez całą noc trwa szturm do nieba, który kończy się o świcie. To takie nasze „karmelitanki”, opasujące parafię modlitwą – opowiada ks. Brzozowski. To parafia do różańca i… do tańca. Na bal parafialny organizowany w czasie karnawału przychodzi aż 400 osób. No dobrze… Ale w jaki sposób brodaty starzec z Libanu zapukał do drzwi plebanii w Grabówce? – Charbel sam wybrał naszą parafię, naprawdę! – uśmiecha się ks. Brzozowski. – Zaczęło się od tego, że małżeństwo naszych parafian pojechało do Libanu. Gdy zwiedzali monaster w Annaya, spotkali patriarchę maronitów, a ten zaprosił ich do siebie na kawę. Każdy pielgrzym otrzymał szkatułkę z relikwiami drugiego stopnia. „Przepraszamy bardzo, a można jeszcze jedną dla naszego proboszcza?” – wypalili moi parafianie. (śmiech) I w ten oto sposób relikwie trafiły na plebanię. Zacząłem czytać o Charbelu i coraz bardziej zachwycała mnie jego osoba. Wydrukowaliśmy parafianom jego krótki życiorys. Zaskoczyło. Ludzie zaczęli się modlić, prosić o łaski. Postaraliśmy się o relikwie pierwszego stopnia. Znów pomogli parafianie. Biskup pobłogosławił inicjatywie. I okazało się, że dostaliśmy od patriarchy maronitów fragment kości przedramienia świętego. Chcieliśmy uroczyście wprowadzić relikwie 24 lipca, w liturgiczne wspomnienie św. Charbela. I wtedy przyszedł komunikat: „W Libanie trwa wojna. Samoloty odwołane. Nie ma możliwości przylotu”. Co robić? Wszystko ogłoszone, ludzie czekają, piosenka o Charbelu wyćwiczona. (śmiech) W ostatniej chwili telefon z Libanu: „Udało się. Przylatujemy!”. I pustelnik trafił do Grabówki.

Tajemnica tajemnic

Youssef Makhlouf urodził się 8 maja 1828 r. w Bekaa-Kafra. Jak nastolatek zapragnął pozostać maronickim mnichem. Maronici modlą się już od VII w. i jako jedyny z Kościołów Wschodu w całości pozostają w unii z Rzymem. Śpiewają hymny po syriacku (aramejsku), czyli w języku, którym posługiwał się sam Jezus. W wieku 23 lat Youssef wbrew woli rodziny wstąpił do zakonu w Mayfouk. Uciekł z domu na bosaka. Po dwóch latach przeniesiono go do klasztoru św. Marona w Annaya, gdzie w 1853 r.  złożył śluby zakonne i przyjął imię Charbel. „Cel mojego życia? Całkowite zjednoczenie się z Bogiem” – słyszeli współbracia. Gdy jedna z bratanic mnicha przybyła do klasztoru, by skonsultować z nim kwestię spadku, usłyszała: „Nie mam już nic wspólnego z tym światem”. Po 23 latach pobytu w klasztorach Charbel uzyskał zezwolenie na zamieszkanie w mikroskopijnej górskiej pustelni (miała zaledwie 6 metrów kwadratowych!). Narzucił sobie nieprawdopodobnie surowy rygor. Jego życie wypełniały modlitwa, praktyki pokutne i surowe posty. Odmawiał godzinami Różaniec, pod habitem nosił włosiennicę, spał na twardej ziemi, jadał raz dziennie bezmięsny posiłek z resztek, które pozostały po klasztornym obiedzie. Opowiadano o psychicznie chorych, którzy wychodzili z pustelni o zdrowych zmysłach, o setkach fizycznych uzdrowień.

28 lipca 2018|